Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lipca 2017

Clase Mia, Nertby Aurell Lina, „Food pharmacy”. Jak jeść, by się dobrze wypróżniać?




To jest książka o jedzeniu i jelitach. A także o tym, że żyją w nich dobre i złe bakterie. Oraz o jelicie grubym, które podobno odpowiada za około 80 procent odporności człowieka. 

Cywilizacja nas zabija. Z naszymi jelitami grubymi jest źle. Jemy za dużo przetworzonej żywności, za dużo  mąki (gluten!), cukrów i niezdrowych olejów, a za mało naturalnej, nieprzetworzonej żywności. Skutkiem tego jest chroniczny stan zapalny jelita grubego, który z kolei wywołuje najróżniejsze choroby, z tymi najgorszymi włącznie. Żeby nie chorować, powinniśmy dopieszczać nasze dobre bakterie i nie karmić tych złych. Podobno jednych i drugich mamy w jelicie grubym około półtora kilograma, a nawet do dwóch kilogramów. Pomyślcie sobie, siedzą tam sobie i odpowiadają za to, że mamy cukrzycę, nadciśnienie, raka, a nawet depresję! Strach się bać! Najbardziej szokujące jest to, że takie sobie małe bakteryjki mogą mieć wpływ na nie tylko na nasze ciało, ale też na naszą psychikę, ba, nawet na to, jak myślimy! Szok, prawda? 

Autorki tej książki, czyli dwie Szwedki: Mia Clase i Lina Nertby Aurell, to przyjaciółki od dziecka, które porzuciły pracę na posadzie (jedna z nich była copywriterem, a druga politologiem) i zajęły się całodobową pracą na blogu poświęconym żywieniu. Piszą o sobie, że wcześniej były „pozytywnymi hipochondryczkami” (cokolwiek to znaczy) i spędzały całe noce na czytaniu w Internecie o chorobach, martwiąc się o własne zdrowie, a także swoich dzieci i mężów. W końcu założyły bloga o tym, jaki wpływ na zdrowie ma właściwie odżywianie. Ich głównym konsultantem jest wiekowy szwedzki profesor Stig Bengmark, wcześniej chirurg, a na emeryturze spec od odżywiania. Ich blog miał tyle wejść, że w końcu postanowiły wydać książkę na bazie tego, o czym tam piszą. 

Jak wspomniałam, pierwsze hasło tej książki to jelita i flora jelitowa. Poczytać tu jeszcze można o epigenetyce, czyli nauce łączącej sprawy genetyki z naturą, o właściwym wypróżnianiu się (walimy stanowczo za małe kupki!!!) i o tym, co jeść, by nasze dobre bakterie jelitowe były szczęśliwe (a w efekcie także i my, ich żywiciele) i mnożyły się na naszą chwałę. I żeby nie dostarczać pokarmu złym bakterią (niech sczezną marnie!). 

To jest teoretyczna część tej książki. Natomiast praktyczna to szereg interesujących przepisów, co i jak jeść. Tu nie ma wielkiej filozofii. Autorki zalecają jedzenie nieprzetworzonego jedzenia, nie obżeranie się mięsem i słodyczami, jedzenie dużej ilośći warzyw, picie warzywnych i owocowych koktaili (smoothie), jedzenie przypraw, kiełków i kiszonek. Zalecają także okresowe posty. Podają też parę przepisów. Choć nie o przepisy tu chodzi, ale o całą filozofię jedzenia, która ma być taka raczej „slow” niż „fast”. Jeść to, co zdrowe, żuć powoli, nie denerwować się byle czym i tak dalej. Niby banał, ale jak łatwo o tym zapominamy. 

