Translate

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Biedronka. Dzień Książki 2017 – same książki dla ludzi



Dzisiaj z okazji Dnia Książki spotkałam w Biedronce niesamowite tytuły! Lektury obowiązkowe wykształconego człowieka! A może tylko mola książkowego? Kogoś, kto lubi czytać po nocach do białego świtu? Az przyjemnie było popatrzeć.

To są wszystko książki „do czytania”, takie „normalne” książki, dla ludzi.  Nie wydziwione. Niektóre z nich to już klasyka, jak nieśmiertelne hity takie jak np. „Wichrowe wzgórza”, „Przeminęło z wiatrem”, czy „Mistrz i Małgorzata”. Inne to nowości, jak książki Mroza czy Mocci, ale też się dobrze zapowiadają. Ludzie to czytają! Cena też jest znośna, bo 24,99 (no, 25 złotych) za nową książkę to jest jeszcze do wytrzymania. 

Oto lista:   
           
1.      „II wojna światowa”
2.      Ackerman Diane, “Azyl”
3.      “Antologia poezji polskiej”
4.      Bułhakow Michaił, „Mistrz i Małgorzata”
5.      Bronte Emily, „Wichrowe wzgórza”
6.      Chmielewski Artur, „Uniwersum Metro 2033”
7.      Cortaza Julio, “Gra w klasy”
8.      Fitzgeral Francis Ford, „Wielki Gatsby”
9.      Heller Joseph, „Paragraf 22”
10.  Golden Arthur, „Wyznania gejszy”
11.  Green Graham, “Czynnik ludzki”
12.  Grisham John, “Werdykt”
13.  Hooper John, “Włosi”
14.  Huxley Aldous, „Nowy wspaniały świat”
15.  Ishiguro Kazuo, „Okruchy dnia”
16.  Kaczkowski Jan, „Czekam na Was, ale się nie spieszcie”
17.  Kesey Ken, „Lot nad kukułczym gniazdem”
18.  Knight Sarah, „Magia olewania” (cóż za fantastyczny tytuł!)
19.  Margaret Mitchell, „Przeminęło z wiatrem”, 2 tomy
20.  Marquez Gabriel Garcia, „Miłość w czasach zarazy”
21.  Marquez Gabriel Garcia, “Sto lat samotności”
22.  Moccia Frederico, „Chwila szczęścia”
23.  Mróz Remigiusz, „Turkusowe szale”
24.  Nabokov V. “Lolita”
25.  “Najlepsi piłkarze XXI wieku”
26.  Orwell George, “1984”
27.  Pawlikowska Beata, “Kurs pozytywnego myślenia. Wierzę w szczęście”
28.  „Przy rodzinnym stole”
29.  Puzo Mario, “Rodzina Borgiów”
30.  Puzo Mario, “Ojciec chrzestny”
31.  Riley Lucinda, “Siedem sióstr”
32.  Rożnowska Aleksandra, “Sportsmama wróć do formy w 12 tygodni”
33.  Salinger J. D., “Buszujący w zbożu”
34.  Tolkien J. R. R., „Hobbit”
35.  Young William Paul, “Chata”
36.  Żeromski Stefan, “Dzieje grzechu”

Skreśliłam te książki, które czytałam. Najbardziej z tej listy kocham „Przeminęło z wiatrem” i „Wichrowe wzgórza”. Potem „Sto lat samotności”. Te trzy tytuły posiadam w swoich zbiorach, by do nich wracać, kiedy zechcę. Dwa pierwsze mam też w wersji angielskiej. A kupiłam sobie „Miłość w czasach zarazy”, którą czytałam tak dawno, że już prawie całkiem zapomniałam, o co tam szło. Wzięłam też do ręki z sentymentem powieść „Gra w klasy” Cortazara. Dawniej rzecz kultowa dla mnie. Pragnęłam jej tak bardzo, że wypożyczyłam ją kiedyś z biblioteki i powiedziałam, że zgubiłam. Coś tam za nią potem zapłaciłam, czy też może zaniosłam jakąś inną, nową książkę. Ale to było w drugiej licealnej, jak miałam 17 lat. Potem mi ta miłość do dziwacznej formy zupełnie przeszła. Ot, takie grzeszki młodości się przypomniały…

Zastanawiałam się też nad zakupem „Wyznań gejszy”, ale widziałam tyle razy film, że nie mam już ochoty na czytanie powieści.  

