Translate

niedziela, 10 grudnia 2017

Dalszy ciąg wspomnień mojej mamy w kwartalniku „Prowincja” („Prowincja” 2017 nr 4)


W najnowszym numerze kwartalnika „Prowincja” ukazał się właśnie dalszy ciąg wspomnień mojej mamy Haliny Łukawskiej. 

Opowiada tam, jak zapamiętała styczeń i luty 1945 roku. Przebywała wtedy na robotach przymusowych w miejscowości Birnkenfelde (dzisiaj Grzymała, powiat Sztum) w Prusach. Jej właścicielem był Niemiec Arthur Radtke, który próbował uciekać wraz ze swoimi robotnikami, kiedy zbliżał się front radziecki. Jednak nie zdążył. Został zastrzelony przez radzieckich żołnierzy przy drodze w miejscowości Dąbrówka Malborska. 

Po wielu perypetiach moją mamę i jej brata wyzwolili radzieccy żołnierze 2. Frontu Białoruskiego, którzy wkroczyli tam w ramach operacji wschodnio-pruskiej. Było to 25 stycznia 1945 roku. A potem grupa polskich robotników z Birkenfelde prawie miesiąc wędrowała piechotą do domu, spotykając po drodze wojsko radzieckie i niemieckie. W pewnym miejscu dostali się na linię ognia pomiędzy strzelającymi do siebie żołnierzami obu armii. Dosłownie cudem uszli z życiem!


Mojej mamie najbardziej wryły się w pamięć obrazy wyzwolonego Dzierzgonia, przez który przechodzili wieczorem 25 stycznia:

„Wkrótce doszliśmy do Dzierzgonia. Tam zobaczyłam na własne oczy, co naprawdę znaczy wojna. Było strasznie. Miasto wyglądało jak jakieś piekło. Szliśmy środkiem jezdni, rozglądając się na boki. Część domów płonęła podpalona przez Rosjan. Radzieccy żołnierze w białych kombinezonach kulali się z górki, od strony kościoła, coś krzyczeli i strzelali z karabinów w powietrze na wiwat. Chyba byli już mocno pijani. Wyglądali jak jakieś diabły z piekła rodem. W powietrzu latały pióra z rozprutych pierzyn i poduszek. Baliśmy się okropnie. Jeszcze bardziej bały się nasze konie przy wozie. Przeraziły się ognia i tych wystrzałów. Co jakiś czas stawały i cofały się spłoszone. Z wielkim trudem przejechaliśmy przez płonące miasto. Tych wojennych obrazów z Dzierzgonia nie zapomnę do końca życia.”

W ostatni piątek (8 grudnia) byłam w Sztumskim Ośrodku Kultury na promocji tego numeru „Prowincji”. Mama też miała pojechać, ale jak się dowiedziała, gdzie będzie to spotkanie, to zrezygnowała. Dlaczego? Bo właśnie tam, gdzie znajduje się ten ośrodek kultury, dokładnie tamtą ulicą, która nosi obecnie nazwę Mikołaja Reja, a za Niemców nazywała się pewnie jakoś inaczej, moja mama szła w grudniu 1942 roku, razem ze swoją matką i bratem starszym o trzy lata. Przywieziono ich do Sztumu w bydlęcych wagonach, prowadzili ich w kolumnach gestapowcy z psami w mundurach. Mama pamięta, że od dworca w Sztumie szło się jakoś pod górkę do miasta. Było jej ciężko iść, bo była przerażona i zmęczona po długiej podróży, a do tego niosła jakieś ciężkie tobołki ze swoimi rzeczami zawinięte w koc. Miała wówczas tylko dwanaście lat! Szli wtedy do Arbeistamtu, który mieścił się w sztumskim zamku zbudowanym przez krzyżaków.

No i nie chciała znowu oglądać tej ulicy, ani w ogóle Sztumu.
- Pewnie będą tam chcieli, żebym coś powiedziała na tym spotkaniu… - mówiła.
A ja wiem, że ona ma słabe serce. No i cukier też mógłby jej skoczyć.
Więc pojechałam tam w jej zastępstwie.
Kiedy poproszono mnie o zabranie głosu, opowiedziałam o obawach mojej mamy i o tym, że tutaj obok, po tej właśnie ulicy Niemcy pędzili w czasie wojny polskich niewolników.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego – jak się okazało – lepiej było, że pojechałam tam ja, a nie moja matka. Pisałam wcześniej, że niemiecki właściciel matki nazywał się Radtke, prawda? No i co ja widzę w tym Sztumie?
Wchodzę do tego ośrodka kultury, a tam w holu wisi jakaś tablica, niżej stoi szklana gablotka, a wyżej jest napis „Gerhardt Radtke” i coś tam, coś tam… Jakiś bardzo zasłużony ten Gerhardt Radtke, działacz społeczny, hodowca gołębi i tak dalej.
A ja wtedy poczułam się tak, jakbym samego diabła zobaczyła!
- O Boże! Trzymajcie mnie. Tu jest Radtke, ratunku! – pomyślałam. I omal trupem nie padłam! To było jak zły sen! Nie wiem, co by było z moją matką, jakby zobaczyła to, co ja. Mnie ciśnienie skoczyło, a co dopiero jej!
 


