Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tczew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tczew. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 września 2017

II wojna zaczęła się w… Tczewie




Wciąż dokładnie nie wiadomo, gdzie i kiedy zaczęła się druga wojna światowa. Mieszkańcy Tczewa uważają, że to ich miasto było pierwszym miejscem, na które spadły niemieckie bomby. Tczew został zaatakowany nieco wcześniej niż Westerplatte. 

Pisałam na ten temat tekst w 2001 roku. Pracowałam wtedy jako terenowa korespondentka gdańskiego „Głosu Wybrzeża”. Rozmawiałam wówczas z ludźmi, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń. Dzisiaj pewnie już nie żyją. 

Chciałabym go tutaj przytoczyć w całości:

„Wojna zaczęła się w… Tczewie

Druga wojna światowa wybuchła w Tczewie - uważa Kazimierz Ickiewicz, tutejszy historyk oraz autor książki pod takim właśnie tytułem. - Bombardowanie Tczewa rozpoczęło się 11 minut wcześniej niż atak Niemców na Westerplatte. Na poparcie tej teorii mam stosowne dokumenty. Na Westerplatte zaczęło się o 4.45, zaś w Tczewie o 4.34. Jednak Westerplatte i tak jest najważniejszym symbolem początku tej wojny.

Naocznym świadkiem wybuchu drugiej wojny światowej w Tczewie był prawie 90-letni dziś Henryk Lemka, który w 1939 roku pracował w urzędzie miejskim. - Pełniłem dyżur nocny w magistracie, bo już spodziewaliśmy się ataku Niemców - opowiada wiekowy tczewianin. - Nad ranem nadleciały samoloty. Słychać było potężny huk silników. Okna kancelarii wychodziły na Wisłę. Widziałem dokładnie most kratownicowy. Kiedy tak siedziałem i wpatrywałem się w most i rzekę, nagle usłyszałem potężny huk, potem następny i następny. Postępowały po sobie w dość równych odstępach, z dość dużą częstotliwością. Myślałem wówczas, że Niemcy bombardują mosty. Ucieszyłem się, kiedy po opadnięciu kurzu zobaczyłem, że stoją nienaruszone.

Okazało się, że Niemcy bombardowali teren przed mostem w celu uszkodzenia kabla podłączonego przez polskich saperów do ładunków wybuchowych umieszczonych na przęsłach mostu. Chodziło o uniemożliwienie wysadzenia mostu. Niemcy chcieli opanować mosty. Do tego celu użyli pociągu pancernego. - Na szczęśnie nasi saperzy pokrzyżowali te plany. Na własne oczy widziałem, jak wysadzali most - mówi Henryk Lemka.

Feliks Noetzel ze Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych w chwili wybuchu wojny miał 15 lat. W działaniach wojennych w Tczewie brał udział jego brat, Brunon, podporucznik dowodzący pierwszym plutonem III kompanii Batalionu Strzelców w Tczewie.

- Brunon w 1939 roku bronił miasta nie na moście lecz od strony Gdańska, w okolicy dzisiejszego hotelu "Karina" - mówi Feliks Noetzel. - 1 września o godzinie 17.00 został ranny w twarz, potem dostał się do niewoli niemieckiej. Natomiast ja, wraz z matką i młodszym bratem, uciekaliśmy w stronę Warszawy. Nasz ojciec był kolejarzem. Ojciec już dwa dni wcześniej, w środę, wyjechał do Lublina, my mieliśmy jechać za nim pierwszego września, w piątek, o godzinie 5.00. Byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia na dworzec, kiedy rozpoczęło się bombardowanie. Uciekliśmy do piwnicy. O 10.00 bombardowanie powtórzyło się, a jak już wyszliśmy z tej piwnicy, w mieście był bałagan i chaos. Nie było już żadnych władz, każdy uciekał, gdzie mógł na własną rękę. Ruszyliśmy w stronę Osieka. Mama z bratem na wozie, ja - na rowerze.

