Translate

poniedziałek, 26 września 2016

Jarosław Molenda, „Niepokorne córy II Rzeczpospolitej i PRL”




Właśnie przeczytałam „Niepokorne córy II Rzeczpospolitej i PRL” Jarosława Molendy. Nie za bardzo rozumiem, czym kierował właściwie się autor w wyborze swoich bohaterek (pisze o tym we wstępie, ale bardzo niejasno, być może chodziło o feminizm?), ale łączy je jedno: wszystkie były mocno pojebane!

Kogóż tu mamy? 

Poetka Maria Komornicka, której zdawało się, że jest mężczyzną.
Teozofka Wanda Dynowska, przybrana matka Dalaj Lamy.
Pisarka i blagierka Bella Czajka-Stachowicz.
Tajemnicza działaczka podziemia Alicja Iwańska.
Profesor filozofii Barbara Skarga.
Pisarka Natalia Rolleczek.
Ginekolog i pisarka Michalina Wisłocka.

Układ książki i sposób przedstawienia bohaterek jest mocno koproidalny (wyd. Bellona w takiej samej szacie wydaje książki Sławomira Kopra), czego nie lubię. Ale wypożyczyłam z biblioteki z uwagi na nazwisko autora, bo go kojarzę z książką o mumiach, nawet dobrą. Ale tu, niestety, widać zadziałał koprowy wirus i książka o „niepokornych” kobietach Molendy do złudzenia przypomina we wszystkim książki Kopra. Jest tak samo lekka, łatwa i przyjemna w lekturze. Powiedziałabym, że zbyt lekka, łatwa i przyjemna. No, ale przeczytałam.

Jedyny pożytek z tej lektury to interesująca bibliografia, z której może coś ukradnę.
No i jeszcze są przypisy…
Nie bardzo rozumiem, dlaczego książka pisana w tabloidowym stylu jest obciążona przypisami. Co to ma być? Tabloid z oznakami naukowości? Autor daje odnośniki do każdej prawie informacji, którą zamieszcza. A przecież i tak wiadomo, że tego typu „biografie” to z reguły kompilacja wiadomości z innych książek, artykułów prasowych i stron internetowych. O tym każdy czytelnik wie i nie ma chyba potrzeby udawać, że się pisze tekst naukowy. „Za moich czasów” tylko książki naukowe posiadały przypisy. Nigdy nie zamieszczano ich w popularno-naukowych, a za taką można uznać to dzieło.

Przeczytałam to, ale powiem, że zdecydowanie wolę czytać autobiografie, niż takie kompilacje. O wiele ciekawsza jest jakaś osobista wypowiedź danej osoby, pamiętnik czy wywiad, niż wymęczona składanka różnych historyjek. Tym bardziej, że bohaterki są raczej powszechnie znane (no, może z wyjątkiem Iwańskiej) i każdy przeciętny dorosły czytelnik prasy codziennej i różnych tygodników ma o nich jakieś tam pojęcie.  

Molenda Jarosław, „Niepokorne córy II Rzeczpospolitej i PRL”, wyd. Bellona, Warszawa 2016

sobota, 24 września 2016

Józef Marcinkowski (Akhara Jussuf Mustafa), „Pamiętnik jasnowidza”




„Pamiętnik jasnowidza”, którego autorem jest Akhara Jussuf Mustafa (prawdziwe nazwisko Józef Marcinkowski) to autobiografia legendarnego warszawskiego wróżbity i jedna z pierwszych książek na tematy ezoteryczne oficjalnie wydanych w PRL-u. Był to hit lat 1970; dzisiaj jest już nieco zakurzony, ale godny przypomnienia. 

Józef Marcinkowski pochodził z biednej rodziny z kresów wschodnich, gdzieś z Wołynia (prawdopodobnie z okolic Równego). Jednak ze względu na peerelowską cenzurę pisze o swojej kresowej młodości w sposób bardzo zawoalowany. Był astrologicznym Rakiem. Urodził się w 1911 roku. W dzieciństwie był świadkiem różnych dziwnych wydarzeń. 

