To
jest książka o jedzeniu i jelitach. A także o tym, że żyją w nich dobre i złe
bakterie. Oraz o jelicie grubym, które podobno odpowiada za około 80 procent
odporności człowieka.
Cywilizacja
nas zabija. Z naszymi jelitami grubymi jest źle. Jemy za dużo przetworzonej
żywności, za dużo mąki (gluten!), cukrów
i niezdrowych olejów, a za mało naturalnej, nieprzetworzonej żywności. Skutkiem
tego jest chroniczny stan zapalny jelita grubego, który z kolei wywołuje
najróżniejsze choroby, z tymi najgorszymi włącznie. Żeby nie chorować,
powinniśmy dopieszczać nasze dobre bakterie i nie karmić tych złych. Podobno
jednych i drugich mamy w jelicie grubym około półtora kilograma, a nawet do
dwóch kilogramów. Pomyślcie sobie, siedzą tam sobie i odpowiadają za to, że
mamy cukrzycę, nadciśnienie, raka, a nawet depresję! Strach się bać!
Najbardziej szokujące jest to, że takie sobie małe bakteryjki mogą mieć wpływ
na nie tylko na nasze ciało, ale też na naszą psychikę, ba, nawet na to, jak
myślimy! Szok, prawda?
Autorki
tej książki, czyli dwie Szwedki: Mia Clase i Lina Nertby Aurell, to
przyjaciółki od dziecka, które porzuciły pracę na posadzie (jedna z nich była
copywriterem, a druga politologiem) i zajęły się całodobową pracą na blogu
poświęconym żywieniu. Piszą o sobie, że wcześniej były „pozytywnymi
hipochondryczkami” (cokolwiek to znaczy) i spędzały całe noce na czytaniu w
Internecie o chorobach, martwiąc się o własne zdrowie, a także swoich dzieci i
mężów. W końcu założyły bloga o tym, jaki wpływ na zdrowie ma właściwie
odżywianie. Ich głównym konsultantem jest wiekowy szwedzki profesor Stig
Bengmark, wcześniej chirurg, a na emeryturze spec od odżywiania. Ich blog miał
tyle wejść, że w końcu postanowiły wydać książkę na bazie tego, o czym tam
piszą.
Jak
wspomniałam, pierwsze hasło tej książki to jelita i flora jelitowa. Poczytać tu
jeszcze można o epigenetyce, czyli nauce łączącej sprawy genetyki z naturą, o
właściwym wypróżnianiu się (walimy stanowczo za małe kupki!!!) i o tym, co
jeść, by nasze dobre bakterie jelitowe były szczęśliwe (a w efekcie także i my,
ich żywiciele) i mnożyły się na naszą chwałę. I żeby nie dostarczać pokarmu
złym bakterią (niech sczezną marnie!).
To
jest teoretyczna część tej książki. Natomiast praktyczna to szereg
interesujących przepisów, co i jak jeść. Tu nie ma wielkiej filozofii. Autorki
zalecają jedzenie nieprzetworzonego jedzenia, nie obżeranie się mięsem i
słodyczami, jedzenie dużej ilośći warzyw, picie warzywnych i owocowych koktaili
(smoothie), jedzenie przypraw, kiełków i kiszonek. Zalecają także okresowe
posty. Podają też parę przepisów. Choć nie o przepisy tu chodzi, ale o całą
filozofię jedzenia, która ma być taka raczej „slow” niż „fast”. Jeść to, co
zdrowe, żuć powoli, nie denerwować się byle czym i tak dalej. Niby banał, ale
jak łatwo o tym zapominamy.
Trafiłam
na tę książkę przypadkiem w Biedronce, była reklamowana jako bestseller i
sprzedawana w promocji za 27,99 zł. No to wzięłam. Od lat mam bowiem straszliwe
problemy ze zdrowiem, jestem nie tylko „pozytywną hipochondryczką”, ale naprawdę
poważnie choruję, moje jelita są zrypane przewlekłym zapaleniem, a o kupie to
już raczej szkoda gadać. Rzadko przypomina taką wzorcową, o której piszą
Autorki tej publikacji. Podobno najpiekniejsze, najbardziej wzorcowe kupy walą
Indianie z plemienia Yanomani, którzy mają w jelitach najwięcej flory
bakteryjnej na świecie. Chyba powinnam przeprowadzić się nad Amazonkę? :)))
Właściwie
to już wcześniej doszłam do takiego punktu, by leczyć się jedzeniem. Moja dieta
może niektórym wydać się dość dziwna, ale jest zalecona przez lekarza
specjalistę. I, co najważniejsze, ona działa! Jest może dość kosztowna, ale
widzę postęp w moich jelitach, także w temacie kupy. Od pewnego czasu włączam też
różne ciekawe motywy do mojej diety, jak np. kiszonki (zimą stale coś się kisi w
naszym domu), piję sok z kiszonej kapusty, kiszonych ogórków i kiszonych
buraków. Kupuję na rynku prawdziwą śmietanę od baby ze wsi, taką z bakteriami. I
słuchajcie, kupa po tym robi się lepsza! Czyli, że moje bakterie jelitowe, te
dobre, faktycznie spisują się na medal, jeśli się je odpowiednio potraktuje. Temat kupy jest tak ważny, bo w starszym wieku
to nie jest z wypróżnianiem tak jak za młodu. U ludzi po 50. to albo sraczka,
albo zatwardzenie, niestety. A wypróżnianie się jest przecież równie ważne jak
jedzenie.