Trzy lata temu na łamach "Kociewskiego Magazynu Regionalnego" ukazały się wspomnienia Norberta Kunerta, mieszkającego w Wielkiej Brytanii. - Byłem jednym z dwudziestu harcerzy z 45 Drużyny Skautów imienia J. Dąbrowskiego przy Gimnazjum Męskim - pisze Norbert Kunert. - Od maja 1939 roku byliśmy zakwaterowani w dowództwie Kompanii Obrony Narodowej mieszczącej się w tczewskim szpitalu przy ulicy 30 Stycznia, w byłym oddziale chorób zakaźnych. Tam odrabiałem lekcje i spędzałem noce w ubraniu, tylko bez butów, na sienniku wypchanym słomą, gotowy do natychmiastowej akcji. Pamiętam, że rankiem 1 września obudziły nas bomby hitlerowskie, które spadły na dworzec i koszary.


Operacja "Most"

Bezpośrednie przygotowania Niemiec hitlerowskich do agresji na Polskę rozpoczęły się wiosną 1939 roku. Mosty tczewskie stanowiły ważny punkt strategiczny, o czym świadczy fakt dwukrotnego wcześniejszego pobytu w Tczewie generała Władysława Bortnowskiego, dowódcy Armii "Pomorze". Przekazał on podpułkownikowi Stanisławowi Janikowi, dowódcy 2 Batalionu Strzelców, rozkaz przygotowania obrony Tczewa oraz zniszczenia mostów na Wiśle w wypadku wkroczenia Niemców. W tym celu już w marcu 1939 roku przydzielono pułkownikowi Janikowi osiemnastoosobową grupę saperów z Torunia, która przystąpiła do potajemnego zakładania ładunków wybuchowych w komorach filarowych mostów. Już w czerwcu tczewskie mosty były gotowe do zniszczenia. W sierpniu podminowano także strażnice straży granicznej w Tczewie, wiadukty i inne obiekty kolejowe i drogowe.

30 sierpnia ogłoszono w Tczewie mobilizację, którą tegoż dnia odwołano, a następnego ponownie ogłoszono. Natarcie lądowe na Tczew, przewidziane na godzinę 4.45 poprzedził nalot 6 bombowców i 6 myśliwców niemieckich. Eskadrą dowodził porucznik Bruno Dilley. Wystartowała ona o 4.26 z lotniska pod Elblągiem i dla zmylenia nadlatując od południa, o 4.34 zbombardowała dworzec PKP, zachodni przyczółek mostów oraz koszary 2 Batalionu Strzelców. Bomby zrzucono też w centrum miasta, w rejonie elektrowni. Nalot na te obiekty powtórzono dwa razy. Trwał on około 10 minut. Byli zabici i ranni: ludność cywilna, kolejarze i żołnierze.


Zatrzymać pociąg!

Dzień wcześniej, 31 sierpnia, zawiadowca stacji w Malborku zwrócił się do stacji Tczew o przysłanie dwóch parowozów w celu przetransportowania wagonów z bydłem. Mimo napiętej sytuacji tczewscy kolejarze robili wszystko, by nocne pociągi towarowe z Prus Wschodnich do Rzeszy mogły przejechać przez polskie Pomorze. Załogi parowozów udały się więc z Tczewa do leżącego wtedy w Prusach Malborka i już więcej do Tczewa nie wróciły. Polskich maszynistów zatrzymano w Kałdowie i ściągnięto z nich mundury, w które ubrano niemiecką drużynę parowozową.

