Translate

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

„Die Flucht” („Ucieczka) – film o końcu Prus Wschodnich




„Die Flucht” („Ucieczka”) to melodramatyczna filmowa opowieść o tym, jak w styczniu 1945 roku Niemcy grzecznie zapakowali się na wozy konne z dziećmi i w równym ordynku (Ordnung muss sein!) opuścili Prusy Wschodnie, które okupowali od XIII wieku, kiedy ten teren został podstępnie wydarty Polsce i plemionom pruskim przez zakon krzyżacki. 

Film jest długi, trwa przeszło trzy godziny. Główna bohaterka, koścista hrabianka Lena coś tam, jest samotną matką z dzieckiem, ma 7-letnią córeczkę Vicky. Na wieść o chorobie ojca, hrabiego coś tam, coś tam, latem 1944 roku wraca z głębi Niemiec do Prus Wschodnich. Ojciec mieszka w wypasionym barokowym pałacu, ma wiele ziemi i służby, jak to pruski junkier. Pracują u niego także robotnicy przymusowi z całej Europy, których strasznie gnębią „naziści” (chyba chodzi o SS-manów, którzy co jakiś czas wpadają na plan filmowy, by powiesić lub rozstrzelać paru robotników przymusowych). Natomiast „dobrzy” Niemcy z pałacu traktują swoich niewolników po ludzku i z uczuciem, a kobiety nawet spoglądają łakomie na zdrowych i mocnych mężczyzn, bo niemieckie chłopy na wojnie, a tu takie „ciasteczka” pod bokiem... Tylko brać i molestować, ale niestety, Adolf Hitler zabrania. Twórcy tego filmu bardzo zadbali o to, by odróżnić „Niemców” od „nazistów”. Pranie mózgów odchodzi tu na całego! 

Wśród robotników przymusowych jest bardzo seksowny i niedogolony Francuz Fransua, który wpada w oko kościstej hrabinie. Między nimi nawiązuje się taka chemia, że aż iskry lecą. No i to jest jedyna dramaturgia w całym tym potwornie nudnym filmie, niestety. Po co było robić taki drogi film z tyloma statystami, wozami i końmi? Nie lepiej byłoby nakręcić film miłosny, w którym Lena i Fransua kotłują się w pościeli? Ona go trochę rysuje kośćmi, on ją zarostem na brodzie…  Wyszłoby i taniej, i przyjemniej! 

Ale cóż… 

Ma być „Ucieczka” – będzie ucieczka. 

Fransua nie ma szans u niemieckiej arystokratki z Prus Wschodnich, bo to robotnik przymusowy i za seks z nim hrabianka zostałaby ukarana, a on powieszony. Ale o tym twórcy filmu nie mówią wcale. Pokazują natomiast rozterki sercowe hrabianki, która waha się pomiędzy Fransua a chudym arystokratą, hrabią von Gern coś tam. Prawie się zaręczają z tym niemieckim hrabią. No i żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że jest już Boże Narodzenie 1944 roku, ostatnie niemieckie Boże Narodzenie w Prusach Wschodnich. Iwany nadchodzą, więc Niemcy z pałacu ubierają choinkę (bardzo biednie ją ubierają, nie wiem, czy oni świecidełek na choinkę nie mieli w pałacu, nie wierzę!), tańczą walca na ostatnim balu w Prusach Wschodnich i zakopują w parku swoje rodowe talerze z herbami. 