Dlatego
też z zaciekawieniem studiuję książkę dwóch Szwedek, tym bardziej, że jest
napisana bardzo przystępnym, zabawowym
stylem, a trudne sprawy z zakresu biologii i medycyny są w niej wytłumaczone
tak prosto, że każdy je pojmie.
Inna
sprawa, że nie wiem jeszcze, czy wykorzystam coś z dietetycznych propozycji
zawartych w tej publikacji. Czipsów z jarmużu na pewno nie zrobię, bo dreszcze
obrzydzenia przechodzą mnie na samą myśl o czymś takim. Cud-napoju z kurkumy (1
łyżka na kieliszek wody) też pić nie będę. Ale, ale, może spróbuję zrobić sobie
granolę na śniadanie wypiekaną z kaszy gryczanej? Czemu by nie? Kaszę gryczaną uwielbiam,
jak wszyscy Słowianie.
Natomiast
nie kupuję zaleceń Autorek, by włączać do diety egzotyczne warzywa i owoce.
Albo mrożonki. Bo ja to tak po chłopsku uważam, że jemy to, co rośnie w
najbliższej okolicy. Transport to zawsze czas i chemia. Z zasady nie jadam
niczego poza sezonem i prawie niczego, co rośnie poza Polską. Za wyjątkiem dla
bananów i cytrusów, które czasem jem. Ale rzadko. Lata życia w PRL-u wyćwiczyły
mnie do tego stopnia, że omijam wzrokiem w marketach te góry jedzenia, które
nie wiadomo skąd przyjechały. Tak więc, po długim namyśle, wszelkim smoothie z
awokado chyba powiem „nie”.
Ale
smoothie w ogóle? Czyli jakiś koktail warzywny z tego, co znajdę w lodówce?
Może spróbuję, ale najpierw za pomocą starego miksera. Na razie nie będę
inwestować w blender. Nie będę też jeść żadnych kotletów z warzyw, bo kotlet to
musi być z mięsa. A mięso to ja uwielbiam! Zresztą, na jego jedzenie mam
zalecenie i specjalne błogosławieństwo mojego lekarza. Zażeram się więc czarnym
salcesonem i gulaszem wołowym i co jakiś czas biegam do laboratorium, by
sprawdzić poziom ferrytyny (taki rodzaj żelaza) we krwi. Ona ma mi rosnąć, ta
ferrytyna znaczy, a nie bardzo chce. Co tu dużo gadać, mam bowiem anemię, i to
galopującą. Ona mi przeszkadza żyć i muszę coś z nią zrobić. A lepiej przecież
zjeść smaczny wołowy gulasz, niż jakieś tam pastylki z żelazem, po których ma się
sraczkę, prawda? A sraczkę po tych
tabletkach mają prawie wszyscy. Ja nie, bo nawet ich nie spróbowałam, tylko
przeczytałam ulotkę i dałam spokój.
Tu
mała dygresja…
Po
roku zażerania się tym gulaszem postęp w temacie anemii jest taki, że
przestałam się już tak koszmarnie pocić przy każdym, najmniejszym nawet wysiłku
fizycznym, przeszła mi depresja, bóle głowy i czasem nawet udaje mi się wyjść z
domu aż dwa razy w ciągu jednego dnia. A wychodzenie z domu, to jest wstanie,
ogarnięcie się, umycie, ubranie i tak dalej jeszcze nie tak dawno było dla mnie
takim wysiłkiem, że jak to zrobiłam, to byłam tak zmęczona, że musiałam się
położyć co najmniej na godzinę. Potem dopiero byłam w stanie zadzwonić po
taksówkę i gdzieś ruszyć. Ale, zaraz, zaraz, w międzyczasie opadł mi poziom
cukru, no to trzeba było coś przekąsić. Zjadłam coś tam, miałam brudne zęby, więc
trzeba było znowu je myć. Pochlapałam się przy myciu zębów. Trzeba zmienić bluzkę.
Szukać nowej w stosie na fotelu (nie chowam już rzeczy do szafy, na jednym fotelu
mam czyste, na drugim brudniejsze, takie już trochę noszone, ale jeszcze zdatne
do założenia, znacznie mniej wysiłku tak jest, polecam tę metodę) i tak dalej.
A zakładanie butów? Wiązanie sznurówek? Tragedia!
No
i znowu byłam cała oblana potem, zmęczona
i znowu się kładłam na swoją otomanę. Czasami w butach… I tak w kółko. Co za
koszmar! I to mi zniknęło!!! Nie mam depresji. Dopisuje mi apetyt i dobry humor. Chyba dzięki tej mojej diecie mięsno-kiszonkowej? Dopieściłam
swoje jelita i one mi się odwdzięczyły! Tak jakoś to straszne zmęczenie niezauważalnie
zniknęło, nawet nie wiem kiedy. I tak sobie myślę, że może w tym roku na jesień
zapiszę się do Uniwersytetu Trzeciego Wieku? Może teraz dałabym radę wychodzić
z domu także po południu?
Jelita
są bardzo ważne! Pamiętajcie o tym!
Tu
jest link do bloga autorek tej książki, kobitki piszą naprawdę interesująco i
zabawnie:
Clase
Mia, Nertby Aurell Lina, „Food pharmacy”, wyd. Otwarte (Znak), Kraków 2017