Pierwszy pociąg tranzytowy z polskim parowozem i niemiecką obsługą w polskich mundurach, wiozący ukrytych w wagonach żołnierzy, miał znienacka przejechać most na Wiśle i opanować tczewski dworzec. Ten plan się nie udał, gdyż asystent kolejowy Alfons Runowski, ostrzegł tczewskich kolejarzy. - Miejcie się dziś na baczności! - rzucił do słuchawki telefonując do Tczewa. - Więcej nie mogę powiedzieć, gdyż mam tu strażnika niemieckiego. - Zaskoczony tym meldunkiem tczewski dyżurny ruchu po pięciu minutach zadzwonił do Szymankowa, ale nie uzyskał połączenia. Zawiadomił więc swoich zwierzchników oraz oficera łącznikowego na stacji Tczew. Natomiast w Szymankowie zawiadowca stacji, Paweł Szczeciński, zauważył rakietę wystrzeloną przez polskiego inspektora celnego w Kałdowie. Błyskawicznie wyczuł niebezpieczeństwo. Podbiegł do nastawni i przestawił zwrotnicę, kierując pociąg na ślepy tor. Powstało w ten sposób nieprzewidziane dla hitlerowców półgodzinne opóźnienie. Potem pociąg ruszył w stronę Lisewa, lecz tam tczewscy kolejarze zapalili czerwone światło. W odwecie za niepowodzenie akcji grupa Niemców, członków NSDAP, wymordowała 1 września polskich kolejarzy z Szymankowa i ich rodziny. Jedni zginęli w miejscu pracy, inni w mieszkaniach. Zabito też pięciu inspektorów celnych oraz ich rodziny. Wszystkich zamordowanych wrzucono do przydrożnego rowu i postawiono tam tablicę z napisem "Tu spoczywa polska mniejszość narodowa".


Rozkaz:  wysadzić!

O godzinie 4.45 pociąg z Malborka zatrzymał się przed mostem. Pełniący dyżur na stacji w Tczewie kapitan Władysław Monkosa, dowódca 1 kompanii strzeleckiej, postanowił nie otwierać bram mostowych od strony Lisewa przed rozpoznaniem pociągu. Tymczasem w odległości około 100 metrów za pociągiem towarowym jechał motorowy wóz pancerny, a za nim w odległości również 100 metrów, pociąg pancerny wyposażony w lekkie działka. Z pociągu wybiegli niemieccy żołnierze. Wywiązała się walka. Około 5.30 do walczących na zachodnim przyczółku mostu żołnierzy przybył dowódca, podpułkownik Stanisław Janik, dowódca 2 Batalionu Strzelców. Po zorientowaniu się w sytuacji polecił swoim żołnierzom wycofanie się z przyczółka, po czym wydał rozkaz wysadzenia mostu. Wykonał go podporucznik Norbert Juchtman. O godzinie 6.00 wysadzono przyczółek wschodni, zaś 45 minut później zachodni. Zburzone zostały cztery filary. Hitlerowskie dowództwo nie kryło swego niezadowolenia z powodu nieudanej "operacji Dirschau".

Tymczasem w Tczewie walczono dalej. Żołnierze polscy zajęli stanowiska obronne wzdłuż zachodniego brzegu Wisły po obu stronach przyczółka, a także od południa w rejonie dzielnicy Górki, natomiast czołgi i saperów odesłano do Torunia. Największe zagrożenie przedstawiał odcinek północny. Od strony Pszczółek ruszyły na Tczew oddziały SS-Heimwehr Danzin, które wspomagało lotnictwo. Obrona była bezskuteczna, więc w godzinach wieczornych podpułkownik Stanisław Janik wydał rozkaz opuszczenia miasta. Około 22.00 wkroczyły do miasta pierwsze niemieckie oddziały. Dotarły do koszar, zaś następnego dnia rozpoczęły zajmowanie miasta. W południe 2 września przybył do Tczewa dowódca zgrupowania wojskowego Wolnego Miasta Gdańska, generał Eberhardt. Rozpoczęła się okupacja, która trwała do 12 marca 1945 roku.

Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku kolejarze z Szymankowa zabezpieczyli zbiorową mogiłę swoich kolegów z 1939 roku. Fragment przydrożnego rowu został ogrodzony. W 1947 roku ciała pomordowanych ekshumowano i pochowano na cmentarzu zasłużonych w Gdańsku-Zaspie. Natomiast w miejscu wcześniejszego pochówku, w Szymankowie, wzniesiono pomnik z tablicą. Co roku 1 września odbywają się tutaj uroczystości dla uczczenia pamięci pomordowanych kolejarzy. Tablicę pamiątkową wmurowano też na fasadzie budynku stacji w Szymankowie. Alfons Runowski został patronem Zespołu Szkół Kolejowych w Tczewie.

