Ostatnio
dużo poleguję w łóżku, trochę chorując, a trochę badając się. I to badanie okazuje
się gorsze niż choroba. Właśnie ostatnio omal się nie przekręciłam na tamten świat.
Opowiem teraz o mojej niedokończonej podróży w zaświaty, jaką parę dni temu
zafundowała mi współczesna medycyna.
A
było tak: żeby zrobić to badanie, które musiałam zrobić, trzeba dzień wcześniej
wieczorem wziąć pewien bardzo silnie działający specyfik zapisany przez lekarza
na receptę. Ja wiedziałam, że może być źle, bo dawno temu miałam robione takie
badania w warunkach szpitalnych. I jakoś przeżyłam. No, ale to było dawno, byłam
młodsza i pewnie silniejsza. A do tego – było to za komuny, kiedy po prostu
kładziono pacjenta na dwa tygodnie do szpitala „na obserwację” i robiono mu
wszelkie możliwe i dostępne badania. Jak coś się działo – pacjent był pod
kontrolą. Dzisiaj nie ma tak dobrze. Jesteś chory? Chcesz się leczyć? To lecz
się na własne ryzyko! Nikt pacjenta z powodu badania w szpitalu nie położy,
niestety… A pacjent może przecież po zażyciu takiej trucizny sam w domu zejść
na serce, udar czy inną cholerę. Albo zarzygać się na śmierć, tak jak stało się
w moim wypadku. No, prawie…
Już dwa miesiące temu dostałam skierowanie na
to badanie i wiedziałam, że MUSZĘ je zrobić, bo inaczej nie można mnie
zdiagnozować i ruszyć z ewentualnym leczeniem. Wykupiłam w aptece zapisany
przez lekarza specjalistę testowy specyfik, o którym wiedziałam, że to straszna
trucizna i może mnie zabić. Dwa miesiące spoglądałam z lękiem na małą szklaną
buteleczkę. W międzyczasie – na wszelki wypadek - załatwiłam różne życiowe i
urzędowe sprawy, no i w zeszłym tygodniu wzięłam wspomniany wyżej specyfik. Miałam go wziąć wieczorem w
domu, a rano w laboratorium mieli mi o 8.00 pobrać krew.
Mniej
więcej po upływie pół godziny od zażycia COŚ się zadziało - zaczęłam źle
widzieć, źle słyszeć i miałam kłopoty z wysławianiem się, co u mnie jest raczej
dość rzadkie. Noc jakoś przespałam, rano z trudem zwlokłam się z łóżka na dźwięk
budzika. Cała skołowana, nie umywszy się, tylko wysikawszy, ubrałam się byle
jak, wezwałam taksówkę i na wpół przytomna dotarłam jakoś na to badanie, gdzie pobrano
mi krew. Wróciłam do domu, spojrzałam w lustro i nie mogłam się poznać.
SPUCHŁAM!
Ale tak straszliwie spuchłam, że nie było prawie widać oczu. Twarz jak u
Mongoła, oczy jak szparki, cała jestem czerwona. Źle widzę, źle słyszę.
Wszystko mnie boli. Ale totalnie wszystko: kości, stawy, skóra, a najbardziej
skóra na głowie, która jest tak mocno spuchnięta. Kładę się, ale nie leżę
długo, bo zaczyna mnie coś pchać do toalety. Tam – trudna decyzja: górą czy
dołem? Zaczyna się spektakl: na zmianę, a potem jednocześnie - biegunka i
wymioty. Mam dreszcze i gorączkę, wstrząsają mną spazmy. W końcu – rzygam jak
kot (widzieliście kiedyś rzygającego kota? No, to wiecie, o co chodzi!). Po
paru godzinach takiej jazdy nie mam już siły się podnieść, leżę w łóżku z
miseczką na podłodze. Wołam tylko, by NIE WZYWAĆ POGOTOWIA!!!
Tak to mniej więcej wyglądało (z tym, że ja leżałam):
Tak to mniej więcej wyglądało (z tym, że ja leżałam):
Bałam się pogotowia. bo...
