Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Melchior. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Melchior. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2020

Nr 17,18,19 Melchior Wańkowicz, „Ziele na kraterze”, „Tędy i owędy”, „Na tropach Smętka”



Epidemia strachu wciąż trwa, jesteśmy skazani na siedzenie w areszcie domowym, a jak chcemy wychodzić na dwór, to musimy zakładać kagańce, czyli maskować twarz tak, że nie można oddychać. Ciężko to wytrzymać, tym bardziej, że ta choroba chyba właściwie nie istnieje, nikt bowiem nie zna nikogo chorego czy też zarażonego. Władza robi z nami co chce, a ludzkość cierpi! Baliśmy się III wojny światowej, a mamy urojoną epidemię niewidzialnej choroby! Szczerze mówiąc, wolałabym już chyba bomby lecące na głowę niż to całe chore medialne show z pandemią! 

Przez to wszystko jestem nerwowa. Nie mogę czytać, nie mogę pisać, a moje plany pisania trzeciej książki poszły się bujać… Nie jestem w stanie napisać nawet krótkiego tekstu, co dopiero mówić o czymś większym. W sytuacji, kiedy nie mogę czytać, sięgam po pewniaki. Takie, co to na pewno przeczytam, mimo wszystko. Do takich pisarzy zaliczyć mogę Melchiora Wańkowicza, który krzepi, tak jak Henryk Sienkiewicz, czy też cukier ze sloganu reklamowego, który wymyślił i zarobił na tym kupę kasy („cukier krzepi”). 

Nie wiem, czy już tu gdzieś pisałam, że właściwie wychowałam się na książkach Wańkowicza. W czasach PRL-u (lata 70.) były wydawane w wielkich nakładach. Mój ojciec przynosił je z biblioteki i czytał namiętnie wieczorami, zaśmiewając się z różnych anegdot i dowcipów, a potem powtarzając je nam wielokrotnie. 



Szczególnie podobały mu się dykteryjki zebrane w tomie „Tędy i owędy”, gdzie Wańkowicz opisał m. in. wiekowych kresowych oryginałów, a także ciekawe przygody z czasów swojej młodości. Nie wiem, ile razy mój ojciec czytał „Tędy i owędy”, ale mam wrażenie, jakby ta książka stale gościła w naszym domu. A ponieważ często chorowałam i nie miałam co czytać, więc sama też sięgałam po Wańkowicza, skoro był pod ręką. Swoją znajomość z nim zaczęłam właśnie od tej humorystycznej książki i tak jakoś autor ten stał się w mojej świadomości głównie humorystą, choć później dowiedziałam się przecież, że pisał i poważne książki. A nawet liryczne, bo przecież taka właśnie, liryczno-wspomnieniowa, łapiąca za serce, jest jego opowieść o własnych córkach, żonie i domu w Warszawie, czyli „Ziele na kraterze”, to jest przepiękna saga rodzinna, którą – w mojej ocenie - można spokojnie postawić na półce obok wielkich powieściowych arcydzieł tego gatunku tak modnych w XX wieku („Noce i dnie” Dąbrowskiej, „Saga rodu Forsythe’ów Galsworthy’ego czy „Buddenbrookowie” Tomasza Manna, jako saga rodzinna na pewno lepsze jest „Ziele na kraterze” niż nudna i przegadana „Sława i chwała” Iwaszkiewicza ). 

„Ziele na kraterze” czytałam jakoś tak w bardzo wczesnej młodości, potem jeszcze parę razy wracałam do tej książki, ale ostatnio miałam ją w ręce jakieś 35 lat temu. Postanowiłam ją sobie odświeżyć w tych dniach zarazy, bo uważam, że taka cudna opowieść o rodzinie to dobra lektura na te ponure dni. Zamówiłam więc sobie tanie (17 zł) wydanie lekturowe z mojego ulubionego wydawnictwa Greg (ulubione, bo drukują klasykę w bardzo przyjaznych dla oka wydaniach, cóż za wspaniały druk!), które na okładce ma napisane, że to pierwsze wydanie tego tekstu bez ingerencji cenzury. Ta opowieść o domu rodziny Wańkowiczów na Żoliborzu w Warszawie, o dzieciach wychowywanych nowocześnie i „bez kompleksów”, o ich zwierzętach oraz krewnych na Kresach (siostra Regina miała majątek na Litwie) jest tak napisana, że czytelnik po prostu zazdrości Wańkowiczom takiego życia, a ich dzieciom takich możliwości bytowania i rozwoju. 