Głos Wybrzeża

Alicja ŁUKAWSKA”

Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Wojna-zaczela-sie-w-Tczewie-n172.html#tri

Mój tekst do dzisiaj „chodzi” po sieci. Czasem spotykam nawet go na jakiś forach dyskusyjnych poświęconych II wojnie światowej.
Znajduje się tutaj:
Wojna zaczeła się w ... Tczewie; Gdańsk, Gdynia, Sopot - Trojmiasto

środa, 21 września 2016

Mamert Stankiewicz, „Z floty carskiej do polskiej”




Autor tych wspomnień, kapitan Mamert Stankiewicz, jest znany szerokim kręgom polskich czytelników jako tytułowy bohater kultowej książki Karola Olgierda Borchhardta „Znaczy kapitan”. Jego niezwykłe i barwne koleje losu możemy poznać z autobiograficznej pozycji „Z floty carskiej do polskiej”. 

Mamert Stankiewicz był człowiekiem Kresów. Jego rodzina wywodzi się z dawnego województwa wileńskiego (ze strony ojca z powiatu brasławskiego, ze strony matki z dziśnieńskiego). Urodził się w Mitawie (dzisiaj Jełgawa) w 1889 roku jako syn carskiego oficera (ojciec skończył szkołę wojskową w Rydze i służył w mitawskim pułku piechoty). Dość liczna rodzina Stankiewiczów mieszkała więc na stałe w Mitawie, a na lato wyjeżdżała do majątku dziadków (rodzice matki) położonego nad rzeką Dziśnieńką, gdzie jechało się pociągiem z Mitawy do Rygi, potem do Dyneburga, a stamtąd do stacji Borkowicze, gdzie czekały już konie i powóz wysłane przez dziadka. 

Mamert i jego bracia skończyli rosyjską szkołę początkową w Mitawie. Czytać, pisać i modlić się po polsku nauczyła ich matka. Potem była szkoła realna w Mitawie, w końcu Korpus Kadetów Morskich w Petersburgu, słynna szkoła wojskowa z tradycjami, no i służba w carskiej flocie na Bałtyku. Mamert ożenił się z siostrą swojego kolegi szkolnego, Heleną Jankowską, swoją pierwszą miłością, w której kochał się od 12. roku życia. 

Najciekawszy okres opisany w tych wspomnieniach to czas rewolucji październikowej i tego, co nastąpiło później, a zwłaszcza podróż autora dookoła świata, z Rosji do Polski (inaczej w tamtym czasie się nie dało, bo drogę zagradzał niemiecki front). W 1918 roku Mamert w przebraniu uciekł z ogarniętej rewolucją Rosji (przepustkę na wyjazd dawał mu towarzysz Załkind, który w czasie spotkania w Pałacu Zimowym strzelał sobie z pistoletu w ścianę, ot, tak, dla rozrywki) i przez Finlandię i Szwecję udał się statkiem do Ameryki. Miał zamiar w taki czy inny sposób dostać się do Polski. W Rosji pozostawił żonę z dzieckiem. W Stanach Zjednoczonych najpierw nie mógł znaleźć zatrudnienia, potem pracował jako sekretarz w rosyjskim konsulacie w Pittsburghu. Potem udało mu się sprowadzić zza oceanu żonę z córeczką. W 1919 roku został zwolniony z konsulatu i dostał polecenie dołączenia do rządu admirała Aleksandra Kołczaka na Syberii. Stankiewiczowie wraz z córką ruszyli więc pociągiem na zachód Ameryki, stamtąd popłynęli statkiem do Japonii, potem zaś znowu pociągiem do Omska, gdzie w tym czasie rezydował rząd białych Rosjan admirała Kołczaka. Ich odyseja przypominała nieco przygody opisane w powieści „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdążyli zagospodarować się w Omsku, kiedy przyszedł rozkaz ewakuacji na wschód, bo z zachodu zbliżał się front bolszewicki. Trzeba było szybko uciekać. Ale jak? 

