Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przebraże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przebraże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lipca 2016

Józef Sobiesiak, „Przebraże”. Jak polscy komuniści uratowali mieszkańców jednej wsi na Wołyniu przed mordercami z UPA



Ta historia pokazuje dobitnie, że w dziejach narodów nie ma sytuacji czarno-białych. Mordowanym Polakom na Wołyniu nie pomogli polscy żołnierze z AK, bo ich tam po prostu nie było. Słynna akcja dywersyjna o kryptonimie „Wachlarz” związana była tylko z liniami kolejowymi. Nieco AK-owców było podobno w tym czasie w Łucku, jacyś kolejarze przywieźli obrońcom Przebraża trochę broni z Warszawy (wspomina o tym Cybulski w swojej książce), ale to wszystko. Wołyń był praktycznie bezbronny wobec ukraińskiej agresji. W tej sytuacji nie było innego ratunku jak tylko komunistyczni partyzanci. Jestem pewna, że ta informacja wywołać może pewien dysonans poznawczy u współczesnej patriotycznie nastawionej gimbazy, która wszystko co złe, chciałaby zrzucić na Ruskich. Jednak na Wołyniu mordowanym Polakom pomagali właśnie owi „ruscy” partyzanci i współpracujący z nimi polscy komuniści. Oni to właśnie byli największymi wrogami UPA. A przecież na wojnie i w polityce obowiązuje zasada „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”.

Przebraże to polska wieś na Wołyniu, która skutecznie broniła się przed napaściami ukraińskich nacjonalistów w okresie od wiosny 1943 roku aż do końca II wojny światowej. Był to główny punkt oporu Polaków z całej okolicy przed bandami UPA i oddziałami tzw. bulbowców. Chronili się tam mieszkańcy sąsiednich miejscowości, w szczytowym okresie w Przebrażu przebywało aż 20 tysięcy osób mieszkających w budynkach, ziemiankach i szałasach. 



Komendantem obrony Przebraża był Henryk Cybulski (autor wspomnień pt. „Czerwone noce”, pisałam o nich na blogu – post z 22 marca 2016), zaś komendantem cywilnym wsi został Ludwik Malinowski, dawny podoficer z armii austriackiej. Obrońcy Przebraża w walce z Ukraińcami mogli liczyć tylko na siebie, a także na pomoc działających w sąsiedztwie partyzantów komunistycznych, z których najważniejszym był oddział pod dowództwem Józefa Sobiesiaka, pseudonim „Maks”. I właśnie ta niewielka książeczka to jest kolejna wersja obrony Przebraża widziana jego oczyma. Niektóre fakty mogą być znajome czytelnikom książki Cybulskiego (Sobiesiak przypomina przedwojenną karierę sportową Cybulskiego, jego pracę w leśnictwie, aresztowanie przez NKWD i ucieczkę piechotą z arktycznych łagrów z powrotem na Ukrainę, pomoc w ukrywaniu przed Niemcami Żydówki z getta w Łucku i objęcie przez niego stanowiska komendanta obrony Przebraża). Wcześniej Sobiesiak dogadał się z Cybulskim, że ten – jako dobrze wyszkolony w przedwojennym polskim wojsku – przyjdzie walczyć z Niemcami do jego oddziału partyzanckiego, ale zmienił zdanie, kiedy okazało się, że Cybulski jest bardziej potrzebny w rodzinnej wsi. 

W książce czytamy nie tylko o obronie wsi przed Ukraińcami, ale też o sposobach zdobywania broni i amunicji, o sprytnych metodach ukrywania realnej sytuacji w Przebrażu przed Niemcami, a także o brawurowej ewakuacji Polaków z zamku Radziwiłłów w Ołyce oblężonych przez bandy UPA:

„Któregoś z pierwszych dni nowego tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku do Przebraża przybyło trzech ludzi aż z Ołyki. Byli bardzo wyczerpani.
- Ratujcie, bracia! – jęknęli odsapnąwszy.  – Od dłuższego już czasu tkwimy w zamku księcia Radziwiłła, oblegani przez bandę. Bronimy się ostatkiem sił, brak amunicji, brak żywności, choroby sieją spustoszenie. Zginiemy, jeśli nie przyjdziecie nam z pomocą.
Zabrzmiało to tak, jakby żywcem zostało wyjęte z kart Sienkiewiczowskiej powieści. Miasteczko padło łupem najeźdźcy, mieszkańcy schronili się za wysokimi murami książęcego zamku. (…) Półtora tysiąca ludzi, w tym starcy, kobiety i dzieci, przeżywało tragedię lęku, głodu i chorób. Ściśnięci na małej powierzchni zamku oczekiwali śmierci zewsząd – od wewnątrz i od zewnątrz.”