Przyjechałam potem do domu i długo nie mogłam się uspokoić po tych wszystkich emocjach. Zdawałam relację mojej mamie z tego spotkania, a ona pyta, no i co ja tam dokładnie powiedziałam.
- Powiedziałam, jak było, że w grudniu 1942 roku szłaś tam ze swoją mamą i bratem…
Patrzę, a moja matka ma łzy w oczach. Prawie się popłakała. Wzruszyła się, choć to normalnie jest twardo stąpająca po ziemi kobieta.

A ja potem prawie całą noc nie spałam z wrażenia. W sumie to jestem zadowolona, że mogłam tym ludziom w Sztumie opowiedzieć o wojennej drodze krzyżowej mojej rodziny. Drodze krzyżowej, która przebiegała tuż obok i została zapomniana. Tyle mówi się teraz o Golgocie Polaków na Wschodzie, a zapomina się o tym, co Niemcy nam zrobili. Było o tym głośno zaraz po wojnie, ale potem, po 1989 roku, w ramach fałszywie pojmowanego pojednania z Niemcami, zaczęto wyciszać kwestię niemieckich zbrodni wojennych. A przecież nie można zapominać o tym, co my, Polacy, wycierpieliśmy od nich w czasie II wojny światowej.

Aaa, jeszcze jedno!
Dobra wiadomość jest taka, że jak stałam pod tą wystawką Radtkego, to podszedł do mnie pracownik z wydawnictwa i poprosił o kontakt. Okazało się, że jest zainteresowany wspomnieniami mojej mamy. Bardzo mnie to cieszy! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

„Prowincja. Kwartalnik Społeczno-Kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław” 2017/4

 



czwartek, 7 grudnia 2017

Bolesław Prus, „Lalka”


Po raz kolejny przeczytałam „Lalkę” Bolesława Prusa. Już nie wiem, po raz który. Pamiętam, że ostatnio czytałam ją mniej więcej dwa lata temu, jak leżałam plackiem parę tygodni, bo byłam chora. Teraz też muszę trochę poleżeć, bo skręciłam sobie nogę w kolanie (tę zdrową i lepszą!), przez co prawie nie wychodzę na dwór, snuję się po domu i poleguję na otomanie, bo mnie boli noga i plecy. No i coś w tym czasie czytać muszę. 

Nie, żebym nie miała co czytać, bo przecież mam. Wielkie złogi papieru leżą koło mnie na meblościance i tylko się kurzą. Czekają na swoją kolej m. in.: Balzac, Gorki, Poe, Sienkiewicz, Reymont, „Trzej panowie w łódce, nie licząc psa”, Paullina Simons, Lisa See, jakieś wspomnienia i jeszcze masę innych rzeczy. Ala ja właśnie przerabiałam Prusa. 

Swoją drogą, co to się ze mną dzieje z wiekiem. Za młodu, jeszcze w podstawówce, zawsze w chorobie czytałam „W pustyni i w puszczy”, a potem „Trylogię” Sienkiewicza.  Później przyszła kolej na Jane Austen. Przez długie lata to właśnie jej powieści były dla mnie „dyżurne” w razie długiego pozostawania w domu. No, a teraz – Prus. Starzeję się, czy co, że czytam tego nudziarza? 

Od razu mówię – „Lalka” nie należy do moich ulubionych powieści. Właściwie to wcale jej nie lubię. Nie lubię też właściwie Bolesława Prusa, bo jest strasznie odległy ode mnie w sensie psychicznym. Dosłownie o lata świetlne!  Ale z wiekiem polubiłam chyba to jego „teatrum mundi”, jakie prezentuje w „Lalce”. No, i oczywiście, sprawia mi przyjemność czytanie o starej Warszawie i różnych jej osobliwościach. Teraz, jako osoba dojrzała, chyba już wiem, jak to wszystko odczytać. Bo za młodu? W szkole? „Lalka”? A w życiu! W PRL-u katowali tym uczniów. Była to lektura szkolna w drugiej klasie liceum. I ja tego wtedy nie przeczytałam. Nie dałam rady, znudziło mnie i zmęczyło śmiertelnie. Na studiach też tego nie przeczytałam w całości.  Udało mi się pokonać „Lalkę” w całości dopiero po czterdziestce i to mając za sobą obejrzenie dwóch jej ekranizacji (to jest naprawdę wielkie ułatwienie dla wyobraźni!).

