Translate

niedziela, 21 sierpnia 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”




Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej. 

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych.  Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę…   A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze. 

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972. 

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca. 

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami). 

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory. 

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty). 

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku. 
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował. 

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem. 

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej. 

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki? 

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:



Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

 

 

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Daphne Kalotay, „Rosyjska zima”




Cóż za niezwykła historia! Dawno nie czytałam tak pięknie opowiedzianej i tak niezwykłej fabuły! „Rosyjska zima” amerykańskiej autorki Daphne Kalotay to powieść napisana w starym, dobrym stylu. To wspaniale skonstruowana, romantyczna i nostalgiczna opowieść o klejnotach, sztuce baletu, miłości, przyjaźni i życiu w Związku Radzieckim w czasach stalinowskich.

Zaczyna się od tego, że Nina Riewska, mieszkająca w Ameryce zamożna, emerytowana tancerka pochodzenia rosyjskiego, pragnie wystawić na aukcji swoją kolekcję rzadkich klejnotów. Nina jest już stara i samotna, nie ma żadnej rodziny, poważnie choruje, nie może się poruszać i jeździ na wózku. Kontaktuje się z nią Drew, pracownica domu aukcyjnego, której zadaniem jest przygotowanie katalogu sprzedaży cennych pamiątek. Chce wiedzieć o nich jak najwięcej, poznać ich historię i ludzi z nimi związanych. W sprawę zamieszany jest także Grigorij, wykładowca literatury słowiańskiej na amerykańskim uniwersytecie, który urodził się w 1952 roku w Moskwie i wie o sobie tylko tyle, że był dzieckiem adoptowanym, a jego biologiczna matka była tancerką baletową (została mu po niej tylko stara torebka, w której znalazł kilka fotografii, parę starych listów i piękny wisior z bursztynu oprawnego w złoto). Grigorij  podejrzewa, że to właśnie Nina jest jego prawdziwą matką. Jego podejrzenia potwierdzają się, kiedy odkrywa, iż wśród klejnotów wystawionych na aukcji znajdują się kolczyki i bransoleta z bursztynami, wyglądające tak, jakby kiedyś stanowiły komplet z naszyjnikiem, który jest w jego posiadaniu… Jednak wszystko nie jest tak proste, jakby mogło się wydawać… Nina unika kontaktów z Grigorijem, nie przyjmuje go w domu, nie odpisuje na jego listy. Historia pochodzenia Grigorija wyjaśnia się na końcu i jest bardziej skomplikowana niż myślicie. 

Równolegle do losów Grigorija snuta jest opowieść o Ninie, która tuż przed II wojną światową rozpoczęła naukę w szkole baletowej w Moskwie i powoli pięła się po szczeblach kariery aż do momentu zostania primabaleriną. Czytamy bardzo dokładne opisy codziennego życia w Związku Radzieckim w czasach stalinowskich. Historia Niny, jej męża, teściowej i przyjaciół jest jakby żywcem wzięta ze słynnej książki „Szepty” (autor Orlando Figes), zresztą autorka na końcu wspomina, że książka Figesa była dla niej inspiracją. Czytamy o przeludnionych mieszkaniach, tzw. komunałkach, o zakładaniu podsłuchów, powszechnych donosicielstwie, życiu w wiecznym strachu przed aresztowaniem, wywózką do łagru lub rozstrzelaniem i marzeniach o życiu za żelazną kurtyną. Z kolei w wątku „współczesnym” poznajemy kulisy życia akademickiego w Ameryce i pracy w dużym domu aukcyjnym. Czytamy także o uczuciach, przyjaźni, miłości, zdradzie i trudnej samotności dojrzałych ludzi, którzy muszą dużo przeboleć, nim zdecydują się na związek. 

Powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, tym bardziej, że w obyczajową treść wplecione są wręcz sensacyjne wątki związane nie tylko z tajemnicą pochodzenia Grigorija, ale także z ucieczką obywateli radzieckich na Zachód (poprzez Berlin, który w tamtych latach nie posiadał jeszcze muru oddzielającego miasto). Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością!  Znalazłam informację, że Daphne Kalotay napisała już kolejną powieść, pozostaje więc czekać, aż ją u nas wydadzą.   