- Mój ojciec był czarownikiem i zabił go piorun – czytamy w „Pamiętniku jasnowidza”. Wcześniej matka widziała we śnie, że widzi swego męża, jak pełznie po ściernisku jak wąż. „Rano, kiedy zjawili się żniwiarze w polu, znaleźli zwłoki ojca stojące pod kopą żyta, ze snopem nasuniętym na głowę jak u chochoła. Od kopy, pod którą te zwłoki stały, biegła wężykowata, czarna linia wypalonego ścierniska.” Matka wyszła drugi raz za mąż, ale wkrótce zmarła z przepracowania. Ojczym był tak okrutny, że 9-letni pasierb przepowiedział mu, że się powiesi. Przepowiednia spełniła się po siedmiu latach. Kiedy Józek miał 10 lat, cudem uniknął śmierci. Przez wioskę przetaczał się front pierwszej wojny światowej (a może wojny polsko-bolszewickiej? autor pisze o tym dość niejasno), a on pomagał przynieść wodę dla konia jednego z wojskowych. Kiedy wrócił z wiadrem, nie było już ani wierzchowca, ani żołnierza, rozwalił ich pocisk artyleryjski. 

W dzieciństwie „przetrącono” mu kręgosłup podczas pracy w lesie. Leżał na łóżku i wył z bólu, nic nie pomagały bańki stawiane za radą sąsiadek. Wtedy zawołano wiejską znachorkę, która zażądała gromnicy, małego stołeczka, czystej szklanki i świeżego jajka kurzego. Gromnicę włożyła mu do ręki, a jajkiem pięć razy przesunęła po całym ciele, szepcząc przy tym jakieś zaklęcia. Potem wybiła je do szklanki. Zawartość skorupki była czarna. „Znak to nieomylny, że całą niemoc babcia ze mnie wyciągnęła.” Potem jeszcze kazała mu skakać przez stołeczek, co miało ostatecznie nastawić kręgosłup. Parę miesięcy leżał na wznak, bardzo cierpiąc, aż w końcu ból zaczął zanikać, chociaż dolegliwości pozostały do końca życia. 

Kiedy miał 15 lat, przyszła po niego śmierć. Był wtedy w bursie i siedział o zmierzchu na krześle koło pieca. Nagle ogarnął go straszny lęk. „W nogach poczułem dotkliwe zimno, a czoło zrosiło się zimnym potem.” Po smudze światła wpadającego przez drzwi jadalni pełzła ku niemu pulsująca, bezkształtna masa. „Krzyk zamarł mi w krtani. A ona wciąż była bliżej i bliżej. Dotknęła moich stóp i wzdłuż goleni wdzierała się do góry. Zdrętwiały i stały się nieczułe palce u nóg, potem stopy, potem łydki, potem kolana, lędźwie. Bezruch narastał. Drętwy i martwy byłem do pasa.” Wtedy na szczęście, wszedł ktoś do pokoju z lampą i nagle straszna mgła zaczęła znikać. 

W 1929 roku, w wieku 18 lat, został podopiecznym  Towarzystwa Przyjaciół Dzieci i Młodzieży Polskiej z Kresów, które w okresie międzywojennym zajmowało się wychowaniem sierot. Przez pewien czas mieszkał w grudziądzkim internacie prowadzonym przez Towarzystwo i uczył się w tamtejszej szkole średniej. Zainteresował się parapsychologią, kiedy do Grudziądza przyjechał z występami niejaki Łączyński, który reklamował się jako „profesor wiedzy tajemnej” i hipnotyzował osoby z publiczności. Marcinkowskiemu nie udało się zobaczyć tego występu, ale wraz z kolegami zdobył dzieło słynnego międzywojennego okultysty Chaima Szyllera-Szkolnika pt. „Siła nasza wewnątrz nas” i według wskazówek tam zawartych, ćwiczył siłę wzroku, wpatrując się godzinami w czarny krążek na białym tle. Wkrótce zaczepiła go na ulicy stara Cyganka. „Wzięła moją prawą ręką w swoje dłonie i długo ją oglądała i z jednej, i z drugiej strony. Puściła ją, popatrzyła na mnie dość dziwnie i powiedziała: „ Będziesz wszędzie pierwszy. I nikt ci wróżyć nie będzie.” Radość z takiej przepowiedni nie trwała długo, bo młody Marcinkowski został wkrótce pierwszym uczniem wyrzuconym ze Szkoły Budowy Maszyn i pierwszym, który zgromadził na świadectwie aż sześć dwój. 