Fransua jest mądry i przewidujący. Już latem 1944 roku, jak przyjechali do nich Niemcy na wozach, co uciekli z rejonu Kłajpedy, chciał robić taki  sam drabiniasty wóz, by na nim uciekać przed Iwanami, ale hrabianka mu kazała go rozwalić, bo władze niemieckie zakazywały szerzenia defetyzmu. No, to rozwalił. Ale zimą znowu robi jakiś wózek i szykuje się do ucieczki. Nie bardzo rozumiem, czemu Fransua boi się Iwanów, przecież by go wyzwolili z tych robót przymusowych, no, ale nie jest to film zbyt logiczny, więc lecimy dalej. Porcelana i srebro zakopane w parku, kroki odliczone, gdzie zakopano (strasznie dramatyczna scena, powiadam Wam!), hrabianka jak wróci, będzie miała z czego jeść. No, to na wóz i hajda! Ale, ale, dzielny Fransua zrobił sobie mały wózek, na którym – uwaga ! teraz będzie zupełnie idiotycznie! – zasnęła mała córka hrabiny Vicky, która wlazła tam i przykryła się jakimiś szmatami. Fransua ucieka przed Iwanami z Vicky na wózku, z całą grupą robotników przymusowych, dopadają ich źli Niemcy, wszystkich zabijają, prócz Fransau i Vicky. 

W międzyczasie hrabianka z ojcem hrabią jeżdżą konno sobie po Prusach Wschodnich, by mieć taki ostatni ogląd, co mieli i co im przepadło. Hrabianka wyrusza na swym dzielnym karym koniku na czele swych ludzi na zachód, bo już słychać w oddali radzieckie katiusze, a hrabia zostaje w pałacu z wiernym kamerdynerem. Ostatni raz karmi swoje psy myśliwskie surowym mięsem, które osobiście rzuca im na cenny, rodowy dywan, po czym siada w fotelu i czeka na Iwanów. Kiedy wpadają do pałacu, zabija z pistoletu psy, a potem siebie. 

Hrabianka przedziera się na zachód konno na czele niemieckiego pochodu niczym niemiecka Joanna d’Arc, która ratuje swój lud przed zemstą Iwana. A Francuz brnie do niej w śnieżnej zadymce pieszo z małą Vicky na rękach. Potem razem ratują zgwałconą kobietę z rąk rozwydrzonych Iwanówi i omal nie topią się pod lodem w Zalewie Wiślanym. Wiosną 1945 roku hrabianka z córką docierają do Bawarii. Fransua tam się również znajduje w mundurze wojsk alianckich, padają sobie w ramiona, pada deszcz, oni się całują pod drzewem. Koniec! Kurtyna! Lecą napisy końcowe. 

Scenariusz do tego filmu, który jest jeszcze bardziej beznadziejny niż „Syberiada polska” w reżyserii Janusza Zaorskiego (o ile to w ogóle możliwe), napisała hrabianka Tatiana von Denhoff, bratanica słynnej hrabianki Marion von Denhoff, która faktycznie przebyła taką drogę na koniu z Prus Wschodnich do Niemiec. Uciekła w styczniu 1945 roku z majątku w Kwitajnach pod Pasłękiem, którym administrowała. Najpierw jechała razem ze swoimi ludźmi, potem oni wrócili do Kwitajn, bo nie chcieli się tułać, a ona ruszyła w drogę sama na koniu, tylko w towarzystwie jakiegoś małoletniego chłopaka, syna leśniczego. Mijała po drodze Elbląg, Malbork, Tczew, Starogard Gdański i Warcino na Pomorzu Zachodnim, gdzie mieszkała pewna stara niemiecka arystokratka, synowa kanclerza Bicmarcka, która czekała na Iwanów w pałacu, a w parku kazała już wykopać dla siebie grób. Obie parę dni rozmawiały i popijały dobre wina z piwnicy Bicmarcków. 

Marion Denhoff napisała książkę o swojej ucieczce z Prus Wschodnich, pt. „Nazwy, których nikt nie wymienia”. Książkę czytałam najpierw po niemiecku, potem po polsku i jest to niezła książka, której autorka miała polityczną świadomość, że opuszcza na zawsze ziemię zagarniętą przez jej przodków kilkaset lat temu.