A tu jest rozmowa z autorką tej powieści:  



Kalotay Daphne, „Rosyjska zima”, tłum. Ewa Morycińska-Dzius, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011

wtorek, 9 sierpnia 2016

Elżbieta Cherezińska, „Harda” (Cherezińska – polska Philippa Gregory, nowy Sienkiewicz czy też Kraszewski?)


Od dawna nie czytam już powieści historycznych, jednak z ogromną nadzieją na dobrą lekturę sięgnęłam po książkę Elżbiety Cherezińskiej „Harda” opowiadającą o losach piastowskiej księżniczki Świętosławy/Sygrydy. Z nadzieją dlatego, że z różnych stron słyszę same peany na cześć pisarstwa pani Cherezińskiej, a zupełnie nie znam jej książek, no i z uwagi na interesującą bohaterkę przez nią opisaną. Chciałam poddać to weryfikacji, no i nie zawiodłam się. 

Świętosława czyli Sygryda zwana Storrada (Dumna), to postać to na poły baśniowa i nie wiadomo, czy w ogóle istniała w rzeczywistości.  Jeśli tak, to była albo córką albo siostrą Bolesława Chrobrego, a potem kolejno żoną dwóch królów skandynawskich (króla Szwecji i króla Danii), zaś jej synowie zostali królami Anglii. Jej wielką miłością miał być król Norwegii Olaf Trygwasson, z którym widzimy go na tej ilustracji:





Wiadomości na temat Świętosławy są bardzo skąpe i porozrzucane w różnych miejscach. Nawet jej imię nie jest pewne. Jest też taka ewentualność, że ta postać została zlepiona przez skandynawskich bardów i niemieckich kronikarzy z wiadomości o kilku różnych osobach. Jeśli istniała realnie, z pewnością nie była osobą tuzinkową, bo nawet w epoce średniowiecznej, kiedy kobiety pozbawione były wszelkich praw i traktowane jako zdobycz wojenna (branki) lub przedmiot przetargowy (córki) Świętosława dała się poznać jako dama z wielkich charakterem: silna, waleczna, samodzielna, a nawet okrutna. Barwny rozdział na jej temat przeczytałam może z 35 lat temu w książce Jadwigi Żylińskiej „Piastówny i żony Piastów” (polecam!) i pamiętam go do tej pory. 

No i właśnie Świętosława jest tytułową bohaterką najnowszej powieści Elżbiety Cherezińskiej. Rzecz zaczyna się od tego, że książę Polan Mieszko I postanawia przyjąć chrześcijaństwo, żegna się ze swymi licznymi żonami i morduje głównego kapłana pogańskiego sanktuarium. Po czym chrzci się w nurtach rzeki wraz ze swoją drużyną i żeni się z przybyłą z Czech księżniczką Dobrawą, która rodzi mu dwoje dzieci: Bolesława i Świętosławę. Autorka pokazuje panowanie Mieszka na tle ówczesnej Europy, czytamy więc o kontaktach ze Skandynawią, pogańskimi plemionami słowiańskimi, niemiecką arystokracją, sąsiadami z Czech i Węgier. Opowieść prowadzona jest umiejętnie i wielowątkowo: obok dziejów Świętosławy czytamy także o losach Mieszka i Bolesława, ich żon, jak również skandynawskich władców i wojowników. Podczas lektury trzeba pilnie uważać, by nie pogubić się w gąszczu szwedzkich, norweskich i duńskich imion.  Mam podejrzenie, że książka była pisana na cześć 1050 rocznicy chrztu Polski, bo ten temat jest równie ważny jak dzieje głównej bohaterki. Zresztą, mowa jest także o przyjęciu chrześcijaństwa przez kraje skandynawskie i wszechobecnej walce nowej, atrakcyjniejszej religii ze starymi, tradycyjnymi wierzeniami. 