Nie mam ochoty, by po tym wszystkim podano mi jeszcze pavulon! I doszczętnie dobito. A takie rzeczy zdarzają się ostatnio masowo. W moim malutkim mieście schodzi co tydzień kilkanaście osób, po prostu istna umieralnia. Co kilka dni na murze kościelnym widać nowe klepsydry. I są to przeważnie osoby, które trafiły do miejscowego szpitala, a raczej nie dojechały na izbę przyjęć. Wiele z nich jest „z mojej półki”, a nawet młodszych. Coraz częściej jakieś takie dziwne zgony karetkowe się zdarzają. Ludzie gadają, że „ratownicy” z karetek mają deal z miejscowymi zakładami pogrzebowymi. Kopidołki i zakłady kamieniarskie to najbardziej prężny prywatny biznes w mieście. Księża cieszą się, że mają dziennie po 5, 6 pogrzebów. Moja lekarka rodzinna ma takiego pacjenta, starszego księdza z pobliskiej parafii, który chodzi do niej i opowiada, kto umarł. Podobno ten kapłan wręcz uwielbia odprawiać pogrzeby, bo za każdy kasuje po kilkaset złotych. Z jednego dnia pracy przy nieboszczykach – zarobek w kwocie paru tysięcy. Co moja lekarka opowiedziała mi kiedyś pełna oburzenia. Czyżby ten księżulo także miał umowę z łowcami skór? Jest takie podejrzenie…
Nie mam ochoty, by po tym wszystkim podano mi jeszcze pavulon! I doszczętnie dobito. A takie rzeczy zdarzają się ostatnio masowo. W moim malutkim mieście schodzi co tydzień kilkanaście osób, po prostu istna umieralnia. Co kilka dni na murze kościelnym widać nowe klepsydry. I są to przeważnie osoby, które trafiły do miejscowego szpitala, a raczej nie dojechały na izbę przyjęć. Wiele z nich jest „z mojej półki”, a nawet młodszych. Coraz częściej jakieś takie dziwne zgony karetkowe się zdarzają. Ludzie gadają, że „ratownicy” z karetek mają deal z miejscowymi zakładami pogrzebowymi. Kopidołki i zakłady kamieniarskie to najbardziej prężny prywatny biznes w mieście. Księża cieszą się, że mają dziennie po 5, 6 pogrzebów. Moja lekarka rodzinna ma takiego pacjenta, starszego księdza z pobliskiej parafii, który chodzi do niej i opowiada, kto umarł. Podobno ten kapłan wręcz uwielbia odprawiać pogrzeby, bo za każdy kasuje po kilkaset złotych. Z jednego dnia pracy przy nieboszczykach – zarobek w kwocie paru tysięcy. Co moja lekarka opowiedziała mi kiedyś pełna oburzenia. Czyżby ten księżulo także miał umowę z łowcami skór? Jest takie podejrzenie…
No
więc – pogotowia u mnie nie było. Na wszelki wypadek. Wolę umrzeć sama niż z
pomocą ratowników medycznych.
Jednak
jak to się działo to naprawdę myślałam, że się przekręcę! Od tej jazdy do Rygi
dostałam w końcu migotania serca. Wzrosło mi ciśnienie. Brałam leki, ale na
próżno, bo zaraz je wyrzygiwałam. Do rana następnego dnia miałam już zupełnie
puste jelita i żołądek. Zero, null!
Na
siłę piłam ciepłą wodę, co dało efekt samodzielnego płukania żołądka. Wypiłam
trochę i puszczałam pawia do miseczki. Potem usnęłam. Obudziłam się nadal cała
spuchnięta, strasznie zmęczona, ale już bez sraczki i wymiotów. Jednak całe
ciało nadal mnie bolało. Napiłam się ciepłej wody – została w środku. Ostrożnie
zjadłam moje normalne tabletki przypadające na rano i nic. Też zostały w środku.
Myślę sobie: jest dobrze. Zjadałam trochę innych tabletek: w tym na serce. Te
także zostały w środku. W końcu zjadałam trochę potasu w pastylkach – poczułam się
nieco lepiej, coś jakby ruszyło się z opuchlizną. Koło południa zjadłam parę
łyżek ryżowego kleiku i został w żołądku. Czułam się jak przepuszczona przez
wyżymaczkę, cała zatruta, pokiereszowana w środku i na zewnątrz, ale żywa. Wysmarowałam się cała chłodzącą maścią z
oczarem, jak balsamem. Trochę pomogło na bóle, trochę zelżała opuchlizna.
Kolejnego dnia zjadłam rano więcej kleiku z ryżu i mikroskopijny kawałek rogala z masłem. Chce
mi się jeść, ale nie będę przesadzać, trzeba powoli wracać do normalnego
jedzenia. Chce mi się jeść, będę żyć! Po
wynik jeszcze nie mam siły iść. Ciekawe, co wyszło? I czy było w ogóle warto
umierać dla tego wyniku?
Niech
szlag trafi takie badania!