Nie, żebym nie dawała rady za młodu czytać opasłych tomów. Miałam już wtedy za sobą ogromne tomiszcza Dickensa, Dumasa czy Hugo. Ale tam się coś działo! Była jakaś akcja! A tu nic! Co by nie mówić, kompozycja „Lalki” rzeczywiście mocno szwankuje, na co narzekał już w XIX wieku znany krytyk Aleksander Świętochowski. Stary subiekt Rzecki zrzędzi i marudzi, a miłosne cierpienia starego Wokulskiego wydawały mi się zawsze o wiele mniej ciekawe, niż cierpienia młodego Wertera. Choć w jednym, jak i w drugim wypadku obaj panowie prezentują egoistyczny i onanistyczny stosunek do miłości. Im jestem starsza, tym bardziej Wokulski mnie irytuje z tą swoją „miłością”.  No, bo pomyślcie sobie: dziewczyna 23-letnia z arystokracji i dwa razy starszy bogaty kupiec, którego szlacheckie pochodzenie nawet nie jest do końca pewne! Nie mają ze sobą o czym rozmawiać! Między nimi nie ma żadnej chemii! Żadnego porozumienia, nic, nic kompletnie! Nawet nie flirtują ze sobą! Czy to może być para? No, chyba, żeby ona była całkowicie zdesperowana i naprawdę była zmuszona wyjść za mąż dla pieniędzy. Ale ona jeszcze ma co jeść i w co się ubrać, więc trzyma go sobie na dystans, rozważając ewentualność wyjścia za niego, ale nie podejmując jednak ostatecznej decyzji.

 Im jestem starsza, tym bardziej odczytuję „Lalkę” na przekór zamysłom autora. Coraz bardziej żal mi biednej, osaczonej przez Wokulskiego Izabeli, którą stary konkurent próbuje sobie zwyczajnie kupić i podporządkować za pomocą sreber, serwisu i kamienicy, a nie umie po prostu zwyczajnie nawiązać z nią emocjonalnego kontaktu. Zachowuje się, jakby był emocjonalnym kastratem! Zero empatii w stosunku do kobiety! Wysłałabym go na jakaś terapię! Czytałam sobie teraz o tym jego nieudanym romansie i myślałam, czyżby kreacja Izabeli była jakąś zemstą odrzuconego mężczyzny, który mści się w ten sposób za swoje „krzywdy” na polu erotycznym? To jest dość typowe zachowanie u mężczyzn parających się piórem, tak obsmarować swoją wybrankę, która ich nie chciała.

W moim wydaniu w przypisach znalazłam informację, że pierwowzorem Izabeli Łęckiej miała być jakaś piękna kresowa arystokratka, którą młody Aleksander Głowacki, jeszcze nie Bolesław Prus, poznał w czasie wakacyjnej pracy jako korepetytor. Nazywała się Konstancja Hulanicka, a jej rodzice posiadali majątek Zajączkówka na Podolu. Taką informację podaje autor opracowania, profesor Józef Bachórz (promotor mojej pracy magisterskiej), który zaczerpnął ją z książki Gabrieli Pauszer-Klonowskiej „Zwykłe sprawy niezwykłych ludzi” (wydanie II rozszerzone, Lublin 1978).

Jeżeli to jest prawda, że „Izabela Łęcka” istniała naprawdę, to już wszystko jest jasne! W tym wypadku mielibyśmy tu kolejną literacką zemstę odrzuconego, a może po prostu nie traktowanego poważnie konkurenta, który kreując postać dorobiewicza Wokulskiego obmyślał różne metody zdobycia wyniosłej arystokratki. Szkoda tylko, że to jest tak mało znana sprawa. O romansie Adama Mickiewicza i Maryli Wereszczakówny jest głośno i każdy  uczeń wie, że czwarta część „Dziadów” to rozliczenie poety z tamtą miłością. A o tym, że Prus także kochał się nieszcześliwie – jakoś tak cicho. Trzeba by poczytać tę Pauszer-Klonowską (znam ją z innych książek biograficznych).  Z drugiej strony, ciekawy jest też wątek podejścia do Izabeli od strony wampirycznej, czytałam kiedyś na ten temat artykuł w „Pamiętniku Literackim”, gdzie porównywano ją z wampiryczną postacią pięknej Aspazji z powieści „Poganka” Narcyzy Żmichowskiej. Jakiś Anglik to napisał, ale nie pomnę już nazwiska. 

I na koniec… 

Najbardziej zabawną i najkrótszą recenzję „Lalki” wygłosiła pewna pani, która sprzedaje ciastka u mnie na rynku w dni targowe.

- Wie pani, żeby ten Prus napisał coś ciekawego. Ale że się stary dziad zakochał w młodej dziewczynie? O czym tu pisać? – skomentowała, skarżąc się, że jej wnuczce kazali w szkole przeczytać „Lalkę” jako lekturę. – Strasznie się męczy dziecko z tym czytaniem. 

Tak mi się to spodobało, że zrobiłam na ten temat mema. To chyba w ogóle mój pierwszy mem w życiu. Dopiero się uczę. Dlatego proszę o wyrozumiałość! 

Prus Bolesław, „Lalka”, opracował Józef Bachórz, t. 1, 2, wydawnictwo Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991