Translate

niedziela, 24 września 2017

Marek Koprowski, „Kobiety kresowe” (a zwłaszcza Irena Sendecka, ostoja polskości w Krzemieńcu)



„Kobiety kresowe” Marka Koprowskiego to kolejna, znakomita książka polskiego dziennikarza i historyka specjalizującego się w kresowej tematyce. 

Są to portrety sześciu kobiet, pisane w formie pierwszoosobowej wypowiedzi. Te kobiety to już ostatnie strażniczki polskości na naszych dawnych kresach wschodnich. Ich postawy urzekają swoim patriotyzmem i głęboką religijnością. Przywiązanie do polskości i religii katolickiej to podstawa ich bytu. Takich ludzi jest coraz mniej, dlatego warto dokumentować dokonania tych ostatnich, którzy przetrwali na Kresach w czasach, kiedy Polacy byli tam prześladowani za samą tych swoją narodowość, w czasach okrutnego Związku Radzieckiego, a potem niepodległych państw Litwy, Białorusi i Ukrainy, które także – mimo swoich deklaracji o przyjaźni z Polską – tępią na swoim terenie wszelkie oznaki polskości. 

Bohaterki tej książki przeszły całą kresową polską drogę krzyżową, to jest prześladowanie i wywózki Polaków za „pierwszych” Sowietów, Niemców, „drugich” Sowietów i w okresie powojennym. Tylko jedna z nich, czyli Barbara Powroźnik z Bilewiczów, opuściła Kresy i osiedliła się w Polsce. Inne trwały tam, na swoim ostatnim kresowym posterunku, niczym polscy rycerze z powieści Henryka Sienkiewicza. 

Najbardziej zapadła mi w pamięć postać Ireny Sendeckiej z Krzemieńca na Wołyniu, która przez wiele lat była tam dosłownie człowiekiem-instytucją. Mieszkała w dworku, w którym niegdyś mieszkał światowej sławy botanik, wykładowca liceum krzemienieckiegp Wilibald Besser. Sendecka pochodziła z Humania, gdzie urodziła się w 1912 roku. Jej rodzina przeniosła się na Wołyń po I wojnie światowej, kiedy po zawarciu traktatu ryskiego Humań i okolice pozostały po wschodniej stronie granicy, stały się własnością Związku Radzieckiego. Jej matka została nauczycielką w liceum krzemienieckim. Irena uczyła się tam na miejscu, potem studiowała pedagogikę, filozofię i język angielski na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po studiach pracowała jako nauczycielka w Równem na Wołyniu, potem przeniosła się do Krzemieńca.

Latem 1939 roku wyjechała jako instruktorka harcerska na szkolenie do Belgii, gdzie zastał ją wybuch wojny. W tej sytuacji miała pełne moralne prawo nie wracać do kraju, ona jednak, okrężną drogą przez Francję, Szwajcarię, Włochy, Węgry i Rumunię popędziła do swoich. Jechała dokładnie w odwrotnym kierunku niż uciekające wówczas z Polski nasze władze i dyplomaci. Zdążyła dotrzeć do Lwowa, kiedy miasto zaczęło być atakowane przez Niemców. Organizowała i prowadziła kuchnię polową dla polskich żołnierzy broniących Lwowa. Po wejściu Niemców do Lwowa, przedostała się do Krzemieńca do matki, której nie widziała od kilku miesięcy. A na Wołyniu rozpoczęło się właśnie mordowanie Polaków przez ukraińskich nacjonalistów. Chłopi ukraińscy napadli na Krzemieniec w przeddzień wkroczenia tam wojsk sowieckich. Podobne wypadki miały miejsce w Poczajowie i wielu innych wsiach w okolicy. Ukraińcy wyłapywali też polskich żołnierzy i wydawali ich w ręce sowieckie.  Jeszcze gorzej było po wejściu Niemców, kiedy Ukraińcy chcieli utworzyć na dawnych polskich kresach „samostijną” Ukrainę. 