Trafiłam na tę książkę przypadkiem w Biedronce, była reklamowana jako bestseller i sprzedawana w promocji za 27,99 zł. No to wzięłam. Od lat mam bowiem straszliwe problemy ze zdrowiem, jestem nie tylko „pozytywną hipochondryczką”, ale naprawdę poważnie choruję, moje jelita są zrypane przewlekłym zapaleniem, a o kupie to już raczej szkoda gadać. Rzadko przypomina taką wzorcową, o której piszą Autorki tej publikacji. Podobno najpiekniejsze, najbardziej wzorcowe kupy walą Indianie z plemienia Yanomani, którzy mają w jelitach najwięcej flory bakteryjnej na świecie. Chyba powinnam przeprowadzić się nad Amazonkę? :)))

Właściwie to już wcześniej doszłam do takiego punktu, by leczyć się jedzeniem. Moja dieta może niektórym wydać się dość dziwna, ale jest zalecona przez lekarza specjalistę. I, co najważniejsze, ona działa! Jest może dość kosztowna, ale widzę postęp w moich jelitach, także w temacie kupy. Od pewnego czasu włączam też różne ciekawe motywy do mojej diety, jak np. kiszonki (zimą stale coś się kisi w naszym domu), piję sok z kiszonej kapusty, kiszonych ogórków i kiszonych buraków. Kupuję na rynku prawdziwą śmietanę od baby ze wsi, taką z bakteriami. I słuchajcie, kupa po tym robi się lepsza! Czyli, że moje bakterie jelitowe, te dobre, faktycznie spisują się na medal, jeśli się je odpowiednio potraktuje.  Temat kupy jest tak ważny, bo w starszym wieku to nie jest z wypróżnianiem tak jak za młodu. U ludzi po 50. to albo sraczka, albo zatwardzenie, niestety. A wypróżnianie się jest przecież równie ważne jak jedzenie. 

Dlatego też z zaciekawieniem studiuję książkę dwóch Szwedek, tym bardziej, że jest napisana  bardzo przystępnym, zabawowym stylem, a trudne sprawy z zakresu biologii i medycyny są w niej wytłumaczone tak prosto, że każdy je pojmie. 

Inna sprawa, że nie wiem jeszcze, czy wykorzystam coś z dietetycznych propozycji zawartych w tej publikacji. Czipsów z jarmużu na pewno nie zrobię, bo dreszcze obrzydzenia przechodzą mnie na samą myśl o czymś takim. Cud-napoju z kurkumy (1 łyżka na kieliszek wody) też pić nie będę. Ale, ale, może spróbuję zrobić sobie granolę na śniadanie wypiekaną z kaszy gryczanej? Czemu by nie? Kaszę gryczaną uwielbiam, jak wszyscy Słowianie. 

Natomiast nie kupuję zaleceń Autorek, by włączać do diety egzotyczne warzywa i owoce. Albo mrożonki. Bo ja to tak po chłopsku uważam, że jemy to, co rośnie w najbliższej okolicy. Transport to zawsze czas i chemia. Z zasady nie jadam niczego poza sezonem i prawie niczego, co rośnie poza Polską. Za wyjątkiem dla bananów i cytrusów, które czasem jem. Ale rzadko. Lata życia w PRL-u wyćwiczyły mnie do tego stopnia, że omijam wzrokiem w marketach te góry jedzenia, które nie wiadomo skąd przyjechały. Tak więc, po długim namyśle, wszelkim smoothie z awokado chyba powiem „nie”. 

Ale smoothie w ogóle? Czyli jakiś koktail warzywny z tego, co znajdę w lodówce? Może spróbuję, ale najpierw za pomocą starego miksera. Na razie nie będę inwestować w blender. Nie będę też jeść żadnych kotletów z warzyw, bo kotlet to musi być z mięsa. A mięso to ja uwielbiam! Zresztą, na jego jedzenie mam zalecenie i specjalne błogosławieństwo mojego lekarza. Zażeram się więc czarnym salcesonem i gulaszem wołowym i co jakiś czas biegam do laboratorium, by sprawdzić poziom ferrytyny (taki rodzaj żelaza) we krwi. Ona ma mi rosnąć, ta ferrytyna znaczy, a nie bardzo chce. Co tu dużo gadać, mam bowiem anemię, i to galopującą. Ona mi przeszkadza żyć i muszę coś z nią zrobić. A lepiej przecież zjeść smaczny wołowy gulasz, niż jakieś tam pastylki z żelazem, po których ma się sraczkę, prawda?  A sraczkę po tych tabletkach mają prawie wszyscy. Ja nie, bo nawet ich nie spróbowałam, tylko przeczytałam ulotkę i dałam spokój. 