Rzutem na taśmę przeczytałam sobie po raz już nie wiem który „Na tropach Smętka”, czyli znakomity reportaż Wańkowicza o Prusach Wschodnich, które zwiedzał w latach 30. w towarzystwie młodszej córki Marty (moja częstotliwość czytania tej książki wiąże się z tym, że mieszkam w Malborku, a reportaż Wańkowicza jest chyba jedynym znanym mi tekstem o moim mieście i jego okolicach widzianych polskim okiem w przeddzień II wojny światowej).  

Tak sobie czytałam pomalutku, rozkoszując się stylem i kresowym słownictwem Wańkowicza, myśląc przy tym, że fajnie by było, gdyby ktoś nakręcił serial telewizyjny o rodzinie Wańkowiczów. Materiały przecież są, wystarczyłoby połączyć te trzy książki, dołożyć do tego jeszcze „Szczenięce lata”, w których autor opisał swoje kresowe dzieciństwo spędzane na przemian w dwóch dworach szlacheckich na Litwie i Białorusi, dołożyć garść szczegółów wybranych z innych książek, w których znajdzie się mnóstwo autobiograficznych szczegółów (np. swoją ucieczkę z Polski we wrześniu 1939 roku opisał aż dwa razy, w książkach „Od Stołpców po Kair” i w „Drodze do Urzędowa”). Myślałam, że serial byłby jak ta lala, tym bardziej, że autor sam przedstawił swoje życie jak na dłoni, barwnie i szczerze jak na dłoni, nie zostawiając żadnych niedopowiedzeń. 

Ale coś mnie podkusiło, by trochę poguglować na temat Wańkowicza. Szukałam, szukałam i co znalazłam? Otóż, napatoczył mi się artykuł na stronie „Rzeczpospolitej”, który odarł mnie ze złudzeń co do obrazu idealnej rodziny wykreowanego w „Zielu na kraterze”. Nosi on tytuł „Wańkowicz o trudnym związku z żoną – kartki z diariusza”, a jego autorką jest pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm, ostatnia sekretarka pisarza. Krótko mówiąc, wyszło na to, że to tylko tak pięknie wygląda w książce! Prawda jest taka, że żona Wańkowicza chyba z nim nie wytrzymywała i porzuciła go w połowie lat dwudziestych. Odeszła na pewien czas z jego przyjacielem Tadeuszem Lechnickim (ma gość hasło w Wikipedii, można sobie poczytać, że był wojskowym i politykiem, a nawet przez jakiś czas wiceministrem skarbu). W czasie nieobecności matki córki Wańkowiczów chowały się w majątku jego siostry Reginy na Litwie. Potem jak widać, żona wróciła do męża, bo dalej mamy już historię jak to Wańkowicz budował dla swej rodziny wypasioną rezydencję na Żoliborzu.

No, niby w „Zielu na kraterze” znajdziemy to opisane, że dziewczynki przez jakiś czas przebywały na Litwie, ale autor nie tłumaczy dlaczego musiały mieszkać u ciotki przez pewien czas. Postać Tadeusza Lechnickiego, który był ojcem chrzestnym Marty Wańkowiczówny także przewija się na kartach tej opowieści, ale autor pisze o nim jako o zwykłym znajomym, czy też może przyjacielu rodziny, a nie jak o kochanku własnej żony. Taka sensacja, taka tajemnica rodzinna skrywa się między stronnicami książki uważanej za „poczciwą” lekturę szkolną! W niczym to nie zmienia, oczywiście, mojego odbioru tej książki, myślę jednak sobie, jak to trzeba umieć pisać, by napisać coś, a jednak nie napisać 😊))) 