Na balu andrzejkowym w Warszawie pod koniec listopada 1934 roku po raz pierwszy wystąpił jako jasnowidz. Przebrany w strój turecki miał być jedną z atrakcji tej imprezy. Przybrał wtedy pseudonim Akhara Jussuf Mustafa, którego używał do końca życia. O dziwo, jego improwizowane wróżby okazały się prawdziwe. Tak zaczęła się  kariera Akhara Mustafy jako jasnowidza i wróżbity, którą kontynuował w stolicy podczas okupacji aż do powstania warszawskiego. Po powstaniu został przez Niemców wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Przeszedł tam piekło, ale przetrwał przy życiu aż do wyzwolenia przez armię amerykańską. Później wrócił piechotą do kraju pokonując silnie strzeżoną granicę pomiędzy strefą amerykańską i radziecką. Po wojnie normalnie pracował na różnych stanowiskach, m. in. jako urzędnik i behapowiec, a po godzinach nadal przyjmował klientów pragnących dowiedzieć się, co ich czeka w przyszłości. 

Książka jest napisana w sposób bardzo błyskotliwy, widać, że Marcinkowski miał nie tylko zdolności paranormalne, ale także wybitny talent literacki. Jego sposób opowiadania przypomina styl pisarski innych dwudziestowiecznych „naturszczyków” jak Henryk Worcell, Zbigniew Umiński czy Stanisław Grzesiuk. Najciekawsze są partie o wróżbach, a najbardziej przejmujące - fragmenty związane z pobytem w niemieckiej niewoli. Także tam umiejętność przepowiadania przyszłości niejednokrotnie ratowała mu życie. Przeczytałam całość jednym tchem. Polecam gorąco, nie tylko miłośnikom ezoteryki! 

Marcinkowski Józef (Akhara Jussuf Mustafa), „Pamiętnik jasnowidza”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976

Więcej o tym wróżbicie jest tutaj:

Najsłynniejsi polscy wróżbici i jasnowidze - Józef Marcinkowski ...

Mustafa A. J.: Pamiętnik jasnowidza - Parapsychologia ...



środa, 21 września 2016

Mamert Stankiewicz, „Z floty carskiej do polskiej”




Autor tych wspomnień, kapitan Mamert Stankiewicz, jest znany szerokim kręgom polskich czytelników jako tytułowy bohater kultowej książki Karola Olgierda Borchhardta „Znaczy kapitan”. Jego niezwykłe i barwne koleje losu możemy poznać z autobiograficznej pozycji „Z floty carskiej do polskiej”. 

Mamert Stankiewicz był człowiekiem Kresów. Jego rodzina wywodzi się z dawnego województwa wileńskiego (ze strony ojca z powiatu brasławskiego, ze strony matki z dziśnieńskiego). Urodził się w Mitawie (dzisiaj Jełgawa) w 1889 roku jako syn carskiego oficera (ojciec skończył szkołę wojskową w Rydze i służył w mitawskim pułku piechoty). Dość liczna rodzina Stankiewiczów mieszkała więc na stałe w Mitawie, a na lato wyjeżdżała do majątku dziadków (rodzice matki) położonego nad rzeką Dziśnieńką, gdzie jechało się pociągiem z Mitawy do Rygi, potem do Dyneburga, a stamtąd do stacji Borkowicze, gdzie czekały już konie i powóz wysłane przez dziadka. 

