Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grabowska Ałbena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grabowska Ałbena. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 czerwca 2017

Ałbena Grabowska, „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” (saga rodzinna o Bulgarii i nie tylko)




Są takie książki, które po skończeniu chce się przeczytać raz jeszcze, na nowo.  Są takie książki, z którymi nie można się rozstać. I do nich właśnie należy „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” Ałbeny Grabowskiej. 

A może by tak pojechać do Czepełare? Taka myśl pojawi się pewnie u większości czytelników tej uroczej opowieści o mieście Czepełare w bułgarskich Rodopach, tamtejszej kuchni, kulturze, tradycji, zabytkach i historii. Jest to także opowieść o drugiej ojczyźnie Autorki, której matka jest Bułgarką i pochodzi właśnie z Czepełare. Stamtąd też pochodziła jej babcia Katja, której dedykowana jest ta książka. Ałbena Grabowska w dzieciństwie i młodości spędzała tam każde wakacje, a jako osoba dorosła zaczęła wozić tam z Polski swoją rodzinę. 

Przyznam się, że do lektury „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” podchodziłam z początku jak pies do jeża. Miałam wcześniej kontakt z sagą rodzinną „Stulecie winnych” tej samej autorki i z różnych względów mi ona nie podeszła, przebrnęłam przez dwa tomy, trzeciego już nie chciałam czytać. Jednak, kiedy zauważyłam, że moja biblioteka zakupiła nową książkę o Bułgarii, zamówiłam ją sobie, bo właściwie nic o tej Bułgarii nie wiem, literatury bułgarskiej nie znam chyba wcale, kojarzę tylko Babę Vangę, słynną bulgarską jasnowidzącą, co to przepowiedziała katastrofę w Czernobylu i zatonięcie okrętu podwodnego „Kursk”. Trochę mnie ta Grabowska odstraszała, ale co tam, myślę sobie, o Bułgarii chętnie poczytam. 

Początek był taki sobie, autorka opisywała bowiem, jak to przyjechała z dziećmi do jakiejś zapyziałej mieściny w górach, gdzie zaczęła remont domu odziedziczonego po przodkach. Ech, myślę sobie, będzie to nowy „Rok w Prowansji”, „Miesiąc w Toskanii” albo jakieś inne „Rozlewisko”, tylko w bułgarskim wydaniu…  Nuuuuuda! 

Czytam jednak i czytam, noc zapada, późno się robi, a mnie wciągnęło! Z koniecznością przerywam, bo spać w końcu trzeba, ale na drugi dzień powtarza się to samo, na trzeci także. No i tak mnie ta książka porwała i przykuła, że mimo jej dość sporych rozmiarów pochłonęłam z ogromną przyjemnością i naprawdę było mi smutno, kiedy ją skończyłam. 

Autorka wprawdzie zaczyna trochę „rozlewiskowo”, ale potem całkowicie od tego odchodzi zataczając coraz szersze kręgi tematyczne. Najpierw opisuje historię swojej bułgarskiej rodziny (przede wszystkim historię swojej ukochanej babci), stosunki międzyludzkie panujące w Czepełare, potem bliższą i dalszą okolicę, zabytki i osobliwości przyrodnicze w Rodopach, aż w końcu dochodzi do historii starożytnej Tracji i greckiego herosa Orfeusza, który – według ludzi zamieszkujących Rodopy – był postacią autentyczną. Pokazywane są tam miejsca, gdzie się urodził i gdzie znajduje się jego grób.  

Poza tym, muszę przyznać, że ta książka to samo ciepło (nie tylko to fizyczne, także duchowe), tradycja, rodzina, serdeczność, otwartość i dobre jedzenie. Jej bohaterowie stale coś jedzą, niczym w „Klubie Pickwicka” Karola Dickensa, z tym, że zapewne bułgarskie (rodopskie?) jedzenie jest smaczniejsze niż brytyjskie. Naprawdę, musiałam wykazać maksimum silnej woli, by podczas lektury nie zerwać się wieczorem z łóżka, by lecieć pobuszować w lodówce. W kółko ktoś piecze mięso, przygotowuje jakieś sałatki, przynosi świeżo upieczone ciasto, a w ostateczności zbiera poziomki czy zioła w górach. 

Przesympatyczna i urocza lektura, naprawdę! Dobra na lato, na kocyk na plaży i na siedzenie w cieniu pod gruszą albo lipą. I taka bardzo bałkańska: nic, tylko czytać, jeść, zwiedzać i cieszyć się życiem!

Może naprawdę pojechać do Czepełare? 

A teraz powiem coś po raz pierwszy: jestem wdzięczna Autorce za chwile radości i wzruszeń, jakich doznałam przy lekturze tej książki. Rzadko czynię takie wyznania, ale tutaj jestem zmuszona to powiedzieć.

Znalazłam w sieci filmik o Czepełare, oglądajcie: 



Grabowska Ałbena, „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, wyd. Zwierciadło Sp. z o. o., Warszawa 2017

środa, 26 kwietnia 2017

Ałbena Grabowska, „Stulecie winnych”, czyli saga rodzinna z mocnym akcentem rusofobicznym


„Stulecie winnych” Ałbeny Grabowskiej to historia rodziny Winnych z Brwinowa pod Warszawą. Te dwa tomy, które przeczytałam, opowiadają o losach członków rodziny od początku I wojny światowej, poprzez okres międzywojenny, II wojnę światową i dalej aż do roku 1968. 

Sięgnęłam po to, bo jestem pies na sagi rodzinne, a do tego słyszę wokół, że „to się czyta!”. Blogosfera – w zachwycie! W mojej bibliotece publicznej – ta książka jest na zapisy. Zapisałam się więc na pierwsze dwa tomy, bo na trzy od razu jakoś nie można było. Odczekałam, dostałam i przeczytałam.