Nie zamierzam się porównywać z Wańkowiczem, ale znam temat z autopsji, bo spisując wspomnienia mojej mamy, które wyszły w 2019 roku pod tytułem „Córka organisty”, natrafiłam na ten sam problem. Czy pisać wszystko o wszystkim, czy też pewne sprawy przemilczeć, pominąć, zasłonić słowami, napisać „na okrągło”, jak to się mówi… Dlatego nie mam pretensji do autora, że ukrył zdradę żony i rozstanie z nią, nie czuję się też jakoś tam oszukana, bo wyidealizowany świat rodziny Wańkowiczów okazał się tylko iluzją, ale mimo wszystko, dziwne to jakoś… 

Pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm pisze w tym artykule, że zna tylko wersję jednej ze stron, to jest samego Melchiora Wańkowicza, nie zna jednak wersji jego żony. Być może ona też mogłaby przekazać jakieś tajemnice? 

Patrząc tak osobiście, z babskiego punktu widzenia, jednak się wypowiem. Wańkowicz to wspaniały pisarz, jednak z artystami przeważnie bywa tak, że w zaciszu domowym są egoistyczni, skupieni na sobie i trudni do wytrzymania. Może kobietę pogrążoną w depresji po śmierci członków rodziny (jej matka popełniła samobójstwo, a dwóch młodszych braci zginęło w czasie I wojny światowej) zwyczajnie męczył taki mąż i potrzebowała spokoju i wytchnienia u boku kogoś, kto by ją uwielbiał? Była piękną kobietą, być może ten kochanek do stóp jej padał i miłość wyznawał od rana do wieczora, a Melchior jej tego nie zapewniał? Do tego to wieczne dowcipkowanie i robienie z niej słodkiej idiotki (no, tak to przynajmniej wynika z lektury „Ziela na kraterze” i innych teksów) naprawdę jej dojadło? Może miała tego dość i rzuciła się w ramiona kogoś innego? Tak sobie tylko gdybam… 

Z lektury kresowych pamiętników kojarzę, że Melchior nie był chyba tak hurra sympatycznym gościem, jak sam lubił się przedstawiać swoim czytelnikom. Nie lubiło go kresowe ziemiaństwo (bo się z nich naśmiewał?), a nawet własna rodzina. Mieczysław Jałowiecki, autor znakomitych wspomnień „Na skraju imperium”, spowinowacony z Melchiorem poprzez swoją żonę Julię z Wańkowiczów, nie ukrywa, że nie znosił Melchiora i patrzył na niego z góry. Jełowiecki tak pisał o ich nieoczekiwanym spotkaniu w Petersburgu podczas I wojny: „Ktoś pociągnął mnie za rękaw. Ujrzałem twarz Melchiora Wańkowicza. - Co ty tu robisz, „ziemgusarze”? – zadowcipkował Mel.- Spójrz na moje epolety, bałwanie – odpaliłem ostro. – Nie cierpię, jak tacy durnie mnie zaczepiają. (…) Nie znosiłem również Mela. Był on zaprzeczeniem Wańkowiczów. Studiował na uniwersytecie, oczywiście nic nie robiąc, a zbijając bąki.”. 

Ale sprawa rodziny Wańkowiczów dzięki temu wyznaniu o skomplikowanych losach rodziny pisarza zrobiła się naprawdę ciekawa i wieloznaczna. Może ktoś, kiedyś, napisze jakąś rozbudowaną biografię autora „Ziela na kraterze” i dogłębnie zanalizuje tę kwestię, tym bardziej, że zostały wydane listy członków tej rodziny i pewnie można wiele z nich wyczytać. 

W każdym razie – Wańkowicz krzepi i bawi, nadal dobrze się czyta, a nawet – jego życiorys kryje w sobie pewne tajemnice. Czego się nie spodziewałam…

Wańkowicz Melchior, „Ziele na kraterze”, Kraków 2018
Wańkowicz Melchior, „Tędy i owędy”, Warszawa 1982
Wańkowicz Melchior, „Na tropach Smętka”, Kraków 1980
Ziółkowska-Boehm Aleksandra, „Wańkowicz o trudnym związku z żoną – kartki z diariusza”,


 


czwartek, 12 stycznia 2017

Kresowiana: Ucieczka Melchiora Wańkowicza przez Zaleszczyki we wrześniu 1939 roku (czyli jestę pogromcą mitów)


Powszechna opinia głosi, że Melchior Wańkowicz we wrześniu 1939 roku uciekał z Polski przez Zaleszczyki ze strachu przez Niemcami, którzy – wkroczywszy do Polski – chcieli się na nim zemścić za książkę „Na tropach Smętka”, błyskotliwy reportaż książkowy pokazujący prawdziwą sytuację w Prusach Wschodnich w latach 1930.