Dużym plusem tej książki jest brak językowej archaizacji typowej dla dawnej polskiej powieści historycznej. Czytając „Hardą” nie trzeba przedzierać się przez różne tam „daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj”; można sobie odpuścić te wszystkie gontyny, żerce, białki i inne pojęcia, których znaczenie trzeba sprawdzać w słowniku. Opowieść jest pisana językiem współczesnym, jasnym i zrozumiałym nawet dla czytelnika mało obytego z historią. Do tego jest bardzo barwna i panoramiczna, wypełniona dramatycznymi wydarzeniami (jak spalenie przez Świętosławę zalotników w łaźni) i okraszona licznymi scenami erotycznymi (z uwzględnieniem elementów sadomasochistycznych), jednak przy tym wszystkim (a może mimo to?) narracja całości toczy się dość wolno. Z tego powodu czytałam to w spokojnym rytmie, obyło się bez gryzienia palców w napięciu… Niestety, niestety…   

Powiem szczerze, podobało mi się obrazowanie jakie spotkałam w „Hardej” i znakomicie, wręcz sensualnie opisane sceny z dawnego życia Słowian i Skandynawów. Autorka z ogromną umiejętnością przedstawia epokę średniowiecza, widać, że jest w tym temacie dobrze przygotowana i doczytana. Przypuszczam, że odrobiła lekcje z historii, także z historii życia codziennego w średniowieczu. Mam wrażenie, że niektóre sprawy zna z autopsji (czyżby działała w grupach rekonstruktorskich?), jak np. jazdę konną czy żeglarstwo. Jednak zdecydowanie lepiej wychodzi jej pisanie o rycerskich pojedynkach i twardym męskim życiu dawnych wojów niż ciągnięcie wątku miłosnego. W całej powieści wiele mówi się o miłości, sceny erotyczne są nawet bardzo ostre, jednak ja nie odczułam pomiędzy bohaterami jakiejś wielkiej chemii czy namiętności. Nie ma tego w warstwie słownej, nie wyczuwa się też tej chemii pomiędzy słowami. Dlatego mam wrażenie, że jest to raczej książka dla dużych chłopców, których uwiodą opisy bitew i pojedynków, niż dla pań spragnionych romansu w średniowiecznym anturażu. Wspominam o tym, ponieważ słyszałam od kogoś opinię, że „Cherezińska to polska Philippa Gregory” (czyli brytyjska autorka, która napisała już milion romansowych powieści o kobietach epoki Tudorów). Otóż, mówię z całą odpowiedzialnością, że Cherezińska to NIE JEST polska Philippa Gregory, choć ma w tym kierunku pewne zadatki. Jednak by nią została, musiałaby bardziej nacisnąć pedał z napisem „romans”. A nie wiem, czy takie właśnie są zamiary szanownej Autorki. Może ona woli o tych wojach pisać zamiast o miłości?  

Na skrzydełku „Hardej” jest z kolei opinia jakiegoś pana, że „Cherezińska  to nowe wcielenie Henryka Sienkiewicza”. Z tym się również nie zgodzę, bo u Sienkiewicza akcja płynie dosłownie błyskawicznie, nie ma momentów przestoju ani zastanowienia, zaś bohaterowie nieustannie przemieszczają się z miejsca na miejsce, jak w westernie. No i jest niesamowite napięcie. Jak już wspomniałam, ostrej akcji ani wielkiego napięcia nie ma u Cherezińskiej, akcja toczy się tu raczej spokojnie. „Harda” to taka powieść, że można spokojnie wieczorem włożyć do środka zakładkę, by doczytać ją następnego dnia. Nie ma tu przymusu czytania do rana, jak w przypadku powieści przygodowych. 

Jeśli już miałabym szukać jakiegoś literackiego odnośnika dla tej pisarki, to – moim zdaniem – byłby to raczej Józef Ignacy Kraszewski z jego dokładnym obrazowaniem dawnych dziejów i szczegółową, acz leniwą narracją.   

Na końcu książki jest informacja, że „Harda” jest pierwszą częścią opowieści o losach Świętosławy, kolejna ma nosić tytuł „Królowa”. Myślę, że po nią sięgnę, jak wyjdzie. 

Przy okazji, tak mi przyszło do głowy, by odświeżyć sobie stare powieści o polskich Piastach, poczytać sobie Żylińską („Złota włócznia”), Gołubiewa (cykl „Bolesław Chrobry”), Parnickiego, Bunscha czy nawet Kraszewskiego. Nie wiem, czy to zrealizuję, bo jakoś zawsze szkoda mi czasu na czytanie fikcji. Ale czuję się zainspirowana! Nie wiem, jak przebrnę przez mocno archaizującego Gołubiewa, ale skoro udało się za młodu, to czemu by nie spróbować jeszcze raz?  

Cherezińska Elżbieta, „Harda”, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2016