No, cóż, przyznam rację tym zachwyconym. To się czyta! To się naprawdę czyta! Grabowska ma ten rzadki dar narracyjny, który powoduje, że człowiek płynie przez tę opowieść, żądny dalszych wrażeń i tego, jak potoczą się losy bohaterów. 

Aczkolwiek, momentami nie wiedziałam, kto jest właściwie adresatem tej powieści. Może dziecko? Bo jest tam wiele fragmentów napisanych i z perspektywy dziecka i tak, jak się kiedyś dla dzieci (no, niech będzie, młodzieży, to jest nastolatków) pisało. Odnalazłam tutaj sympatyczny, rodzinny, cieplutki klimat „Ani z Zielonego Wzgórza”, „Ani i Mani” Ericha Kastnera (powieść o bliźniaczkach) i tak modnych kiedyś powieści Krystyny Siesickiej. Jest też trochę atmosfery z baśni rodem: zło zostaje ukarane a dobro nagrodzone. Może nie od razu, ale kiedyś potem ta sprawiedliwość dziejowa triumfuje. Opatrzność w każdym razie czuwa! I jak trzeba, to interweniuje. 


Z drugiej strony, myślałam sobie: nie, to nie może być dla dzieci, skoro są tu opisane tak drastyczne sceny i motywy fabularne. Gwałty, porody, choroby, morderstwa, wojna, głód, zdolności parapsychiczne, homoseksualizm, prostytucja i tak dalej. Ta warstwa mocno „dla dorosłych” trochę kojarzyła mi się z głośną powieścią Gabriela Garcii Marqueza „Sto lat samotności”, a trochę z różnymi dziełami z gatunku literatura popularnej, np. Krystyny Nepomuckiej czy Stanisławy Fleszarowej-Muskat, które także były kiedyś w bibliotekach na zapisy. Trochę też jest tutaj klimatu utworów Jarosława Iwaszkiewicza (zwłaszcza opowiadań i sagi „Sława i chwała”). Sam Iwaszkiewicz występuje zresztą w tej powieści jako jedna z postaci, mocno niesympatyczna, i przez jedną z bohaterek zostaje w końcu obity kijem za to, że próbuje uwodzić jej młodego, przystojnego kuzyna. Oj, pokochałam Ałbenę Grabowską za tę scenę. Obijanie kijem homoseksualistów! Co o tym myślicie? ;)))   




A teraz pretensje!

Po pierwsze.

Drażniła mnie obecna w tekście naprawdę mocna rusofobia Autorki. Rusek zły, Rusek zabił, Rusek ukradł, Rusek zgwałcił, Rusek zapanował nad Polską i tak dalej. Wciąż ten podły Rusek! Ja rozumiem, że od wieków stosunki polsko-rosyjskie układały się różnie, ale czy naprawdę trzeba w popularnej powieści dla kobiet wdrukowywać czytelniczkom nienawiść do Rosjan? I robić to nawet kosztem prawdy historycznej? 

U Grabowskiej „Rusek” gwałci i morduje w czasie I wojny światowej w czasie, kiedy – UWAGA – „Ruska” dawno już nie ma na ziemiach polskich. Rosjanie wycofali się bowiem z Warszawy latem 1915 roku, o czym pani Grabowska chyba zapomniała. Od lata 1915 roku wszystkie zbrodnie wojenne na terenach polskich były dziełem wojsk niemieckich. A nie ruskich. 

Z kolei w czasie opisów II wojny światowej Autorka posunęła się już do tak drastycznych oskarżeń „Ruskich”, że napisała, iż radzieccy żołnierze, którzy wyzwolili jakiś obóz koncentracyjny (nie podaje dokładnie jaki), dokonali tam masowych gwałtów na więźniarkach. 

No, tego to już trochę za wiele! Nie wiem, skąd pani Grabowska wzięła takie informacje, że Armia Czerwona gwałciła więźniarki z obozów koncentracyjnych, które wyzwalała. A może je po prostu wymyśliła, bo nie lubi „Rusków”? Wolno jej, wszak to powieść! To tyko fikcja! Ale po co podawać takie wymyślone, nieprawdziwe rzeczy? Żeby jątrzyć i siać nienawiść pomiędzy słowiańskimi narodami? Przecież takie kłamstwa mogą być nawet przyczyną dyplomatycznego protestu ze strony Rosji!

Autorka jest podobno pół-Bułgarką, pół-Polką. W każdym razie, w stuprocentach Słowianką. Więc skąd ta niechęć do Rosji? Czyż nie jest tak, że my wszyscy, Polacy, Bułgarzy, a także Rosjanie, jesteśmy po prostu Słowianami? I powinniśmy się zbliżyć do siebie, poznać swoją kulturę i język, a nie nienawidzić. Mówię to, oczywiście, jako gorąca słowianofilka.

Po drugie. Czy naprawdę w każdej współczesnej polskiej powieści o II wojnie światowej muszą być Żydzi? Jestem zmęczona tym tematem. Mam tego dość! Ja chcę czytać powieści o Polakach, a nie o Żydach. O Żydach już nie chcę! 

No, to tyle moich zastrzeżeń. 

A poza tym, bardzo dobrze i szybko się czytało.
Aczkolwiek, chyba nie mam już ochoty na tom trzeci. 

Grabowska Ałbena, „Stulecie winnych”, tom 1 – „Ci, którzy przeżyli”,  wyd. Zwierciadło, Warszawa 2014
Grabowska Ałbena, „Stulecie winnych”,  tom 2 – „Ci, którzy walczyli”), wyd. Zwierciadło, Warszawa 2015