Takie promocje to ja rozumiem!



niedziela, 23 kwietnia 2017

Tadeusz Zubiński, „Morze wewnętrzne”



„Morze wewnętrzne” Tadeusza Zubińskiego to współczesna powieść przedstawiająca losy byłego opozycjonisty solidarnościowego, byłego emigranta zarobkowego i aktualnego literata Filipa Mirskiego. 

Z początku miałam wrażenie, że to utwór autotematyczny, czyli rzecz wyłącznie o pisaniu, bo przez pierwsze 30 stron Mirski tylko zabiera się do pisania i snuje jakieś wspominki oraz dygresje. Ale później akcja się rozkręca: jesteśmy świadkami pobytu Mirskiego na Łotwie z grupą pisarzy polskich i obserwujemy zabawne słowne zmagania bohatera z innym literatem, niejakim Pasterskim. Poźniej zaś Mirski zatapia się we wspomnieniach, dzięki czemu dowiadujemy się, że wcześniej był inżynierem, mieszkał z rodzicami we Wrzosowie w Górach Świętokrzyskich, gdzie pracował na normalnej posadzie w jakimś PRL-owskim zakładzie, podrywał dziewczyny i w końcu ożenił się z jedną z nich. 

W 1980 roku, kiedy nad Polskę nadciągnęła fala Solidarności, która zmiotła, niestety, szczęśliwe lata panowania Edwarda Gierka, Mirski zaangażował się politycznie do tego stopnia, że na początku stanu wojennego trafił nawet na krótko do więzienia. Potem gdzieś się tułał, gdzieś się ukrywał, przebywał m. in. w Krakowie i na Podlasiu. A ponieważ w międzyczasie wywalili go z roboty „za politykę”, więc zaczął w podziemiu pisać jakieś artykuły historyczne, politycznie zaangażowane. Cały czas plątał się za nim jakiś ogon, to jest milicjant, dawny kolega szkolny z Wrzosowa, a także różne solidarnościowe dziewice, które z pełnym poświęceniem eskortowały „bohatera” z meliny na melinę i nie tylko. 

 Pozornie mamy tu klasyczny opis drogi życiowej solidarnościowego bojownika, ale ukazany w prześmiewczej, gorzko-ironicznej (być może dla niektórych nawet obrazoburczej?) konwencji w stylu „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka, którą to powieść zabrał Mirski jako lekturę do więzienia. Studiował ją przez parę dni na swojej pryczy, gromko przy tym chichocząc. Styl „Morza wewnętrznego” mocno przypomina mi także kultowy film Stanisława Barei „Rozmowy kontrolowane”, w którym niezapomniany Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego, zostaje niechcący bohaterem Solidarności i przebrany za Szwedkę wymyka się śledzącym go esbekom. Przypomnę przy okazji, że swego czasu chodziła w narodzie polskim taka miejska legenda, że filmowe przygody Ochódzkiego nawiązują do losów znanego opozycjonisty tamtych czasów Bogdana Borusewicza, który ukrywał się chyba przez cały stan wojenny u różnych ludzi, no i też pewnie opiekowały się nim jakieś dziewice. Nie mówię, że Ochódzki to zaraz od razu Borusewicz, ale plotokowano, że coś jest na rzeczy.  

No, ale wracając do Mirskiego…

Rozbawił mnie opis, w jaki opozycyjny literat tworzył w podziemiu swoją zaangażowaną twórczość literacką. Zaznaczyłam sobie to miejsce karteczką, ot, taki smakowity cytacik: „Na enerdowskiej maszynie Filip tłukł w sumie bzdety, najlepiej, żeby było jak najwięcej o Katyniu i Jałcie, podobno szły, bo były bojowe, pomnażał statystykę autorów podziemia. Rodzi się pytanie – kto za to płacił? Podobno zagranica, musiał być jakiś limit ukrywających się.” (s. 105) 