Bandy UPA szalały w okolicy tak okrutnie, że nawet niemieccy okupanci powołali w 1943 roku w Krzemieńcu Komiet Opieki nad Uchodźcami, w którym działała także Irena Sendecka.  Taka instytucja była bardzo potrzebna, bo do miasta przybywało coraz więcej uciekinierów z polskich wsi mordowanych i palonych przez UPA. Tych ludzi trzeba było gdzieś położyć, nakarmić itd., czyli zorganizować jakoś dla nich pomoc.  Polacy koczowali wtedy w kościołach w Krzemieńcu, byli goli i bosi, bo tak jak stali, często nocą, uciekali spod ukraińskiej siekiery. Sandecka zorganizowała wtedy specjalny konwój z Krzemieńca do pobliskiej wsi Wisznia, który przywiózł tym ludziom ze wsi, z ich domów, ciepłą odzież i potrzebne rzeczy. Później organizowała przewożenie dzieci z matkami do Generalnej Guberni, gdzie było dla Polaków bezpieczniej. Kilka takich transportów polskich dzieci z Wołynia wyjechało do Krakowa do klasztpru Albertynów, gdzie mieściła się siedziba Polskiego Komitetu Opiekuńczego. Dalsze losy Sendeckiej były bardzo dramatyczne: mieszkala w obleganym przez Ukraińców Krzemieńcu, potem przebywała w  Zbarażu, gdzie także groziła Polakom śmierć z rąk band UPA.

Po wkroczeniu Sowietów w 1944 roku została aresztowana jako „polska nacjonalistka” i więziona w Krzemieńcu i w Zbarażu.  Siedziała w jednej celi z młodymi Ukrainkami podejrzanymi o przynależność do UPA. Po skończeniu odsiadki nie chciała wyjeżdżać z Krzemieńca, choć wszystkich Polaków namawiano na repatriację i wyjazd „do Polski”. Została tam i do 1969 roku pracowała jako laborantka. W 1946 roku wyjechał z Krzemieńca ostatni proboszcz, wtedy ona zaczęła organizować tam parafię i walczyć o polski kościół.  Potajemnie uczyła polskie dzieci religii, mimo, że w czasach Chruszczowa była z tego powodu szykanowana przez KGB. Swoim uczniom mówiła, że w Archiwum Głównym Akt Dawnych są przechowywane stare dokumenty potwierdzające przynależność Krzemieńca do Polski. Wynikało z nich, że w 1064 roku przybył tam Bolesław Śmiały, któremu ówcześni właściciele Krzemieńca, Makosiejowie i Deniski, przekazali to miasto na własność. Na tej podstawie jest to wciąż polskie miasto.

Walka Ireny Sendeckiej o polskość Krzemieńca nie skończyła się z upadkiem Związku Radzieckiego. Jeszcze gorzej było na niepodległej Ukrainie, kiedy to nagle Ukraińcy odkryli swoją narodowość i chcieli ją na siłę udowadniać kosztem Polaków. W latach 1990. Sendecką przerażała eksplozja ukraińskiego nacjonalizmu i gloryfikacja morderców z UPA. Prawdopodobnie to właśnie taka jej postawa spowodowała, że dzialania Ireny Sendeckiej nie zostały docenione przez polskie władze, które wtedy zabiegały o „przyjaźń polsko-ukraińską” i starały się wyciszyć wszystkie kontrowersyjne problemy, takie jak ludobójstwo Polaków na Wołyniu. W wolnej i niepodległej Ukrainie działania Sendeckiej były kontrolowane i śledzone przez funkcjonariuszy ukraińskich służb bezpieczeństwa tak samo jak wcześniej przez KGB. Sendecka zmarła, nie doczekawszy sławy i uznania ze strony Polski, a przecież na taką sławę i uznanie zasługiwała, będąc przez całe życie wzorem prawdziwej Polki i patriotki.  Może ktoś powinien napisać biografię tej dzielnej kobiety? Poświęcić jej całą ksiażkę? Może na kanwie jej losów powinien powstać polski film historyczny?

Inne bohaterki tej książki to: Barbara Powroźnik z Bilewiczów, Stefania Romer (krewna prezydenta Bronisława Komorowskiego), Paulina Paluszkiewicz, Zofia Hurko i Leonarda Rewkowska. Ich losy były również trudne i dramatyczne. Ale bledną przy tym, co przeżyła w swoim długim życiu Irena Sendecka.