Książka Sobiesiaka nie jest powieścią. Nie są to też typowe wspomnienia. Jest to raczej utrzymana w gawędowym tonie opowieść naświetlająca najbardziej dramatyczne obrazy i sytuacje z dziejów oblężenia Przebraża przez bandy UPA. W pamięć zapada przewijająca się przez cały tekst dramatyczna historia polsko-ukraińskiego małżeństwa Hreczków, którzy także schronili się w Przebrażu przed śmiercią z rąk UPA. Ukrainiec Iwan Hreczko i Polka o imieniu Maria pobrali się w 1923 roku. Prowadzili gospodarstwo rolne. Mieszkali w dużej polsko-ukraińskiej wsi. Mieli syna jedynaka o imieniu Wołodia. I ten właśnie syn w wieku kilkunastu lat znalazł się pod wpływem bandy UPA. Nasłuchawszy się o tym, że Lachów trzeba za wszelką cenę wypędzić z Ukrainy, usiłował zabić nożem własną matkę. Iwan bronił swej żony i zabił syna siekierą. Potem oboje z Marią uciekli z domu. Mężczyzna miał straszne wyrzuty sumienia, że własnymi rękami zamordował syna. Sobiesiak pisze, że starali się mu wytłumaczyć, że to nie on jest winien lecz ukraińscy nacjonaliści.

Mimo trzech poważnych ataków UPA Przebraże nigdy się nie poddało. Jego obrońcy nie zgodzili się także na ewakuację i wywózkę Polaków do Niemiec na roboty (tak się działo, kiedy mieszkańcy opuszczali swoje wsie i uciekali do miasteczek, gdzie stacjonowały niemieckie posterunki, dotyczy to m. in. mieszkańców Huty Stepańskiej). Wytrzymali do końca, to jest do wejścia na te tereny oddziałów Armii Czerwonej. Do wyjazdu z Przebraża zmusiły ich dopiero zmiany granic wymuszone na Polsce po II wojnie światowej.

Autor tej książki, Józef Sobiesiak (rocznik 1914) pochodził z Lubelszczyzny, przed wojną pracował jako robotnik i był członkiem Komunistycznej Partii Polski. We wrześniu 1939 roku brał udział jako polski żołnierz w kampanii wrześniowej, walcząc z Niemcami, a potem uciekł na wschód. Mało kto wtedy uciekał w tamtym kierunku, więc musiał być szczerze wierzącym komunistą, skoro wybrał Związek Radziecki.  Po wejściu Niemców organizował odziały partyzanckie na Wołyniu i Polesiu. I właśnie wtedy nawiązał współpracę z Henrykiem Cybulskim pracującym wówczas jako leśniczy. W 1944 roku został dowódcą Brygady Polskiego Sztabu Partyzanckiego „Grunwald”, która została przerzucona na teren Kielecczyzny i tam, wspólnie z Armią Ludową, walczyła z Niemcami, prowadząc działania dywersyjne, niszcząc tory kolejowe i szlaki komunikacyjne oraz atakując niemieckie garnizony. Po wojnie Sobiesiak został generałem brygady Ludowego Wojska Polskiego. Był także kontradmirałem, zastępcą dowódcy Marynarki Wojennej i zastępcą komendanta Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie. Zmarł w 1971 roku. Jest patronem Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Rybczewicach w województwie lubelskim. Pozostawił po sobie nie tylko legendę nieuchwytnego ludowego partyzanta, ale także kilka książek wspomnieniowych („Burzany”, „Brygada „Grunwald””, „Ziemia płonie”).

Na koniec chciałabym dodać, że to nieprawda, że w czasach PRL-u zacierano pamięć o zbrodniach UPA na Wołyniu. Książka Sobiesiaka o Przebrażu miała kilka wydań (moje wydanie jest trzecie z kolei). Na końcu posiada informację tej treści:

„Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty pismem z dnia 14 IV 1963 r., Nr P4 – 357/65 do bibliotek liceów ogólnokształcących, zakładów kształcenia nauczycieli, zasadniczych szkół zawodowych i techników.”
Zdziwieni, co?