Mamert i jego bracia skończyli rosyjską szkołę początkową w Mitawie. Czytać, pisać i modlić się po polsku nauczyła ich matka. Potem była szkoła realna w Mitawie, w końcu Korpus Kadetów Morskich w Petersburgu, słynna szkoła wojskowa z tradycjami, no i służba w carskiej flocie na Bałtyku. Mamert ożenił się z siostrą swojego kolegi szkolnego, Heleną Jankowską, swoją pierwszą miłością, w której kochał się od 12. roku życia. 

Najciekawszy okres opisany w tych wspomnieniach to czas rewolucji październikowej i tego, co nastąpiło później, a zwłaszcza podróż autora dookoła świata, z Rosji do Polski (inaczej w tamtym czasie się nie dało, bo drogę zagradzał niemiecki front). W 1918 roku Mamert w przebraniu uciekł z ogarniętej rewolucją Rosji (przepustkę na wyjazd dawał mu towarzysz Załkind, który w czasie spotkania w Pałacu Zimowym strzelał sobie z pistoletu w ścianę, ot, tak, dla rozrywki) i przez Finlandię i Szwecję udał się statkiem do Ameryki. Miał zamiar w taki czy inny sposób dostać się do Polski. W Rosji pozostawił żonę z dzieckiem. W Stanach Zjednoczonych najpierw nie mógł znaleźć zatrudnienia, potem pracował jako sekretarz w rosyjskim konsulacie w Pittsburghu. Potem udało mu się sprowadzić zza oceanu żonę z córeczką. W 1919 roku został zwolniony z konsulatu i dostał polecenie dołączenia do rządu admirała Aleksandra Kołczaka na Syberii. Stankiewiczowie wraz z córką ruszyli więc pociągiem na zachód Ameryki, stamtąd popłynęli statkiem do Japonii, potem zaś znowu pociągiem do Omska, gdzie w tym czasie rezydował rząd białych Rosjan admirała Kołczaka. Ich odyseja przypominała nieco przygody opisane w powieści „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdążyli zagospodarować się w Omsku, kiedy przyszedł rozkaz ewakuacji na wschód, bo z zachodu zbliżał się front bolszewicki. Trzeba było szybko uciekać. Ale jak? 

Sytuacja rodzinna była dramatyczna, bowiem dokładnie w tym czasie Helena Stankiewiczowa była wysoko w ciąży. Miała rodzić, dosłownie już, lada dzień! Nie było wiadomo, co robić w tej sytuacji: czekać w Omsku na poród, narażając się na późniejsze, ewentualne bolszewickie represje, czy też uciekać pociągiem wraz z białymi Rosjanami. Stankiewiczowie wybrali w końcu to drugie rozwiązanie, żona z córką pojechały wcześniejszym pociągiem, mąż późniejszym, potem się spotkali. W końcu jednak, na skutek zdrady czeskich żołnierzy prowadzących straż na linii kolejowej, i tak wszyscy razem z Kołczakiem wpadli w ręce czerwonych. Ostatecznie, Mamert znalazł się w więzieniu w Irkucku, gdzie uwięziono również admirała Kołczaka, który wkrótce został zgładzony przez bolszewików. Naszemu kapitanowi również groziła śmierć, jednak zamiast tego trafił do obozu koncentracyjnego na Syberii, później został wypuszczony na wolność. W międzyczasie, w trakcie tych dramatycznych wydarzeń, jego żona urodziła drugą córkę. Dopiero w 1921 roku, po zawarciu traktatu w Rydze, Stankiewiczom udało się cudem, przez Moskwę, przedostać do Polski. I tak zakończyła się trwająca trzy lata dramatyczna podróż dookoła świata. Stracili wszystko, co posiadali wcześniej i byli całkowicie zrujnowani finansowo i obdarci. W wolnej Polsce musieli dorabiać się od zera. 

Na początku lat 1920. Mamert zaczął pracować w powstającej właśnie szkole morskiej w Tczewie i wychowywać nowych marynarzy. I ta jego właśnie działalność została opisana piórem kapitana Borchardta. Rodzina osiadła ostatecznie w Tczewie, gdzie wynajęła pięciopokojowe mieszkanie (Helena Stankiewiczowa wraz z córkami została usunięta z Tczewa przez Niemców jesienią 1939 roku, kiedy hitlerowcy wysłali całą ludność napływową z Pomorza do Generalnego Gubernatorstwa).