Legenda mówi jeszcze, że Wańkowicz uciekał przez rzekę Dniestr, na piechotę, niosąc nad głową maszynę do pisania; mało tego, że w czasie ucieczki do niego strzelano. Kto dokładnie strzelał, nie wiadomo. Polacy? Rosjanie? Niemcy? Gdzie strzelali? Skąd strzelali? Jakieś to niejasne… 

Legendę o Wańkowiczu dzielnie walczącym z kulami w falach Dniestru z maszyną nad głową podtrzymywała (a może nadal podtrzymuje?) ostatnia sekretarka Wańkowicza, pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która w przedmiowie do „Drogi do Urzędowa” napisała o Wańkowiczu tak: „Pod koniec września 1939 roku PRZESZEDŁ POD OGNIEM WPŁAW Dniestr niosąc w rękach maszynę do pisania…”. (Wańkowicz Melchior, „Droga do Urzędowa”, Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989, s. 5). Słodką tajemnicą pani Aleksandry pozostaje, jak można w ogóle „iść wpław”. Poprawnie i logicznie rzecz biorąc, można płynąć wpław, można iść rzeką w bród, ale iść w wpław to się w żaden sposób nie da, mimo najszczerszych chęci. Jeszcze z maszyną do pisania w rękach! Nad głową! Powtarzam raz jeszcze: określenie „iść wpław” to czysty oksymoron, coś jak czarny śnieg! Jedno drugiemu zaprzecza! A nie o to chyba chodziło pani Aleksandrze, która kawał swego życia poświęciła pielęgnowaniu pamięci Wańkowicza i podtrzymywaniu jego mitu wielkiego pisarza, nawet w czasach współczesnych, kiedy pamięć o nim zupełnie już przeminęła. Mój Boże, kto jeszcze dzisiaj czyta Wańkowicza? Chyba tylko tacy uparci czytelnicy jak ja… :)

Ostatnio w bibliotece tak jakoś wpadły mi w ręce dwie książki, gdzie ta legendarna ucieczka przez Zaleszczyki została przezeń opisana osobiście. Pierwsza z nich to „Od Stołpców po Kair”, gdzie zamieścił reportaż „Na tułaczkę” napisany jesienią 1939 roku w Bukareszcie. Tekst ten był drukowany w wychodzącym w Rumunii piśmie polskim pod pseudonimem Jerzy Łużyc. Zakładam, że ten właśnie reportaż jest najbliższy prawdy, skoro był pisany niedługo po ucieczce Wańkowicza z Polski. Druga zaś książka, którą przeczytałam, to „Droga do Urzędowa”, reportażowa powieść, częściowo autobiograficzna, stanowiąca kompilację różnych polskich losów, napisana na emigracji i wydana po raz pierwszy w 1955 roku w Nowym Jorku, w Polsce zaś po raz pierwszy w roku 1989.  

I cóż tam czytamy na temat Zaleszczyk, chodzenia wpław przez rzekę oraz maszyny do pisania?

Po pierwsze – maszyna… 

Legenda mówi, że Wańkowicz uciekł z Warszawy z plecakiem, walizką, płaszczem (jesionką), pledem wełnianym i tą słynną, malutką przenośną maszyną do pisania, która mogła ważyć co najwyżej dwa do trzech kilogramów. (Wiem, co mówię, bo w latach 1980. miałam przez jakiś czas pożyczoną od kogoś starą przenośną, LECIUTKĄ, maszynę, na której wystukałam swoją magisterkę o powieści gotyckiej i pamiętam, ile ważyła.  Była wprawdzie już powojenna, ale w tamtych czasie w tej dziedzinie technika nie poszła tak szybko, by drastycznie zmniejszyła się waga tych urządzeń.) Wańkowicz pisze, że miał ze sobą maszynę polską marki FK (zwaną „efka”), którą wręczyła mu jedna z córek ze słowami: „Będziesz może na tym mógł coś zarobić…”. Tu można sobie zobaczyć, jak wyglądało to maleńkie cacko; jeszcze dzisiaj zazdrość mnie ogarnia, jak patrzę, mimo, że od dawna klepię już ma klawiaturze komputerowej:






Uciekając przed Niemcami Wańkowicz z tąże maszyną był w Lublinie, gdzie zgubił swoją żonę, potem w Łucku, Krzemieńcu i okolicach Zbaraża, gdzie spotkał pierwsze bolszewickie czołgi, w wieżyczkach których ujrzał „twarze mongolskie, z gruba ciosane”. Zdziwiło mnie, że pisał o tym tak otwartym tekstem, a cenzura nie zareagowała (książka „Od Stołpców po Kair” była wydana w 1969 roku, kiedy to podobno cenzura w PRL-u szalała, wniosek jest taki, że albo szalała mniej, niż powiadają, albo pan Wańkowicz miał specjalne względy). 

A potem była sowiecka kawaleria:

„Poczęło się wzajemne zaznajamianie. Jeźdźcy na koniach płonęli ciekawością dowiedzenia się, jak też wyglądają ludzie z tej Polski. Rozpytywali chciwie o to, jakie są u nas porządki, czy oficerowie nie biją, czy robotnik może chodzić do kina, czy ma urlopy. Odpowiedzi nie wypadały widać tak, jakby chcieli, więc: Czy kobieta w Polsce  ma swobodę? Na tak złożone pytanie nie mówiący po rosyjsku chłop w mundurze nie mógł dać odpowiedzi.
- Czy na przykład latają wasze żony na szybowcach, czy uczą się skakać ze spadochronu?
- Latają. Skaczą – odpowiada ponuro nasz chłopina, a cały jego wygląd zdaje się mówić: „Odczep się raz, ty cholero, czegoś się uczepił?” Wyobrażam sobie, że gdyby się jego Magdzie zechciało latać na aeroplanie, zaraz by zdjął pasek i nauczył babę rozumu.”
- Ot, zobaczycie, jak wam będzie dobrze, wybierzecie sobie sowiety – samorząd lokalny, będziecie żyli, pracowali. Myśmy przyszli was uwolnić od panów i od osadników – psów przeklętych.” (Wańkowicz, „Od Stołpców po Kair”, s. 230)

Po tym pierwszym zwiadzie dalej ciągnie wojsko radzieckie ze wschodu i końca nie widać. To trwa cały dzień. „Przyjeżdżają jacyś dowódcy bolszewiccy. Wywołują naszych oficerów, każą im posegregować żołnierzy według gatunków broni.” (cały czas się dziwię, że on tak otwartym tekstem pisze o tym wstępie do Katynia). 

Wańkowicz spędza noc z innymi polskimi „wyzyskiwaczami” na podłodze ukraińskiej chaty, polscy żołnierze idą do stodoły. Później „Żołnierzy i oficerów ładują w wielkie autobusy, które pod strażą aut pancernych biorą kurs na wschód, my, to znaczy ja, „literat” i kilka innych osób w cywilu, zostajemy na zielonej łace z naszymi tobołkami.” („Od Stołpców…”, s 232)

A jeszcze później jest jazda wozem konnym w pobliżu Tarnopola, Skałatu, Czortkowa i Tłustego. Między Kopyczyńcami i Tłustem na drodze z rowerem – zmęczony poeta Władysław Broniewski, którego zabierają ze sobą. Na tym przykładzie dobrze można pokazać, jak Wańkowicz tworzył literackie mity i własne anegdoty. W pierwszej wersji napisał bowiem tak: „Trudno było wyjechać z Tłustego przez stłoczoną masę wojsk sowieckich płynących na zachód. Jedzie z nami Władysław Broniewski, któregośmy podebrali z roweru na wóz między Kopyczyńcami a Tłustem.” („Od Stołpców…”, s. 236)