Koprowski Marek, „Kobiety kresowe”, wyd. Replika, Zakrzewo 2015

czwartek, 21 września 2017

Alceo Valcini, „Bal w hotelu „Polonia”” (reportaż z powojennej Warszawy)



Chcecie wiedzieć, jak Warszawa wracała do życia w 1945 roku? W tej książce znajdziecie niezwykle barwny i realistyczny opis, jak wyglądał w Polsce „rok pierwszy” po wojnie, kiedy nasza stolica leżała w gruzach i nie wiadomo było, czy zostanie odbudowana. A mimo to, nawet w tych ruinach, ludzie żyli, pracowali, a nawet bawili się. 

Dawno nie czytałam książki zawierającej tyle miłych słów i sympatycznych sądów o Polsce i Polakach. Włoski dziennikarz Alceo Valcini był zagranicznym korespondentem w okresie międzywojennym, w okresie niemieckiej okupacji i zaraz po wojnie. I właśnie ten ostatni pobyt opisał w swej barwnej reportażowo-gawędziarskiej książce „Bal w hotelu „Polonia””.

Valcini przyjechał do Polski w grudniu 1945 roku, akurat na samo Boże Narodzenie. Podróż pociągiem przez pół Europy, poprzez różne strefy okupacyjne pilnowane przez różne wojska sojusznicze trwała długo, a wautą płatniczą w Polsce były wtedy – między innymi – włoskie pomarańcze, których kilka skrzynek dziennikarz przywiózł ze sobą w kolejowym przedziale.  

Warszawa była wtedy morzem ruin, gruzów i grobów. Działał w niej jeden tylko hotel o nazwie „Polonia” (adres: Aleje Jerozolimskie 45), gdzie mieszkali przedstawiciele zagranicznej dyplomacji i dziennikarze. W hotelowych pokojach „Polonii” mieściły się ambasady takich krajów jak: Argentyna, Austria, Belgia, Bułgaria, Czechosłowacja, Egipt, Finlandia, Niderlandy, Luksemburg, Meksyk, Norwegia, Rumunia, Stany Zjednoczone, Szwecja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania i Włochy. Poza tym, była tam siedziba międzynarodowej organizacji pomocowej UNRRA i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. 

Całe to towarzystwo było bardzo wesołe, stąd prawie codziennie w jakimś pokoju odbywało się przyjęcie. Kwitło tam życie głośne towarzyskie, niczym w studenckim akademiku za czasów komuny. Noce spędzano w hotelu, bo nie było innego miejsca, dokąd można by pójść, by się zabawić. A poza tym, już po zmierzchu robiło się tak niebezpiecznie, że kto nie musiał, ten nie wychylał nosa z bezpiecznego budynku. W nocy na ulicach rozlegały się strzały i nikt z gości „Polonii” nie dociekał, kto i dlaczego strzelał. W dzień w ruinach kwitł czarny rynek, rodziło się nowe życie w rozmaitych masowo powstajacych barach, restauracjach i kafejkach, prowadzonych często przez osoby z polskich wyższych sfer czy nawet arystokracji. A w hotelu „Polonia” kiosk z gazetami prowadziła autentyczna polska hrabina. Jej młody krewniak, też hrabia, imieniem Staś, był jednym z pierwszych warszawskich taksówkarzy. Do szaleństwa kochała się w nim pewna młoda Angielka, urzędniczka brytyjskiej misji dyplomatycznej… 

W kraju było niebezpiecznie, nowa władza walczyła z antykomunistycznym podziemiem. W warszawskich ruinach kwitł czarny rynek, a cała Polska jeździła na szaber na Ziemie Odzyskane, choć było to surowo zakazane i groziły za to surowe kary, do dożywocia włącznie. Sytuacja polityczna była trudna. 

Alceo Valcini: „Moskwa naciskała wówczas, by realizować układ jałtański. Sytuacja była zatem bardzo skomplikowana, a obecność uzbrojonych band na terenie kraju jeszcze ją utrudniała. Powojenny chaos trwał wbrew pozorom normalnej stabilizacji. Władze tego nie taiły. Grupy nie poddających się antykomunistów panoszyły się po wsiach, bandy dezerterów ukraińskich i kryminalistów wszelkiego autoramentu przeżywały ostatnią przygodę dokonując zamachów na państwowe urzędy, banki i gospodarstwa wiejskie. W codziennie powtarzających się zbrojnych starciach między siłami rządowymi i bandami padali z obu stron zabici i ranni. Warszawskie noce budziły poczucie niepewności. W aglomeracjach miejskich dawała się odczuć obecność band wyrostków, tak zwanych bezdomnych, dzieci niczyich, jak „bezprizornych” po rewolucji w Piotrogradzie, którzy przez dłuższy czas widzieli wokół siebie jedynie śmierć i zniszczenie i wybierali bandytyzm jako najlepszy sposób na przeżycie.”   