W okresie międzywojennym kapitan Stankiewicz pływał na m/s „Piłsudski”. Wtedy też, w wieku niespełna 50 lat, spisał swoje wspomnienia, które zakończył w 1937 roku. W przededniu wybuchu II wojny światowej, 24 sierpnia 1939 roku, dostał rozkaz, by wyprowadzić z Gdyni do Wielkiej Brytanii statek „Kościuszko”, który w tym czasie był kompletnie pozbawiony wszelkiego wyposażenia i już przygotowany do sprzedaży na złom. Kapitan musiał uczynić go sprawnym do żeglugi, szybko zebrać załogę i zdążyć wydostać się z Bałtyku, zanim wybuchnie wojna. „Kościuszko” wypłynął  z Gdyni dosłownie w ostatniej chwili, 28 sierpnia wieczorem. Przepłynął Morze Północne i 2 września dotarł do Anglii. 

W listopadzie 1939 roku Stankiewicz objął dowództwo na transportowcu wojskowym m/s „Piłsudski”. Miał dołączyć z tym statkiem do konwoju. Jednak 26 listopada okręt został storpedowany przez Niemców. Kapitan został na pokładzie do końca, ewakuował się wraz z ostatnimi marynarzami na małej tratwie. Kiedy po paru godzinach rozbitków uratował brytyjski niszczyciel, kapitan był już w takim stanie wychłodzenia, że nie udało się go uratować. Jego pogrzeb odbył się 29 listopada w Hartlepool. 

Wspomnienia Mamerta Stankiewicza w postaci maszynopisu ofiarowały Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni jego córki, Anna Tomaszewska i Irena Małecka. Po raz pierwszy zostały wydane w latach 1990. Ja czytałam drugie wydanie. Podobno w oryginale tekst był o wiele dłuższy, ale przez wydawcę został znacznie skrócony i zredagowany. Jednak wiele to nie pomogło w odbiorze całości. Kapitan Stankiewicz miał widocznie naturę pedanta, gdyż pisał tak, aby wszystko było dokładnie i szczegółowo. Nie dbał wcale o to, by było ciekawie czy interesująco. Jak ognia unikał wszelkiej sensacji. Nawet swoje niezwykłe przygody w Ameryce i na Syberii przedstawił w konwencji prawie urzędniczego sprawozdania. Opowieści Stankiewicza daleko na przykład do sensacyjnej fabuły przygodowej opowiedzianej przez Ferdynanda Ossendowskiego, który mniej więcej w tym samym czasie kręcił się po Syberii i Mongolii (był w otoczeniu szalonego barona, czyli generała Romana Ungern von Sternberg) i napisał potem książkę „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”.   
   
Autobiografię Stankiewicza czyta się tak sobie... Jakby nie chodziło o wspomnienia Kresowiaka i epizod amerykańsko-syberyjski, pewnie dałabym sobie w ogóle spokój z tą lekturą. Wiele miejsca poświęcił Stankiewicz opisom statków, rejsów i innych kwestii około marynarskich, do tego napisał o tym w sposób tak nudny, że całe fragmenty tej książki zaledwie przekartkowałam. Być może mogą one być interesujące dla historyków polskiej floty wojennej czy handlowej, ale zwykłemu czytelnikowi trudno jest przedzierać się przez te rozważania. 

Aaaa, właśnie, rozważania! Rozważania filozoficzne kapitana Stankiewicza! Tego w tej książce nie brakuje! Autor jawi się w niej jako szlachetny człowiek honoru, naśladowca Conrada, a jego wspomnienia mają nieść naukę młodym pokoleniom polskich marynarzy. Obala przy tym związane z zawodem żeglarza mity, zwłaszcza mit wiecznej przygody i niezwykłego powodzenia u kobiet (zdaniem Stankiewicza, nieprawdą jest, że marynarz ma żonę w każdym porcie, a kwestie lupanarów po prostu go mierżą). 