 W podziemiu, prócz pisania patriotycznych bzdetów o Katyniu i Jałcie, zajmował się Filip Mirski także podrywaniem kobiet. W ogóle życie erotyczne Mirskiego jest bardzo skomplikowane. Pierwsza żona odeszła od niego jeszcze za czasów Solidarności, bo chciała mieć w domu spokój, pieniądze i małą stabilizację, nie po to poszła za inżyniera, by się bawił w ubogiego powstańca świętokrzyskiego. Potem było wiele innych kobiet, w końcu pojawiła się druga żona (krytyk literacki!), która też zresztą była zdradzana równie często jak pierwsza, a może nawet jeszcze częściej. Życie erotyczne Mirskiego nasiliło się zwłaszcza na emigracji, jakoby z powodu niepewnego bytu Polaków na obczyźnie. 

Po 1989 roku Miski, mimo, że działał w Solidarności, nie został żadnym ministrem, ani nawet członkiem zarządu jakiejś spółki, choćby tylko komunalnej. Literaci w demokracji już nie byli tak dobrze opłacani, jak w podziemiu (kto ich finansował? - powtarzam pytanie autora, no i w jakim celu?). A pieniądze trzeba przecież jakoś zarabiać! Kolejnym etapem drogi życiowej Mirskiego jest więc emigracja zarobkowa: do Czech, do Anglii, do Holandii i Bóg wie, gdzie jeszcze. Podobały mi się ciekawe, reporterskie wręcz obrazki z tej emigracji pokazujące życie za granicą z perspektywy pracującego tam Polaka. Śmieci, sprzątanie, ciapaci, łamany polsko-angielski slang – te klimaty. Kto był w Londynie na zmywaku, lub słyszał opowieści tych, co byli, ten wie o co chodzi.  

Do przeczytania tej powieści zachęcił mnie sam Autor, który jest jednym z moich znajomych na Fejsbuku. Czyli można powiedzieć, że przeczytałam ją trochę po znajomości… Z polecenia Autora dostałam nawet egzemplarz od wydawnictwa. A nie jestem przecież blogerką, co to z wydawnictwami współpracuje notorycznie, a raczej - odwrotnie, normalnie wcale z nimi nie współpracuję. Jednak z  powodu wrodzonej sympatii do ekscentryków zrobiłam wyjątek dla Autora, który – sądząc tylko po wpisach na FB – wydaje się być barwnym i interesującym człowiekiem. 

Przyznam szczerze, że trochę trudno mi się to czytało, zwłaszcza z początku (z powodu nieco barokowego rozbuchania językowego? Może pewnego nadmiaru słów?), ale potem już jakoś poszło. Niestety, w trakcie czytania jakoś nie mogłam utożsamić się z opozycjonistą Filipem Mirskim, bo sama mam do Solidarności stosunek bardzo negatywny. Wiem, co mówię, w czasie stanu wojennego byłam już dużą dziewczynką i zaobserwowałam wtedy takie rzeczy, że mnie na zawsze odrzuciło od tego rzekomo spontanicznego ruchu. Dlaczego rzekomo spontanicznego? Kto nie wie, niech sobie poczyta Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych” (jest tu: niniwa22.cba.pl/golicyn_anatolij.pdf). Zaprawdę powiadam Wam, Golicyn prawdę mówi, skąd się wzięła Solidarność. A ja w młodości miałam tyle rozumu, czy też może zwykłej babskiej intuicji, że trzymałam się z daleka od Solidarności i w ogóle wszelkiej polityki. Pamiętam też, jak podziemni literaci pisali te patriotyczne bzdety o Katyniu wydawane potem druczkiem-maczkiem na lichym, cieniutkim papierze. Jeden mój znajomy to pisał taśmowo historie parafii w Bombarzycach, cynicznie opowiadając wszystkim, że lubi współpracować z Kościołem, bo proboszcze dobrze płacą. A przy tym był chyba niewierzący.