A mimo to, ludzie chcieli się bawić, chcieli tańczyć i świętować powrót do świata bez wojny. Na początku marca 1946 roku, jeszcze w karnawale, dyplomaci mieszkający w hotelu „Polonia” postanowili zorganizować bal. Miał to być pierwszy bal w powojennej Warszawie. Martwiło ich tylko to, że większość dyplomatów to byli samotni mężczyźni, którzy nie zabrali swoich żon do tak niebezpiecznego kraju jak Polska. Skąd wziąć partnerki do tańca? 

„Rozwiązanie jest bardzo proste – powiedział szef misji pewnego kraju Ameryki Łacińskiej. – Jeśli nie chcecie widzieć, jak ambasador brytyjski tańczy tango z przedstawicielem Czechosłowacji, albo jak radca ambasady Włoch walcuje ze szwedzkim ministrem, trzeba zaprosić na bal piękne polskie panie.
Tak właśnie postanowiono. Ze strony dyplomatów dostarczono za darmo pewną ilość butelek znakomitego wina, likierów i klasycznej whisky, która docierała do Polski drogą dyplomatyczną. Wiadomość o balu z wolna rozeszła się po mieście, od zakończenia wojny nie było w mieście podobnego towarzyskiego wydarzenia o charekaterze międzynarodowym, które zapowiadałoby się równie obiecująco.”

Bal udał się nad podziw, piękne Polki w swoich skromnych strojach znacznie przewyższały urodą nieliczne żony zagranicznych dyplomatów w ich wieczorowych kreacjach. Autor reportażu tańczył najpierw z głodną Angielką, która cały czas szeptała mu do ucha, że chce zjeść bułkę z szynką, a potem walcował z Polką imieniem Irena, która przyszła na bal w mundurze wojskowym, a w kaburze miała naładowany rewolwer. Przeżył przy tym niesamowite emocje.  

I to był właściwie koniec wesołego życia zagranicznych dyplomatów w hotelu „Polonia”. Następnego dnia nie było już bowiem ani chwili wolnego czasu, aby skomentować czy oplotkować to wydarzenie. Właśnie wtedy zapadła „żelazna kurtyna” między wschodem a zachodem Europy. Dokładnie 5 marca 1946 roku Winston Churchill wygłosił pamiętne przemówienie, w którym użył słów o żelaznej kurtynie. Ten bal nie był początkiem lecz końcem pewnej epoki. Jedynym jego następstwem było to, że później niejedna piękna Polka wyszła za mąż za zagranicznego dyplomatę i wraz z nim wyjechała za granicę na zawsze.

Książka ta została wydana w pamiętnej, kultowej serii PIW, która nazywała się Klub Interesującej Książki, w skrócie KIK. Seria ta miała jednakową szatę graficzną, bardzo charakterystyczną i rozpoznawalną na pierwszy rzut oka. Zwróćcie uwagę na ilustrację na okładce! Z początku wydawano w niej naprawdę interesujące powieści, z czasem było coraz gorzej. „Bal w hotelu „Polonia”” ukazał się w roku 1983. Tutaj, z tyłu okładki, jest spis wszystkich pozycji 1983 roku:



A ja dopiero teraz natrafiłam na tę książkę. Stało się to zupełnym przypadkiem. Po prostu, niedawno wyciągnęłam ją z kosza z makulaturą w mojej bibliotece. Ktoś ją przyniósł i tam położył. Nigdy wcześniej nie była czytana. Zajrzałam do niej i wpadłam! Nie mogłam się od niej oderwać, więc zabrałam ją do domu i przeczytałam jednym tchem. Niestety, słynny, stary klej z lat 1980. puścił i właściwie prawie całkowicie rozpadła się po pierwszej lekturze. Bardzo mi się ta opowieść przyda, bowiem zbieram materiały do historii mojej rodziny i z pewnością wykorzystać niektóre opowieści Valciniego, kiedy będę opisywać sławetny „rok pierwszy” po wojnie, zwłaszcza te dotyczące szabru, czarnego rynku i ulicznego handlu. 