Tak, tak, nawet „za komuny” kto chciał, ten mógł dowiedzieć się o tym, co Ukraińcy wyczyniali z Polakami na Ukrainie! I za tej strasznej komuny Sobiesiak mógł napisać w tej książce otwartym tekstem o tym, że Sowieci aresztowali Cybulskiego, zesłali go do łagrów, a on stamtąd uciekł. Cenzura to przepuściła, proszę państwa! A książka miała przeszło 20 tysięcy egzemplarzy nakładu!

Jestem ciekawa, czy również dzisiaj Ministerstwo Oświaty w Polsce rządzonej przez PiS zadba o to, by podsuwać uczniom w szkołach wartościowe pozycje historyczne, w tym także książki na temat ludobójstwa na Wołyniu? Mam nadzieję, że tak!

Niech zbrodnie UPA nigdy więcej nie będą zmiatane pod dywan!


  
Sobiesiak Józef, „Przebraże”, Wyd. Lubelskie, Lublin 1973


Wykorzystane zdjęcia pochodzą z zasobów Wikipedii

wtorek, 22 marca 2016

Henryk Cybulski, „Czerwone noce” – czyli o tym, jak polska wieś na Wołyniu skutecznie obroniła się przed ukraińskimi mordercami




„Czerwone noce” Henryka Cybulskiego to pamiętnik komendanta obrony polskiej wsi Przebraże na Wołyniu, która w okresie 1943 – 1944 była głównym punktem oporu polskiej ludności przez ukraińskimi bandami UPA i oddziałami tzw. „bulbowców” (inna zbrodnicza odmiana ukraińskich nacjonalistów).
 
Henryk Cybulski sam pochodził z Przebraża. Jego rodzice mieli tam niewielkie, kilkunastohektarowe gospodarstwo. Przed wojną był sportowcem Klubu Sportowego Przysposobienia Wojskowego w Łucku i zdobywał laury na zawodach ogólnopolskich w biegach przełajowych. W 1937 roku rozpoczął pracę w nadleśnictwie Kiwerce. Po wejściu na Kresy Armii Czerwonej, zimą 1939/1940 został aresztowany i wywieziony aż za koło podbiegunowe, skąd udało mu się uciec wiosną 1940 roku, po czym przez osiem tygodni przedzierał się do domu. Nie mógł jednak zostać w Przebrażu, bo właśnie tam przede wszystkim szukałoby go NKWD. Schronił się w innej miejscowości na Wołyniu, ukrywając się przed władzami do wejścia Niemców w 1941 roku. Potem znowu pracował jako leśniczy w Julanie koło Łucka, a potem w nadleśnictwie Głębokie. Miał kontakt z polską organizacją podziemną oraz z działającymi w okolicy partyzantami radzieckimi. Pomagał ukrywać Żydówkę Dwojrę Blank, córkę właściciela kamienicy w Łucku, która uratowała się ze spacyfikowanego przez Niemców żydowskiego miasteczka Zofiówka. Dwojra w przebraniu wołyńskiej chłopki udawała kuzynkę Cybulskiego, Irenkę. 

Wiosną 1943, kiedy zaczęły się napady UPA na polskie wsie, Cybulski porzucił pracę w lesie i wrócił do Przebraża, gdzie został komendantem obrony całej wsi, w której mieszkało wtedy około 25 tysięcy osób z całej okolicy. Komendantem cywilnym był Ludwik Malinowski. 

Zewsząd dochodziły straszliwe historie o wyrzynaniu całych polskich wsi, torturowaniu ich mieszkańców, paleniu domów itd. W samoobronie Przebraża brali udział młodzi mężczyźni ze wsi, którzy złożyli przysięgę wojskową. Byli podzieleni na cztery kompanie i skoszarowani. Było ich ponad 120 pieszych, do tego 40-osobowy zwiad konny. Broń zdobywali różnie, np. poszukiwali karabinów porzuconych we wrześniu 1939 roku przez wojsko polskie, dostali także jakieś od AK działającego w Łucku, pewną partię broni przywieźli im z Warszawy polscy kolejarze ze stacji Kiwerce, którzy działali w konspiracji. Ale największym wsparciem dla Przebraża byli działający w okolicy radzieccy partyzanci pod dowództwem Nikołaja Prokopiuka, z którymi nawet wspólnie przeprowadzili kilka potyczek zbrojnych z Ukraińcami. Odnotowano trzy duże ataki UPA na Przebraże, z których obrońcy wyszli zwycięsko. 