Ale w drugiej wersji, w pisanej na emigracji reportażowej powieści „Droga do Urzędowa”, informacja ta zostaje już ulepszona, upiększona i wyposażona w błyskotliwą pointę: „Za Czortkowem podebrali na wóz wlokącego się z rowerem poetę Władysława Broniewskiego. Poeta napisał właśnie patriotyczny wiersz „Bagnet na broń!...” i umknął z kraju”. (Wańkowicz, „Droga do Urzędowa”, s. 60) I potem jeszcze raz o tym samym: „Co, pan Broniewski, autor wiersza „Bagnet na broń!”? Nasi chorzy przybijają go sobie nad łóżkami.” Tak rzekomo mówił lekarz ze szpitala w Zaleszczykach pod koniec września 1939 roku, a mnie trudno w to uwierzyć, bo nie jest możliwe, by sława i treść wiersza Broniewskiego napisanego na początku II wojny światowej wyprzedziła samego poetę w jego ucieczce rowerem na wschód, zważywszy, że w tym czasie nie było żadnych gazet, radia, ani innych środków komunikacji; może i żołnierze przybijali go sobie nad łóżkami, ale dużo, dużo później! Tak właśnie Wańkowicz tworzył mity i produkował błyskotliwe pointy. Po drodze Wańkowicz, Broniewski i jeszcze jacyś ludzie co rusz spotykali radzieckie patrole, ale w końcu – jak pisze Wańkowicz - za pomocą forteli podobnych do Zagłobowych, udało im się dostać do Zaleszczyk.

Po drugie – Zaleszczyki... 

Dawne polskie miasto na Podolu, wysunięte najbardziej na południe, blisko stamtąd do Czerniowiec (Czerniowce - kiedyś w Rumunii, teraz Ukraina, miasto ukradzione Rumunom przez Stalina, tak jak nasz Lwów). Było tam ciepło i słonecznie, rosły winogrona, a bogate towarzystwo z Warszawki jeździło tam na wywczasy nad Dniestrem. Podobno było tam jak na Riwierze: 





Przy okazji wyjaśniam, iż nie jest prawdą legenda, że przez most w Zaleszczykach uciekała luksusowymi samochodami polska elita polityczna w 1939 roku. To było niemożliwe, bowiem w Zaleszczykach nie było mostu drogowego, tylko kolejowy. Tamto towarzystwo uciekało samochodami przez most w pobliskich Kutach. Czemu Zaleszczyki weszły do tego mitu – naprawdę nie mam pojęcia. 

Jak pisze Wańkowicz, we wrześniu 1939 roku w Zaleszczykach wciąż trwał sezon turystyczny. „Wyjrzawszy przez okno zobaczyłem panie w kostiumach „tailleurs”, panów w spodniach „cafe au lait” – wycinek autentycznego kurortu po tych strasznych dniach ciągłego wyskakiwania z auta i przypadania w rowach, po tym spaniu w stodołach, po tych bezustannych „ręce do góry”. („Od Stołpców…”, s. 241)

I w innej wersji:

„W Zaleszczykach od wybuchu wojny zostało wielu gości i teraz tłumy ich powyłaziły z dziur – panowie w białych spodniach, panie w sukniach plażowych. Słońce w nagrznej kotlince zaleszczyckiej prażyło silnie, kurort zdawał się mienić pełnią sezonu, sklepy były otwarte – któż by powiedział, że tam gdzieś broni się Warszawa, Modlin, Hel, że pod Tomaszowem, pod Chełmem, od Kocka po Brześć, w lasach Zamojszczyzny, na Podkarpaciu, trwają uporczywe walki.” („Droga do Urzędowa”, s. 63). Wańkowicz, oczywiście, będąc w Zaleszczykach we wrześniu 1939 roku o tych walkach w głębi Polski nic nie wiedział, bo i skąd? Polskie radio nie działało. Dochodziły jednak odgłosy niemieckiej radiostacji nadającej po polsku z Wrocławia, o nim mówiono, że Niemcy go dopadną „po tropach Smętka”, czy jakoś tak.  Ale znowu tu go poniosło, jak widać, dla dobra błyskotliwości łatwo rezygnował z prawdy historycznej, a nawet z prawdopodobieństwa. 