Sytuacja rodzinna była dramatyczna, bowiem dokładnie w tym czasie Helena Stankiewiczowa była wysoko w ciąży. Miała rodzić, dosłownie już, lada dzień! Nie było wiadomo, co robić w tej sytuacji: czekać w Omsku na poród, narażając się na późniejsze, ewentualne bolszewickie represje, czy też uciekać pociągiem wraz z białymi Rosjanami. Stankiewiczowie wybrali w końcu to drugie rozwiązanie, żona z córką pojechały wcześniejszym pociągiem, mąż późniejszym, potem się spotkali. W końcu jednak, na skutek zdrady czeskich żołnierzy prowadzących straż na linii kolejowej, i tak wszyscy razem z Kołczakiem wpadli w ręce czerwonych. Ostatecznie, Mamert znalazł się w więzieniu w Irkucku, gdzie uwięziono również admirała Kołczaka, który wkrótce został zgładzony przez bolszewików. Naszemu kapitanowi również groziła śmierć, jednak zamiast tego trafił do obozu koncentracyjnego na Syberii, później został wypuszczony na wolność. W międzyczasie, w trakcie tych dramatycznych wydarzeń, jego żona urodziła drugą córkę. Dopiero w 1921 roku, po zawarciu traktatu w Rydze, Stankiewiczom udało się cudem, przez Moskwę, przedostać do Polski. I tak zakończyła się trwająca trzy lata dramatyczna podróż dookoła świata. Stracili wszystko, co posiadali wcześniej i byli całkowicie zrujnowani finansowo i obdarci. W wolnej Polsce musieli dorabiać się od zera. 

Na początku lat 1920. Mamert zaczął pracować w powstającej właśnie szkole morskiej w Tczewie i wychowywać nowych marynarzy. I ta jego właśnie działalność została opisana piórem kapitana Borchardta. Rodzina osiadła ostatecznie w Tczewie, gdzie wynajęła pięciopokojowe mieszkanie (Helena Stankiewiczowa wraz z córkami została usunięta z Tczewa przez Niemców jesienią 1939 roku, kiedy hitlerowcy wysłali całą ludność napływową z Pomorza do Generalnego Gubernatorstwa).

W okresie międzywojennym kapitan Stankiewicz pływał na m/s „Piłsudski”. Wtedy też, w wieku niespełna 50 lat, spisał swoje wspomnienia, które zakończył w 1937 roku. W przededniu wybuchu II wojny światowej, 24 sierpnia 1939 roku, dostał rozkaz, by wyprowadzić z Gdyni do Wielkiej Brytanii statek „Kościuszko”, który w tym czasie był kompletnie pozbawiony wszelkiego wyposażenia i już przygotowany do sprzedaży na złom. Kapitan musiał uczynić go sprawnym do żeglugi, szybko zebrać załogę i zdążyć wydostać się z Bałtyku, zanim wybuchnie wojna. „Kościuszko” wypłynął  z Gdyni dosłownie w ostatniej chwili, 28 sierpnia wieczorem. Przepłynął Morze Północne i 2 września dotarł do Anglii. 

W listopadzie 1939 roku Stankiewicz objął dowództwo na transportowcu wojskowym m/s „Piłsudski”. Miał dołączyć z tym statkiem do konwoju. Jednak 26 listopada okręt został storpedowany przez Niemców. Kapitan został na pokładzie do końca, ewakuował się wraz z ostatnimi marynarzami na małej tratwie. Kiedy po paru godzinach rozbitków uratował brytyjski niszczyciel, kapitan był już w takim stanie wychłodzenia, że nie udało się go uratować. Jego pogrzeb odbył się 29 listopada w Hartlepool. 