Książka ta jest dla mnie niezwykłym rarytasem i myślę, że jakieś wydawnictwo mogłoby ją wydać ponownie, a nawet sam PIW, o ile PIW jeszcze cokolwiek wydaje. Z pewnością byłaby czytana przez miłośników współczesnej historii Polski, zwłaszcza historii obyczajów.  

Valcini Alceo, „Bal w hotelu „Polonia””, tłum. Anna Dutka, PIW, Warszawa 1983



sobota, 16 września 2017

Kurban Said, „Ali i Nino” (kaukaskie love story – książka i film)




Przeczytałam książkę reklamowaną jako najsłynniejsze kaukaskie love story i obejrzałam zrobiony według niej film. 

Jakiś czas temu natrafiłam na tę powieść w księgarni. Obejrzałam, zajrzałam do środka… No, bym przeczytała, pomyślałam, ale płacić za to prawie 40 złotych? A w życiu! Poszłam do biblioteki i poprosiłam o zakup nasze bibliotekarki. Poza tym, poguglowałam sobie i dowiedziałam się, czego trzeba o tej powieści. Znalazłam na YT jej filmową adaptację nakręconą w 2012 roku. Jest to produkcja brytyjska, reżyserował Asif Kapadia, obsada międzynarodowa, wszyscy grają po angielsku. Główne role zagrali Palestyńczyk i Hiszpanka. Na ekranie pojawia się także niezapomniany sułtan Sulejman, to jest, wróć, turecki aktor Halit Ergenc, którego teraz możemy podziwiać w serialu „Zraniona miłość. Jesteś moją ojczyzną”. 

Mówię Wam, że film „Ali i Nino” jest  pięęęęęękny! Wspaniałe plenery, dekoracje, gra aktorska. Naprawdę! Obejrzałam go raz w rosyjskiej wersji językowej, raz w angielskiej. Obie są na YT. Myślę, że to jest zabieg celowy, być może film został tam umieszczony w celach reklamowania Azerbejdżanu albo tylko miasta Baku, które jest jednym z bohaterów tej powieści? Baku, które, my Polacy, znamy głównie z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego (podobno wcale tam nie był) i filmu z Jamesem Bondem w roli głównej. A więc: morze, plaża, urządzenia do wydobywania nafty, wielka kasa, rewolucja (u Żeromskiego) i różne przekręty na skalę światową. 

Tytułowi bohaterowie tej powieści to azerski arystokrata Ali Chan Szyrwanaszan i gruzińska księżniczka Nino Kipiani, którzy poznali się i pokochali jako kilkunastoletni uczniowie w Baku. Akcja książki zaczyna się przed wybuchem I wojny światowej, kiedy Azerbejdżan należy jeszcze do imperium rosyjskiego. W Baku rządzą Rosjanie, którzy zachowują się tam jak Anglicy w koloniach. Poza tym, mieszkają i prowadzą tam interesy przedstawiciele różnych narodowości, w tym Azerowie, Gruzini i Ormianie. Później fabuła opowieści przenosi się także do Gruzji, Persji i Dagestanu. 

Teoretycznie to ma być opowieść o miłości Ali i Nino, ale tak naprawdę ich romans jest tylko pretekstem do pokazania bakijskiego społeczeństwa na tle dramatycznych przemian XX wieku, czyli I wojny światowej, rewolucji październikowej, upadku imperium osmańskiego, powstania niezależnego państwa Azerbejdżan i jego upadku. Ważnym tematem powieści jest także zderzenie Europy z Azją, czyli Zachodu ze Wschodem, jakie miało miejsce w tamtym czasie w Baku. Książka pełna jest arcyciekawych informacji o charakterze publicystycznym, historycznym, etnograficznym i społecznym. 

Przy tym wszystkim blednie owa reklamowana na okładce love story, a główni bohaterowie wydają się nieco papierowi. Ich historia to jakby XX-wieczna wersja starej perskiej opowieści miłosnej o Lejli i Madżnunie, napisana elegancko i stylowo, ale nie porywająca wielkimi emocjami. Czytałam to nie dlatego, że ciekawiły mnie losy Alego i Nino. Czytałam to dlatego, że jest tu zawarta ogromna dawka wiedzy na temat Bliskiego Wschodu, islamu i Kaukazu. Są tu pokazane problemy wciąż żywe, zwłaszcza teraz, kiedy muzułmanie po raz kolejny szturmują Europę, a Europejczycy są narażeni na ich ataki. Warto czasem poznać wroga od środka, prawda? 