Byli też w Zaleszczykach uchodźcy z Polski. „W podwórkach stoją eleganckie buicki, duże fiaty, mercedesy, panowie, skazani na przymusową bezczynność, dzierżeni w obrębie pensjonatu przez drżące połowice, zrzucają marynarki i biorą się do rąbania drzewa. „Les rois en exil…”” („Od Stołpców…”, s. 242) Krążą straszliwe opowieści o tym, jak źle Rumuni traktują uciekających Polaków, że tworzą dla nich jakieś obozy i że stale pada tam deszcz, a oni mokną w tych obozach na gołej ziemi…

A w Zaleszczykach jest lato, jest ciepło, niektórych odechciewa się uciekać dalej w nieznane, za Dniestr. Może ci Sowieci rządzący już w Zaleszczykach nie będą tacy źli? Wprowadzili wprawdzie obowiązek meldunku i godzinę policyjną, ale przecież dają jakoś żyć. Wańkowiczowi ktoś proponuje zamieszkanie w gościnnym pokoju w miejscowym szpitalu, ale odmawia:

„Mówię do doktora:
- Radzę jechać do Rumunii.
Ale doktor uważa, że bolszewicy zachowywali się z nami w drodze przyzwoicie. Ja też tak uważałem, ale ludzie, którzy już przeszli przez rewolucję, zostali z pewnymi urazami czy nawykami, jak to woli. Ja w każdym sklepiku starałem się coś kupić na zapas do jedzenia – doktor śmiał się i protestował: „Przecież już mamy zapasów na całe dwa dni.”” („Od Stołpców…”, s. 241)

 Po trzecie – „pieszo wpław” przez Dniestr pod ogniem kul…

Rzeka Dniestr otacza Zaleszczyki wygiętym łukiem, płynie tam wartko, nurt ma rwący, ale nie jest jakąś bardzo głęboką rzeką, skoro można przejść tamtędy po dnie. Wańkowicz umawia się z grupą innych chętnych, do której należy m. in. młody podchorąży, kolega kolegów jego córek z Warszawy. Chłopak trzyma za pazuchą gołębia pocztowego, by wypuścić go, jak już będzie na drugim brzegu. Ptak ma przenieść wiadomość o tym, co dzieje się z Polakami w Rumunii. W grupie uciekinierów jest paru Polaków i paru Czechów z legionu tworzonego przy polskim wojsku. 

Wańkowicz wziął ze sobą z pensjonatu sławetną maszynę do pisania, aparat fotograficzny marki leica i dodatkowe obiektywy oraz mały plecaczek (mam poważne podejrzenia, że to właśnie do niego zapakował sprzęt potrzebny do pracy dziennikarskiej, a nie trzymał go rękach nad głową, jak twierdzi pani Ziółkowska-Boehm, bo to byłoby strasznie niewygodne). Z żalem wspomina w pierwszym reportażu, że musiał zostawić nowiutki płaszcz jesienny i pled-himalaja z wełny (nie wiem, cóż to za cudo, pewnie był dobrej jakości). 

Z pensjonatu wyszli po godzinie policyjnej. W tym dniu po kurorcie poszła plotka, że do Zaleszczyk przyjechała już straż graniczna w zielonych czapkach (radziecka!). Na razie jeszcze nikt nie pilnuje granicy. Jest spokojnie i cicho. „Przez chwilę robi się w nas samych taka cisza, że bicie serca wydaje się zgiełkiem. Usta wyschły gwałtownie i łapią powietrze, język jak kołek. Przecież gramy wielką grę. Przecież ta rzeka oddziela nie tylko dwa kraje, ona oddziela dwie epoki. Przejść ją – znaczy jedno na całe życie. Nie przejść tych stu kilkudziesięciu metrów – znaczy drugie. Przewodnik wysuwa się pierwszy, za nim ja z podchorążakiem. Inni czekają, co z tego wyjdzie. (…) Na prawo rysuje się ciemną sylwetą jeden z mostów. Wiemy, że na obu jego końcach stoją warty. Wydaje się nam, że ciała nasze rozpierając wodę wydają wielki plusk. Ale rozumiem, że w huku pędzącej wody ten plusk musi ginąć. (…) Za ławicą piasku wpadamy w najgłębszy nurt. Woda sięga po piersi i gdyby nie mój posoch (ratunku? Co jest? – przpis mój, Mery O.), spłynąłbym w dół. (..) Wyłazimy cali mokrzy na drugi brzeg. (…) Ja wyrzucam strzępki butów ofiarowane przez dobrych ludzi specjalnie do przejścia Dniestru…” („Od Stołpców…” s. 248-249)