Trudy lektury i parodniowego przedzierania się przez potężne fale słów „Morza wewnętrznego” rekompensowały mi co jakiś czas naprawdę śmieszne kawałki, przy których wybuchałam śmiechem. Rozbawił mnie szczególnie wątek jednego z kolegów Filipa, niejakiego Stefana Pasterskiego z Bombarzyc, redaktora pisma literackiego i autora artykułów o zachodniej pierzei rynku, której nie ma i którą należy koniecznie odbudować. Z perwersyjną wręcz przyjemnością poczytałam sobie, jak Autor pojechał po Pasterskim naprawdę równo, czemu dał wyraz m. in. tymi słowy: „W stoczni rzecznej w Bydgoszczy odbyła się uroczystość wodowania pierwszego polskiego lotniskowca. Należy odnotować z satysfakcją, że jest to jednostka z napędem atomowym. Jednostce nadano zobowiązujące imię ORP Stefan Pasterski.” (s. 215). Jest to rzekoma informacja ze strony internetowej „Expressu Bydgoskiego”. Uśmiałam się w tym miejscu serdecznie, albowiem ja także pochodzę z Bombarzyc, to jest z Bydgoszczy, więc nietrudno było mi odgadnąć, kim jest Stefan Pasterski. I jako była mieszkanka Bombarzyc umiem chyba właściciwie docenić humor związany z postacią Pasterskiego. Nie wiem, czy mogę tu zdradzić, co odkryłam? Czy nie naruszę tym samym jakiegoś prawa do godności osobistej i czy Pasterski nie zacznie mnie przypadkiem ścigać na tym lotniskowcu z atomowym napędem? Już się boję! 

Zubiński Tadeusz, „Morze wewnętrzne”, wyd. VOLUMEN, Warszawa 2017

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Iris May, „Dzieci Gosi. Po której jesteś stronie? Losy rodziny polsko-niemieckiej”








„Dzieci Gosi. Po której jesteś stronie? Losy rodziny polsko-niemieckiej” Iris May to oparta na faktach fabularyzowana historia prababki autorki napisana w postaci powieści z pierwszoosobowym narratorem. 

Tuż przed I wojną światową wielka miłość połączyła młodą Niemkę z Berlina Margaretę Leiltloff (zwaną później Gosią) i przystojnego Polaka z Poznania Kazimierza Maya. Margareta miała 18 lat i była córką księgowego. Starszy o 11 lat Kazimierz był synem Romana Maya, znanego poznańskiego chemika i przemysłowca, właściciela fabryki nawozów sztucznych w Luboniu, którą zbudował dzięki finansowej pomocy swego teścia Antoniego Kratochwila. Młodzi poznali się w Berlinie. 

Kiedy Margareta przyjechała do Poznania, jej teść już nie żył, a rządy w rodzinie sprawowała żelazną ręką jej teściowa Helena May, z domu Kratochwil. Młoda Niemka została niechętnie przyjęta w polskiej patriotycznej rodzinie. Szczególnie nieprzychylna była dla niej jedna ze szwagierek, której pierwszym mężem był doktor Emil Warmiński, zwalczany jako Polak przez niemieckie środowisko lekarskie w Bydgoszczy (wspominam o tym, bo doktor Warmiński jest pochowany na cmentarzu starofarnym w Bydgoszczy, a ja w dzieciństwie mieszkałam o rzut beretem od tego cmentarza, zapamiętałam także nazwisko Warmiński, które nosi jedna z ulic Bydgoszczy).

Margaretę w Poznaniu zaczęto nazywać Gosią. Wkrótce po ślubie w rodzinie młodych Mayów pojawiły się dzieci. W 1912 roku – córka Helena, w 1913 – syn Roman. Niestety, szczęście rodzinne nie trwało długo. W 1914 roku wybuchła I wojna światowa, Kazimierz May poszedł na front i wkrótce zginął gdzieś w Galicji. Pół roku później Gosia przywiozła jego zwłoki w metalowej trumnie spod Lwowa. 






Po śmierci męża młoda wdowa nie wiedziała, co robić. Sytuacja była ciężka… Zostać w Poznaniu nie mogła, bo straciłaby prawo do niemieckiej renty po mężu wojskowym. Nie chciała zaś być na utrzymaniu nie lubiącej jej teściowej. Ostatecznie, zdecydowała się na pozostawienie dzieci na wychowanie u babci W warunkach wojennej biedy sama nie mogła zapewnić im dobrej przyszłości. A życie w rodzinie Mayów gwarantowało nie tylko dostatek, ale nawet luksus. Ta decyzja rzutowała na całe dalsze życie dzieci Gosi.  Sama zaś Gosia wróciła do rodziców do Berlina.