Ta książka kryje w sobie jeszcze jedną tajemnicę, która - być może - jest równie ciekawa, a może nawet ciekawsza niż jej treść. Mianowicie, nie wiadomo dokładnie, kto jest jej autorem. Powieść ta ma jedną matkę i dwóch ojców. 



Prawa autorskie do jej wydania posiada Leela Ehrenfels, spadkobierczyni austriackiej baronowej i pisarki Elfriede Ehrenfels (1894 – 1982), która wydała tę książkę po niemiecku w 1937 roku w firmie Verlag E.P. Tal & Co. Podobno baronowa Ehrenfels używała wtedy pseudonimu Kurban Said, co znaczy święty czy coś w tym rodzaju. Ale są też tacy, którzy podważają autorstwo baronowej. 



Drugim możliwym autorem tej powieści jest azerski pisarz Yusif Vesir Cemenzaminli (1887 – 1943), który po rewolucji październikowej uciekł przez Stambuł na Zachód, ale potem wrócił do Azerbejdżanu i skończył w radzieckim łagrze. W Azerbejdżanie uważają, że to właśnie on mógł być autorem pierwotnej opowieści o losach Ali i Nino, która mogła być napisana albo w jego ojczystym języku albo też po rosyjsku. W okresie międzywojennym wielu Rosjan mieszkało w zachodniej Europie, gdzie straszliwie biedowali, pozbawieni pracy i jakichkolwiek dochodów. Ale dużo pisali. Podobno wtedy wiele ich tekstów literackich trafiało do europejskich wydawców, którzy na tym dobrze zarabiali, a autorom płacili jakieś grosze, lub nie płacili wcale. Teoretycznie jest możliwa taka sytuacja, że tekst Azera, uciekiniera z carskiej Rosji, wzięła, opracowała i wydała w języku niemieckim austriacka baronowa, która była bardzo zainteresowana Bliskim Wschodem, znała jakieś azjatyckie języki, a jej mąż nawet przeszedł na islam. Miała więc pojęcie o czym pisze.



Jako autor tej powieści brany jest też pod uwagę kolejny zbieg z carskiej Rosji, urodzony w Baku rosyjski Żyd Lew Nussimbaum (1905-1942), który był pisarzem i używał pseudonimu Essad Bey (pod tym pseudonimem wydał wiele tekstów, w tym biografię Józefa Stalina). Wersję o tym, że to Nussinbaum (Essad Bey) posługiwał się też pseudonimem Kurban Said lansuje jego biograf Tom Reiss, autor książki „Orientalista” wydanej także po polsku.  

Sprawę wyjaśniłby zapewne rękopis tekstu „Ali i Nino”, ale ten, niestety zaginął. Przypadek? Powieść ta była jednym z bestsellerów w III Rzeszy, bowiem już wtedy Niemcy interesowali się Bliskim Wschodem i jego mieszkańcami. Tak, tak, to co teraz robi Angela Merkel, ma w Niemczech długą tradycję! Na jakieś tam niemieckie ingerencje w tekst tej powieści wskazywałoby to, że jest to właściwie utwór antyrosyjski i antyangielski w swojej ogólnej wymowie historycznej. 

„Ali i Nino” jest międzynarodowym bestsellerem powieściowym. Od momentu wydania książka ta została przełożona na trzydzieści języków, a może nawet więcej. Jest tekstem kultowym we współczesnym Azerbejdżanie i w Gruzji, gdzie nawet (w Batumi) postawiono bardzo oryginalny pomnik jej bohaterom. Wyguglujcie sobie ten pomnik! Jest niesamowity!

No i jest ten film, który naprawdę warto obejrzeć. Rzadko to się zdarza, ale tym razem uważam, że film jest lepszy od literackiego pierwowzoru.  

Wersja angielska:
Wersja rosyjska:


Kurban Said, „Ali i Nino”, tłum. Agnieszka Gadzała, wyd. w.a.b., Warszawa 2017
„Ali and Nino”, reż. Asif Kapadia, Wielka Brytania 2012

Źrodła zdjęć: Wikipedia;
File:Baroness Elfriede Ehrenfels von Bodmershof.jpg

File:Şəkil:Qurban Səid.jpg

File:Nussimbaum.jpg