Wspomnienia Mamerta Stankiewicza w postaci maszynopisu ofiarowały Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni jego córki, Anna Tomaszewska i Irena Małecka. Po raz pierwszy zostały wydane w latach 1990. Ja czytałam drugie wydanie. Podobno w oryginale tekst był o wiele dłuższy, ale przez wydawcę został znacznie skrócony i zredagowany. Jednak wiele to nie pomogło w odbiorze całości. Kapitan Stankiewicz miał widocznie naturę pedanta, gdyż pisał tak, aby wszystko było dokładnie i szczegółowo. Nie dbał wcale o to, by było ciekawie czy interesująco. Jak ognia unikał wszelkiej sensacji. Nawet swoje niezwykłe przygody w Ameryce i na Syberii przedstawił w konwencji prawie urzędniczego sprawozdania. Opowieści Stankiewicza daleko na przykład do sensacyjnej fabuły przygodowej opowiedzianej przez Ferdynanda Ossendowskiego, który mniej więcej w tym samym czasie kręcił się po Syberii i Mongolii (był w otoczeniu szalonego barona, czyli generała Romana Ungern von Sternberg) i napisał potem książkę „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”.   
   
Autobiografię Stankiewicza czyta się tak sobie... Jakby nie chodziło o wspomnienia Kresowiaka i epizod amerykańsko-syberyjski, pewnie dałabym sobie w ogóle spokój z tą lekturą. Wiele miejsca poświęcił Stankiewicz opisom statków, rejsów i innych kwestii około marynarskich, do tego napisał o tym w sposób tak nudny, że całe fragmenty tej książki zaledwie przekartkowałam. Być może mogą one być interesujące dla historyków polskiej floty wojennej czy handlowej, ale zwykłemu czytelnikowi trudno jest przedzierać się przez te rozważania. 

Aaaa, właśnie, rozważania! Rozważania filozoficzne kapitana Stankiewicza! Tego w tej książce nie brakuje! Autor jawi się w niej jako szlachetny człowiek honoru, naśladowca Conrada, a jego wspomnienia mają nieść naukę młodym pokoleniom polskich marynarzy. Obala przy tym związane z zawodem żeglarza mity, zwłaszcza mit wiecznej przygody i niezwykłego powodzenia u kobiet (zdaniem Stankiewicza, nieprawdą jest, że marynarz ma żonę w każdym porcie, a kwestie lupanarów po prostu go mierżą). 

Warto tu przypomnieć, że bardzo interesujące wspomnienia o Stankiewiczu pozostawił jego wychowanek ze szkoły morskiej w Tczewie, Karol Olgierd Borchadt, autor książek „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Samosierry”, „Szaman morski” i innych. Opisał w nich Mamerta jako ekscentrycznego nauczyciela morskiego fachu, który w każde prawie zdanie wtrącał słowo „znaczy”. 

Tu kawałeczek Borchardta na zachętę:

„Uroczysta zbiórka wyznaczona była na godzinę jedenastą. Po pobudce i podniesieniu wielkiej gali poszliśmy na śniadanie. Jeszcze tylko ostateczne porządki w miedzypokładzie. Po podniesieniu stołów międzypokład zamienia się w bawialnię. Przebieramy się w wyjściowe, granatowe mundury i stajemy na zbiórce.
Na przemian prószy drobniutki suchy śnieg i wygląda słońce. Od pierwszego maja obowiązują białe pokrowce na czapkach. Nakrochmalone i wyprasowane jeszcze w domu rękami matek i sióstr - wyglądają naprawdę bardzo uroczyście.
 Z pokładu rufowego zstępuje kapitan w asyście wszystkich oficerów.
  - Baczność! Na prawo patrz!
  - Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
  - Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa „znaczy” - nikt nie ma wątpliwości, że tych „znaczy” będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? Z jakiego podręcznika przygotował przemówienie? Kartki nie widzimy, nauczył się pewnie na pamięć.
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
 Kapitan zaciska zęby i mówi:
- Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską królową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie, małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucje, papież - Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyje!
 - Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!”

A tu jest fragment dziecięcych wspomnień kapitana Stankiewicza,  w którym opowiada o wakacjach u dziadków w dziśnieńskim powiecie:

Stankiewicz Mamert, „Z floty carskiej do polskiej”, wyd. Iskry, Warszawa 1997