Na okładce książki jest fotografia przedstawiająca młodą matkę w towarzystwie córki i syna. Matka, czyli Gosia, jest Niemką. Niemcem także zostanie jej syn, który zginie pod koniec wojny w kotle kurlandzkim w czasie walk Wehrmachtu z Armią Czerwoną. Z kolei ta mała dziewczynka zostanie Polką, a w czasie II wojny będzie łączniczką AK, potem weźmie udział w powstaniu warszawskim, później zaś trafi do niemieckiej niewoli. Stąd właśnie wzięło się tytułowe pytanie „po której jesteś stronie?”. Historia rozdzieliła tę niewielką rodzinę, a jej członkowie trafili do dwóch zwalczających się obozów. Gosia przeżyła swoje dzieci i zmarła dopiero w 1989 roku. 

Zakłady Chemiczne Luboń działały w latach 1914-2008. W okresie międzywojennym była to jedna z najnowocześniejszych fabryk nawozów sztucznych w Europie. Po żelaznej Helenie May zakładami zawiadywał jej zieć Cyryl Ratajski (będący jednocześnie prezydentem Poznania), a w czasie okupacji niemieckiej, rządzili tam Niemcy. W PRL fabryka została upaństwowiona, po 1989 roku znowu sprywatyzowana, potem przekształcona w Spółkę Luvena S. A. I nadal działa. 

Książka została dobrze przygotowana pod względem faktograficznym, choć wypatrzyłam pewne nieścisłości. „Koko przyłączył się do podziemnej armii w Warszawie. A Ziemo jest już w Anglii, by wspierać brytyjskie siły powietrzne.” (s. 142) Tak o losie swych kuzynów mówi przez telefon córka Gosi z Poznania. Ale jest dopiero 10 września 1939 roku. Wtedy mowy jeszcze nie było przecież ani o polskiej podziemnej armii, ani też o walce polskich lotników w Anglii. Trochę się czepiam. Ale poza tym, jest w porządku. 

Trochę obeszła autorka temat wojny, robiąc z Gosi naiwniutką, słodkę „blondynkę”, co to nie wiedziała o zbrodniach Adolfa Hitlera, oczywiście, nigdy go nie popierała, co najwyżej machała ręką „hajlując” czasem dozorcy swojej kamienicy, jak miała wolną rękę. Bo jak niosła w obu rękach ciężkie zakupy, to już przecież nie „hajlowała”. Jeśli założyć, że wszyscy Niemcy mieli takie podejście, to kto, do cholery, popierał tego Hitlera? To jest narracja z cyklu: to nie my, Niemcy, jesteśmy winni, tylko ci podli „naziści”. A naziści to chyba z kosmosu przylecieli, co? 

I znowu się czepiam!

Ale w sumie… 

Czyta się to bardzo dobrze. I szybko.  Trochę znalazłam tu klimatu „Buddenbrooków” Thomasa Manna. Trochę „Między ustami a brzegiem pucharu” Marii Rodziewiczówny. W podaniu fabuły widać pewien dziennikarski sznyt. Jak sprawdziłam, Iris May jest faktycznie z wykształcenia dziennikarką (do tego skończyła literaturoznawstwo i psychologię). Na swojej stronie internetowej pisze: „Das Leben schreibt die besten Geschichten”, czyli po naszemu - „życie pisze najlepsze scenariusze”. 

Dobrze, że powstała ta książka, bo na pograniczu polsko-niemieckim, jakim była do I wojny światowej Wielkopolska, takich rodzin było wiele. Ot, choćby dziadek kanclerz Niemiec Angeli Merkel, także był Polakiem z Poznania. 



May Iris, „Dzieci Gosi. Po której jesteś stronie? Losy rodziny polsko-niemieckiej”, brak podanego tłumacza, Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2015



Tu jest strona internetowa Iris May:



Gosias Kinder - Autorin