Oto szkic jednej z tych bitew pochodzący z książki Cybulskiego (zaczerpnięty z Wikipedii):



Żołnierze samoobrony pomagali także w ewakuacji mieszkańcom okolicznych miejscowości, np. pojechali osłaniać odwrót Polaków zgromadzonych w zamku Radziwiłłów w pobliskiej Ołyce. Polska ludność przez pewien czas broniła się tam przed Ukraińcami, ale ich siły były przeważające i musiała uciekać. Żołnierze z Przebraża osłaniali ich odwrót.  Prowadzili także walki zaczepne, napadając na miejscowości ukraińskie, w których znajdowały się ośrodki szkoleniowe UPA i dokonując ich likwidacji. Cybulski spełnił też rolę łącznika słynnego radzieckiego agenta, dywersanta z NKWD Nikołaja Kuzniecowa, który w przebraniu niemieckiego oficera, jako oberleutnant Paul Siebert (to był prawdziwy niemiecki oficer, który znajdował się w radzieckiej niewoli, Kuzniecow udawał jego sobowtóra, historia przypominająca Hansa Klossa), zabił niemieckiego generała w Łucku. Cybulski odwoził Kuzniecowa do radzieckich partyzantów w lesie niedaleko Przebraża.    

W tym czasie Niemcy przebywali na posterunkach w Łucku, ale nie wtrącali się w to, w jaki sposób Ukraińcy zdobywają „samostijną” Ukrainę. Pewnym wsparciem dla Polaków byli żołnierze węgierscy służący pod niemieckim dowództwem, którzy dawali się przekupić bimbrem i słoniną, i przymykali oczy na różne wyczyny polskiej samoobrony, dzięki czemu Polacy mieli więcej swobody.

Warunki życia w Przebrażu były bardzo ciężkie. Wieś była względnie zabezpieczona przed ukraińskimi atakami, wokół niej rozciągały się zasieki ze ściętych drzew, okopy i system umocnień ziemnych. Problemem jednak było zakwaterowanie uchodźców, dla których nie starczało miejsca w domach. Mieszkali więc w wykopanych naprędce ziemiankach czy byle jak skleconych barakach. Były także problemy z wyżywieniem takiej liczby ludności, zebraniem zboża z pól, a także jego zmieleniem. Najbliższy młyn parowy znajdował się w pobliskiej wsi zamieszkałej przez Ukraińców.

Mimo tych trudności, Polakom w Przebrażu udało się szczęśliwie doczekać wyzwolenia tych terenów przez Armię Czerwoną. Dalsze ich losy to była już utrata ojczyzny i wypędzenie. Musieli opuścić Wołyń i udać się na tułaczkę w nieznane. Większość wyjechała na Ziemie Odzyskane, w tym przede wszystkim – na Żuławy, m. in. do Malborka. 

Nacjonalizm ukraiński zwyciężył na Wołyniu. Obecnie w Przebrażu nie ma już śladu po Polakach. Ukraińcy zmienili nawet nazwę wioski na Hajowe (Gajowe).  

Autor tej książki, Henryk Cybulski, był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego i brał udział w forsowaniu niemieckich umocnień na Wale Pomorskim, gdzie toczyły się wyjątkowo ciężkie walki. Po wojnie mieszkał w Lublinie. Swoje wspomnienia wydał po raz pierwszy w 1966 roku, ale tamte wydanie z wiadomych względów nie zawierało tylu informacji, ile można było napisać po 1989 roku. „Czerwone noce” były pierwszą w historii Polski książką o ludobójstwie Polaków na Wołyniu. Książka miała zostać sfilmowana, jednak żaden polski rząd o to nie zadbał, ponieważ wolał przyjaźnić się z potomkami ukraińskich morderców. Taka sytuacja jest nadal. 

Czytajcie „Czerwone noce”! 

Poznajcie prawdę o naszych ukraińskich sąsiadach – mordercach, którzy do dzisiaj nie przeprosili nas za swoje zbrodnie!   

Cybulski Henryk, „Czerwone noce”, wyd. Bellona, Warszawa 1990