Tatiana von Denhoff najpierw przejechała się śladami swej ciotki, tylko w odwrotnym kierunku i samochodem, a nie konno. Na bazie tej podróży powstał bogato ilustrowany reportaż w postaci książki, który także czytałam. I to też jest niezła rzecz i na tym trzeba było skończyć, a nie pisać scenariusz do koszmarnego filmu, który chyba nikogo ani nie wzruszył, a raczej wynudził. Nawet w samych Niemczech uznano, że „Die Flucht” to nudna, melodramatyczna chała. Cóż, Niemcy mają skłonność do sentymentalizmu, ale żeby aż tak?   

Przyznam, że drugą część filmu obejrzałam tylko fragmentami, bo mnie po prostu mdliło. I do tego ziewałam z nudów. Nie pomogła nawet egoistyczna radość z widoku jednakowych niemieckich wozów jadących na zachód. Mam nadzieję, że Niemcy opuścili Prusy Wschodnie na zawsze! 

Na końcu tej dość nudnej opowieści chce się klaskać i powiedzieć: „Kochane ruskie Iwany, wielkie Wam dzięki za to, że popędziliście Szwabom kota i wyrzuciliście ich z naszej ziemi!”. Albowiem Szwab boi się tylko Iwana. Tak dostał w dupę w styczniu 1945 roku, że do dzisiaj się boi. No i bardzo dobrze! 

„Die  Flucht” („Ucieczka”), reż. Kai Wessel, Niemcy 2007
Denhoff Marion, „Namen die keine mehr nennt”, Dideriks, Dusseldorf/Koln 1971
Denhoff Marion, “Nazwy, których już nikt nie wymienia”, tłum. Grzegorz Supady,  posłowie Leszek Żyliński, wyd. Wspólnota Kulturowa Borussia, Olsztyn 2001
Denhoff Tatiana, „Weit ist der Weg nach Westen. Auch der Flichtroute von Marion Grafin Denhoff”, Nicolai Verlag, Berlin 2004 

Film „Die Flucht” jest tutaj: 


6 komentarzy:

  1. Książkę Marion Donhoff czytałam dawno temu.
    Nie wiem, czy trafiłaś na informację, że planuje się w ramach projektu „Bałtyckie Krajobrazy” 250 kilometrowy szlak konny śladami hrabiny Marion Dönhoff.
    Więcej na: http://www.spychowo.olsztyn.lasy.gov.pl/szlak-konny-im.-marion-donhoff#.VT4OSNLtmko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ciekawe! Pewnie chodzi o trasę, którą Marion przejechała ze swoją kuzynką latem 1944 roku, jak żegnała się z Mazurami?
      Zaraz sprawdzę!
      Dzięki za info!

      Usuń
    2. Jeszcze dodam, że bardzo szkoda, że Niemcy nie zrobili filmu o ucieczce Marion Denhoff, bez tych wszystkich melodramatycznych dodatków. Myślę, że byłby o wiele ciekawszy, a może nawet i poruszający. A tak to wyszło love story na śniegu z Francuzem.

      Usuń
  2. Przypadkowo trafiłem w to miejsce szukając informacji o filmie. Z zaciekawieniem przeczytałem. Nie będę się rozpędzał, o jednym tylko wspomnę: puenta z podziękowaniem dla Sowietów...? Cholernie w oczy kuje. Równie dobrze można by napisać "dziękuję wam dzielni Naziści, że w '39 nie baliście się obietnic Francji i Wlk. Brytanii i przejechaliście się swoim wojennym walcem po naszym kraju. Dzięki wam przegnaliście nasz nieudolny rząd wprost do zakłamanej Anglii i już po kilku latach mogliśmy się cieszyć z nowego, lepszego (sowieckiego) rządu". Trzeba przyznać, że to idiotyczne podziękowanie. Stawiam je na równi z tymi napisanymi przez autorkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opcja niemiecka się odezwała ;)
      Czyżby jakiś folksdojcz tu zawitał?

      Usuń
    2. volksdeutschy u nas dosySchetyna i inni.ć,wystarczy popatrzeć na wściekłą opozycję jak jakiś Neuman,

      Usuń