Translate

sobota, 11 kwietnia 2015

Przemek Kossakowski, „Na granicy zmysłów”



Autor najpierw pracuje jako dokumentalista, a potem prowadzący w telewizyjnym programie poświęconym rozmaitym uzdrowicielom z Polski, Ukrainy i Rosji. Wszędzie wypróbowuje uzdrowicielskie metody, poczynając od oczyszczania aury (w różny sposób), na zakopaniu w grobie żywcem kończąc. 

Czytałam tę książkę, uśmiechając się pod nosem, ponieważ mniej więcej dwadzieścia lat temu, to jest w połowie lat 1990. zaliczyłam podobną wędrówkę po rozmaitych wróżkach, cudotwórcach i uzdrowicielach. I także z ochotą pchałam się w każdy eksperyment, opisując potem swoje wrażenia w artykułach dla prasy lokalnej i krajowej. 

W tamtym czasie byłam u wróżki od tarota, u astrologa, dawałam się macać w ciemnościach ludziom podającym energię reiki, szukałam wody przy pomocy różdżki z radiestetą, medytowałam z ludźmi praktykującymi metodę Silvy i Bruno Groninga, jadłam wegetariańskie kanapki nasączone „białym światłem" i posypane przywiezionym z Indii proszkiem vibuti produkowanym przez indyjskiego cudotwórcę Sai Babę, dawałam się cofać w moich wcieleniach aż do czasu, kiedy byłam egipskim żołnierzem oraz kapłanką Izydy, pozwoliłam się zawinąć ciasno w dywan i przeżywałam ponowne narodziny na sesji rebirthingu, jadłam przez parę miesięcy kuleczki homeopatyczne, brałam udział w rytuale szamańskim, dałam sobie oczyszczać aurę oraz nastawiać kość ogonową tajemniczą drogą. Spędziłam noc w kamiennych kręgach. Badałam moc gotyckich katedr. Poddałam się także hipnozie klasycznej oraz sesji programowania NLP. Rozmawiałam z kobietą, która ma regularne spotkania z kosmitami. Dałam się sklonować poprzez dotknięcie palcem czoła i teraz mój klon przebywa na jakiejś obcej planecie (to z kolei skutek moich kontaktów z realianami). Przeprowadziłam miesięczną głodówkę i nie umarłam od tego.

I jeszcze inne odleciane rzeczy zaliczyłam, o których na razie zmilczę. Ale powiem jedno: nie piłam moczu w celach medycznych (choć była taka okazja), nie poszłam na ustawienia Herlingera i nie dałam się zakopać w grobie, choć mnie do tego namawiano. 

No, tak, ale czemu właściwie nie napisałam książki o moich przygodach? Naprawdę nie wiem. Pisałam wtedy artykuły prasowe dla kasy, no i uznałam, że jak raz mi zapłacili, to wystarczy. Poza tym, przeważnie po każdym moim artykule, opisywani przeze mnie ludzie strasznie się obrażali, czytając głos profana. Podchodziłam bowiem do tych wszystkich cudów jako laik i sceptyk. Ale może warto wrócić do tamtych czasów i przeżyć? Tym bardziej, że wróżka od tarota pomyliła się wprawdzie wyliczając liczbę moich przyszłych dzieci (miało być dwie sztuki, jest zero), ale przepowiedziała mi, że po czterdziestce zajmę się biznesem. No i co? Mały, malutki, ale jednak jakiś tam biznesik prowadzę. Astrolog (jeden z najsłynniejszych obecnie w Polsce) także pomylił się co do mojej osoby w liczbie dzieci, ale za to – przepowiedział mi całkiem inne życie po 40. I tu się nie omylił. 

Tak mnie pan Kossakowski natchnął jakoś do wspomnień… 

Aaa, wracając do tematu, bo – jak się zdaje – ukradłam autorowi cały show…  Chciałam dodać, że ta książka jest naprawdę ciekawa. I cholernie dobrze napisana. 

Kossakowski Przemek, „Na granicy zmysłów”, wyd. Otwarte, Kraków 2013

2 komentarze:

  1. Powinna Pani to nadrobić! Kossakowski ma wielu wielbicieli, bo takie rzeczy interesują:) Także czas zacząć swoje przeżycia przelewać na papier. Może wyjdzie z tego książka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wizytę i za dobre słowo! Muszę zanurkować do moich teczek z wycinkami prasowymi i poczytać, co ja tam kiedyś przeżywałam :)))

      Usuń