Tak to mniej więcej wyglądało. Żadne tam „przeszedł wpław”, tylko normalnie przeszedł po dnie rzeki, a woda w najgłębszym miejscu sięgała mu zaledwie do piersi. Żadne tam „pod ogniem” – bo jeszcze Sowieci nie postawili posterunków granicznych, kto niby miał ten ogień otworzyć? Żadne tam „z maszyną do pisania nad głową”, bo maszynę zapewne razem z apartem fotograficznym miał w plecaczku na plecach, jak każdy rozsądny człowiek. Nie posądzam tak inteligentnego człowieka jak Wańkowicz o spacery w rzece z maszyną w obu rękach.  

A co z gołębiem, który miał przenieść wiadomość z Rumunii do Zaleszczyk? Pisząc pierwszy reportaż, o gołębiu całkiem zapomniał. W drugiej wersji, to jest w „Drodze do Urzędowa” podchorążak potyka się w bystrym nurcie Dniestru, a trzymany za pazuchą gołąb wyrywa się i odlatuje. 

Nie rozumiem, komu była potrzebna ta idiotyczna legenda o przekraczaniu Dniestru pod ogniem kul i z maszyną w rękach, skoro prawdziwa wersja tej wycieczki jest wystarczająco sensacyjna i trzeba tu powiedzieć wyraźnie: panie Wańkowicz, czapki z głów! Weźmy jeszcze pod uwagę, że w 1939 roku pisarz miał 47 lat, co dzisiaj nie wydaje się starością, jednak wtedy był on już zaliczany do „starszych panów” (sam tak o sobie pisał i to chyba bez kokieterii), był już chorowity, dość otyły i miał poważne zapalenie żył w obu nogach. Mógł przejść pieszo zaledwie około kilometra, potem nogi puchły i odmawiały mu posłuszeństwa. No, więc, imaginujcie sobie: najpierw podróż z przygodami z Warszawy do Zaleszczyk, potem, już po rumuńskiej stronie rzeki dalsza wędrówka, by dostać się do Bukaresztu. Jestem pełna podziwu! Ale tylko dla wersji prawdziwej, nie zaś mitycznej. 

No, i warto jeszcze podkreślić, że tak naprawdę to Wańkowicz nie uciekał przed Niemcami, jak głosi podanie, tylko przed Sowietami. Tego jednak nigdy nie napisał otwartym tekstem, ani w pierwszej, ani też w drugiej wersji. Jakiś strach go ogarnął, czy co? 

 Frapowała mnie ta legenda od dawna, bo w moim domu, w czasach PRL-u Wańkowicza oraz poświęcone mu artykuły (np. w „Przekroju”) czytało się nagminnie. Był wtedy jednym z najczęściej wydawanych i czytanych polskich pisarzy współczesnych. Dorastałam z tymi książkami, bo mój śp. ojciec przynosił je z biblioteki i walały się gdzieś w domu, więc czasem do nich zaglądałam i coś tam podczytywałam. Nie zawsze wszystko rozumiałam, bo np. żeby chwycić o co chodziło z tymi polskimi żołnierzami branymi do niewoli na wschodzie Polski we wrześniu, to trzeba było wiedzieć więcej niż ja wówczas wiedziałam. Pewnie mój ojciec wiedział więcej, ale był w ogóle dość tajemniczym człowiekiem i nie dzielił się ze mną tym, co wie. Uważał, że lepiej jak dziecko żyje w nieświadomości. Może i dobrze, bo w sumie, mimo pewnego niedostatku, typowego dla wszystkich w tamtych czasach, miałam dość szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo oraz młodość.  

Fajny film by można było nakręcić o losach Melchiora-Zagłoby we wrześniu 1939 roku, prawda? Może jakiś filmowiec się zlituje? Bardzo proszę! 

Wańkowicz Melchior, „Droga do Urzędowa”, Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989
 Wańkowicz Melchior, „Od Stołpców po Kair”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969

Źródło zdjęć: Wikipedia