Są
takie książki, które po skończeniu chce się przeczytać raz jeszcze, na
nowo. Są takie książki, z którymi nie
można się rozstać. I do nich właśnie należy „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”
Ałbeny Grabowskiej.
A
może by tak pojechać do Czepełare? Taka myśl pojawi się pewnie u większości
czytelników tej uroczej opowieści o mieście Czepełare w bułgarskich Rodopach,
tamtejszej kuchni, kulturze, tradycji, zabytkach i historii. Jest to także
opowieść o drugiej ojczyźnie Autorki, której matka jest Bułgarką i pochodzi
właśnie z Czepełare. Stamtąd też pochodziła jej babcia Katja, której dedykowana
jest ta książka. Ałbena Grabowska w dzieciństwie i młodości spędzała tam każde
wakacje, a jako osoba dorosła zaczęła wozić tam z Polski swoją rodzinę.
Przyznam
się, że do lektury „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” podchodziłam z początku jak
pies do jeża. Miałam wcześniej kontakt z sagą rodzinną „Stulecie winnych” tej
samej autorki i z różnych względów mi ona nie podeszła, przebrnęłam przez dwa
tomy, trzeciego już nie chciałam czytać. Jednak, kiedy zauważyłam, że moja
biblioteka zakupiła nową książkę o Bułgarii, zamówiłam ją sobie, bo właściwie
nic o tej Bułgarii nie wiem, literatury bułgarskiej nie znam chyba wcale,
kojarzę tylko Babę Vangę, słynną bulgarską jasnowidzącą, co to przepowiedziała
katastrofę w Czernobylu i zatonięcie okrętu podwodnego „Kursk”. Trochę mnie ta
Grabowska odstraszała, ale co tam, myślę sobie, o Bułgarii chętnie poczytam.
Początek
był taki sobie, autorka opisywała bowiem, jak to przyjechała z dziećmi do
jakiejś zapyziałej mieściny w górach, gdzie zaczęła remont domu odziedziczonego
po przodkach. Ech, myślę sobie, będzie to nowy „Rok w Prowansji”, „Miesiąc w
Toskanii” albo jakieś inne „Rozlewisko”, tylko w bułgarskim wydaniu… Nuuuuuda!
Czytam
jednak i czytam, noc zapada, późno się robi, a mnie wciągnęło! Z koniecznością
przerywam, bo spać w końcu trzeba, ale na drugi dzień powtarza się to samo, na
trzeci także. No i tak mnie ta książka porwała i przykuła, że mimo jej dość sporych
rozmiarów pochłonęłam z ogromną przyjemnością i naprawdę było mi smutno, kiedy ją
skończyłam.
Autorka
wprawdzie zaczyna trochę „rozlewiskowo”, ale potem całkowicie od tego odchodzi
zataczając coraz szersze kręgi tematyczne. Najpierw opisuje historię swojej
bułgarskiej rodziny (przede wszystkim historię swojej ukochanej babci),
stosunki międzyludzkie panujące w Czepełare, potem bliższą i dalszą okolicę, zabytki
i osobliwości przyrodnicze w Rodopach, aż w końcu dochodzi do historii
starożytnej Tracji i greckiego herosa Orfeusza, który – według ludzi zamieszkujących
Rodopy – był postacią autentyczną. Pokazywane są tam miejsca, gdzie się urodził
i gdzie znajduje się jego grób.
Poza
tym, muszę przyznać, że ta książka to samo ciepło (nie tylko to fizyczne, także
duchowe), tradycja, rodzina, serdeczność, otwartość i dobre jedzenie. Jej
bohaterowie stale coś jedzą, niczym w „Klubie Pickwicka” Karola Dickensa, z
tym, że zapewne bułgarskie (rodopskie?) jedzenie jest smaczniejsze niż
brytyjskie. Naprawdę, musiałam wykazać maksimum silnej woli, by podczas lektury
nie zerwać się wieczorem z łóżka, by lecieć pobuszować w lodówce. W kółko ktoś
piecze mięso, przygotowuje jakieś sałatki, przynosi świeżo upieczone ciasto, a
w ostateczności zbiera poziomki czy zioła w górach.
Przesympatyczna
i urocza lektura, naprawdę! Dobra na lato, na kocyk na plaży i na siedzenie w cieniu pod gruszą albo lipą. I taka bardzo bałkańska: nic, tylko czytać, jeść,
zwiedzać i cieszyć się życiem!
Może
naprawdę pojechać do Czepełare?
A
teraz powiem coś po raz pierwszy: jestem wdzięczna Autorce za chwile radości i
wzruszeń, jakich doznałam przy lekturze tej książki. Rzadko czynię takie wyznania, ale tutaj jestem zmuszona to powiedzieć.
Znalazłam
w sieci filmik o Czepełare, oglądajcie:
Grabowska
Ałbena, „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, wyd. Zwierciadło Sp. z o. o.,
Warszawa 2017