Warto tu przypomnieć, że bardzo interesujące wspomnienia o Stankiewiczu pozostawił jego wychowanek ze szkoły morskiej w Tczewie, Karol Olgierd Borchadt, autor książek „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Samosierry”, „Szaman morski” i innych. Opisał w nich Mamerta jako ekscentrycznego nauczyciela morskiego fachu, który w każde prawie zdanie wtrącał słowo „znaczy”. 

Tu kawałeczek Borchardta na zachętę:

„Uroczysta zbiórka wyznaczona była na godzinę jedenastą. Po pobudce i podniesieniu wielkiej gali poszliśmy na śniadanie. Jeszcze tylko ostateczne porządki w miedzypokładzie. Po podniesieniu stołów międzypokład zamienia się w bawialnię. Przebieramy się w wyjściowe, granatowe mundury i stajemy na zbiórce.
Na przemian prószy drobniutki suchy śnieg i wygląda słońce. Od pierwszego maja obowiązują białe pokrowce na czapkach. Nakrochmalone i wyprasowane jeszcze w domu rękami matek i sióstr - wyglądają naprawdę bardzo uroczyście.
 Z pokładu rufowego zstępuje kapitan w asyście wszystkich oficerów.
  - Baczność! Na prawo patrz!
  - Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
  - Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa „znaczy” - nikt nie ma wątpliwości, że tych „znaczy” będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? Z jakiego podręcznika przygotował przemówienie? Kartki nie widzimy, nauczył się pewnie na pamięć.
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
 Kapitan zaciska zęby i mówi:
- Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską królową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie, małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucje, papież - Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyje!
 - Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!”

A tu jest fragment dziecięcych wspomnień kapitana Stankiewicza,  w którym opowiada o wakacjach u dziadków w dziśnieńskim powiecie:

Stankiewicz Mamert, „Z floty carskiej do polskiej”, wyd. Iskry, Warszawa 1997

niedziela, 18 września 2016

Piotr Zychowicz, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”



„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotra Zychowicza to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów wschodnich, choć Autor nie lubi tej nazwy i konsekwentnie nie używa jej w swojej książce, zastępując ją nazwą „Polska”. Dla Zychowicza bowiem słowo „kresy” oznacza marginalizowanie całych terenów, na których kiedyś żyli Polacy. Powołuje się przy tym na cytat z pamiętników Michała K. Pawlikowskiego, który pisał tak: 

„Wyraz „Kresy” oraz urzędowe „Ziemie Wschodnie” po prostu mnie mierżą. Do roku z grubsza 1914 mówiliśmy Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. I oto nagle po roku 1918 ograniczyliśmy pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie litewski do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim. Ten lęk przed nazwą „Litwa” i ukucie niezgrabnych eufemizmów „Ziemie Wschodnie” lub „Kresy” trącą zaściankiem i kompleksem niższości. Dla mnie istnieją: Korona i sfederowane z nią Wielkie Księstwo Litewskie. Nie możemy z dnia na dzień zmieniać terminologii, która wytrzymała pięćsetlenią próbę historii.” (Zychowicz, s. 31)

Tematem tej książki jest tajny (właściwie jakby utajniony przez oficjalną wersję historii po dziś dzień!) układ pomiędzy Józefem Piłsudskim a bolszewikami, na mocy którego Piłsudski dwa razy wstrzymał wojska polskie, które miały szansę ruszyć na pomoc konającej armii białej Rosji i ostatecznie dobić bolszewików. Taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy w 1919 roku, kiedy to wojska bolszewickie zostały z trzech stron otoczone przez armie białych Rosjan i Polaków. Z południa znajdowała się armia generała Antona Denikina (przypomnijmy, był to pół-Polak, syn polskiej krawcowej z Włocławka i rosyjskiego wojskowego), ze wschodu armia Aleksandra Kołczaka, z północy armia generała Jewgienija Millera, z północnego wschodu armia generała Nikołaja Judenicza. I to wszystko razem parło na Moskwę. Gdyby tylko jeszcze dopomogło polskie wojsko idące w tym samym momencie z zachodu, można było dobić „czerwoną zarazę” (jak pisze autor) od razu. Wystarczyłoby tylko, by Polacy zajęli miasto Mozyrz na Polesiu i zadali ostateczny cios sowieckiej 12. Armii, a śmiertelny pierścień wokół wojsk Lenina-Trockiego zamknąłby się raz na zawsze. Między Polakami a Moskwą nie stała wtedy żadna poważna siła. 

Piłsduski wstrzymał jednak pochód polskich wojsk na wschód, choć o pomoc błagał go wtedy generał Denikin. Piłsudski nie chciał jednak pomagać carskiemu generałowi, bo ten wypowiadał się za przywróceniem dawnego imperium rosyjskiego, a Polskę widział na jej etnicznym terytorium. I bez tej polskiej pomocy wojskowej, wiosną 1920 roku, w Noworosyjsku nad Morzem Czarnym armia Denikina została dobita. Ale wcześniej, w trakcie wstrzymania polskiego frontu (dokładnie w dniach 22 -30 lipca 1919 roku), w Białowieży odbyła się pierwsza runda rozmów polsko-bolszewickich. Ze strony radzieckiej brał w nich udział polski komunista Julian Marchlewski. Sowieci obiecywali, że w zamian za zaniechanie dalszego pochodu wojsk polskich, gotowi są zrzec się na naszą korzyść całej Litwy i Białorusi, czyli terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. 

Druga runda tych rozmów odbyła się 19. października 1919 roku w Mikaszewiczach (powiat łuniniecki) na Białorusi, na zapleczu polskiego frontu. Tym razem Marchlewski przywiózł ze sobą żonę i córkę, a także kilku innych komunistów. Ze strony polskiej w rozmowach brali udział Michał Kossakowski oraz dwóch zaufanych oficerów Piłsudskiego: kapitan Ignacy Boerner i porucznik Mieczysław Birnbaum (jako oficer wywiadu polskiego był tam obecny Stanisław Baczyński, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Piłsudski wolał układać się z bolszewikami niż z Denikinem, bo chciał, by dawna, carska Rosja została dobita. Zresztą, jako były socjalista, miał jakąś dziwną słabość do czerwonych, z których zresztą wielu znał osobiście. Siedział przecież jako więzień polityczny na zesłaniu za udział w spisku mającym na celu zabicie cara Aleksandra II (mordercą cara był brat Lenina, Aleksander, a jego towarzyszem był brat Piłsudskiego, Bronisław). Socjaliści znali się także z rozmaitych spotkań i zjazdów partyjnych. W pewnym więc sensie bolszewicy byli starymi znajomymi Piłsudskiego. 

Ta decyzja układania się z czerwonymi przyniosła taki efekt, że zdążyli okrzepnąć po walce z białymi i latem 1920 roku ruszyli na Polskę, niszcząc wszystko po drodze i niosąc na zachód światową rewolucję. W sierpniu 1920 roku Polacy zwyciężyli bolszewików pod Warszawą i popędzili ich z powrotem na wschód. A potem sytuacja się powtórzyła. Front polski na wschodzie w pewnym momencie stanął, mimo, że o pomoc błagał teraz Polaków generał Piotr Wrangel, dowódca Sił Zbrojnych Południa Rosji, zwany Czarnym Baronem. Warto zaznaczyć, że Wrangel obiecywał Polakom więcej niż Denikin, jeśli chodzi o nasze ziemie wschodnie. Ale i tym razem Piłsudski był nieugięty wobec carskiego wojskowego. Nie ufał bowiem rosyjskim generałom. Zdecydowanie wolał bowiem bolszewików. I tak, 12 października 1920 roku zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy między Polską a bolszewikami. Dzięki temu mogli oni, nie obawiając się ciosu z zachodu, spokojnie zająć się unicestwieniem armii generała Wrangla. 12 listopada czerwoni wdarli się na Krym, który był ostatnim bastionem carskiej Rosji. 

„Walka o wolną Rosję była przegrana. Obóz białych – który można porównać z naszymi żołnierzami wyklętymi lub francuską Wandeą – poniósł ostateczną klęskę. Rosja przestała istnieć na zawsze” (Zychowicz, s. 195)

Autor tej książki uważa, że gdyby w październiku 1920 roku Piłsudski ponownie nie wstrzymał pochodu polskich wojsk, Polacy wraz z Wranglem weszliby do Moskwy i ostatecznie zwyciężyli bolszewików. Ale tak się nie stało. Zamiast triumfalnego zwycięstwa (to hipotetyczne wzięcie Moskwy przez Polaków zostało opisane na początku książki w konwencji political fiction) był traktat w Rydze, traktat, w którym strona wygrana (Polacy) robiła ustępstwa na rzecz strony przegranej (bolszewików). Traktat ten nazywa Zychowicz czwartym rozbiorem Polski, bo Polska zrzekła się wówczas sporej części swojego terytorium, oddając zamieszkałych tam Polaków na pastwę czerwonego terroru. Traktat ryski był też swojego rodzaju rozbiorem Litwy, Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a Sowdepię. 

No i te błędne decyzje Piłsudskiego krwawo się potem zemściły. Ale nie na nim, bo zdążył już umrzeć. Zemściły się na Bogu ducha winnych Polakach. Czyżby była to jakaś karma, jaką musimy odcierpieć za to, że spowodowaliśmy cierpienia innych (zarówno Polaków, jak i Rosjan, Rusinów, Białorusinów i Litwinów)?

Konsekwencje traktatu ryskiego były straszliwe. W jego efekcie bolszewicy  wyniszczyli w latach 1930. Polaków z tzw. dalszych kresów wschodnich, weszli do Polski we wrześniu 1939 roku, no dalej nie ma co pisać, bo wszyscy to wiedzą. Skutkiem traktatu ryskiego były wywózki na Syberię, do Kazachstanu, zamordowanie Polaków w Katyniu, w końcu całkowite odebranie nam Kresów wschodnich po II wojnie światowej i to wszystko, co działo się dalej. 

To nie jest popularna czy też kanoniczna wersja historii. Wiele z powyżej przedstawionych faktów jest celowo przemilczanych lub inaczej interpretowanych przez historyków głównego nurtu. Paktowanie Piłsudskiego z wysłannikami Lenina i Trockiego było przemilczane już w okresie międzywojennym. Zychowicz napisał tę książkę pod prąd oficjalnej wersji, opierając się na dokumentach z epoki, wspomnieniach i pamiętnikach, których lista jest bardzo długa. Najważniejsza z nich jest książka Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, która w konwencji literackiej opowiada o paktowaniu marszałka z Sowietami na zgubę Polski. 

Znałam wcześniej ten utwór Mackiewicza, czytałam także niektóre z cytowanych przez Autora memuarów z epoki. Ale wszystko zebrane razem w postaci jasno zrozumiałego wykładu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam tę emocjonalnie napisaną książkę jednym tchem, wspólnie z Autorem rozpaczając dzisiejszej nocy nad tragicznymi konsekwencjami błędnych decyzji marszałka Piłsudskiego, który lekką ręką oddał na zmarnowanie ogromne terytorium należące niegdyś do Polski wraz z mieszkającymi tam ludźmi, a także zaprzepaścił niezwykłą szansę na odrodzenie imperium polskiego w granicach przedrozbiorowych. 

Zychowicz pisze o sobie, że jest polskim patriotą imperialnym i należy temu przyklasnąć. Dlaczego nie wykorzystać szansy, by zostać państwem wielkim i niezwyciężonym? Piłsudski tę szansę zaprzepaścił! Powstaje pytanie: czy ten człowiek naprawdę zasługuje na to, by stawiać mu pomniki i nazywać jego imieniem ulice i inne rzeczy? To jest temat pod rozwagę.

A Zychowiczowi za tę książkę należy się miejsce nie tylko w kresowym panteonie ale również w kresowym raju, jaki zapewne istnieje na tamtym świecie. Brawo ten pan!  

Zychowicz Piotr, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”, wyd. Rebis, Poznań 2016