Tu mała dygresja…

Po roku zażerania się tym gulaszem postęp w temacie anemii jest taki, że przestałam się już tak koszmarnie pocić przy każdym, najmniejszym nawet wysiłku fizycznym, przeszła mi depresja, bóle głowy i czasem nawet udaje mi się wyjść z domu aż dwa razy w ciągu jednego dnia. A wychodzenie z domu, to jest wstanie, ogarnięcie się, umycie, ubranie i tak dalej jeszcze nie tak dawno było dla mnie takim wysiłkiem, że jak to zrobiłam, to byłam tak zmęczona, że musiałam się położyć co najmniej na godzinę. Potem dopiero byłam w stanie zadzwonić po taksówkę i gdzieś ruszyć. Ale, zaraz, zaraz, w międzyczasie opadł mi poziom cukru, no to trzeba było coś przekąsić. Zjadłam coś tam, miałam brudne zęby, więc trzeba było znowu je myć. Pochlapałam się przy myciu zębów. Trzeba zmienić bluzkę. Szukać nowej w stosie na fotelu (nie chowam już rzeczy do szafy, na jednym fotelu mam czyste, na drugim brudniejsze, takie już trochę noszone, ale jeszcze zdatne do założenia, znacznie mniej wysiłku tak jest, polecam tę metodę) i tak dalej. A zakładanie butów? Wiązanie sznurówek? Tragedia!  

No i znowu byłam  cała oblana potem, zmęczona i znowu się kładłam na swoją otomanę. Czasami w butach… I tak w kółko. Co za koszmar! I to mi zniknęło!!! Nie mam depresji. Dopisuje mi apetyt i dobry humor. Chyba dzięki tej mojej diecie mięsno-kiszonkowej? Dopieściłam swoje jelita i one mi się odwdzięczyły! Tak jakoś to straszne zmęczenie niezauważalnie zniknęło, nawet nie wiem kiedy. I tak sobie myślę, że może w tym roku na jesień zapiszę się do Uniwersytetu Trzeciego Wieku? Może teraz dałabym radę wychodzić z domu także po południu?  

Jelita są bardzo ważne! Pamiętajcie o tym!

Tu jest link do bloga autorek tej książki, kobitki piszą naprawdę interesująco i zabawnie:



Clase Mia, Nertby Aurell Lina, „Food pharmacy”, wyd. Otwarte (Znak), Kraków 2017


środa, 10 lutego 2016

Katarina Bivald, „Księgarnia spełnionych marzeń”



„Księgarnia spełnionych marzeń” Katariny Bivald to powieść z gatunku „książka o książkach”. 

Młoda Szwedka Sara pracuje całe życie w księgarni, sprzedaje i czyta książki. Nic poza tym nie potrafi robić. Przez pewien czas koresponduje z 65-letnią  Amy z Ameryki, którą poznała przy okazji zakupu książek w sieciowym antykwariacie. Amy opisuje jej małe miasteczko w stanie Iowa położone wśród rozległych pól kukurydzy. Kiedy Sara traci pracę z powodu zamknięcia księgarni, wybiera się na parę miesięcy do Iowa na zaproszenie Amy. Tyle tylko, że nikt tam już na nią nie czeka, bo Amy w międzyczasie umiera. Sara zdąża jeszcze na pogrzeb. I co dalej? Ano, dalej jest już bajkowo: całe miasteczko uważa za swój obowiązek zatrzymać Szwedkę jako swojego gościa. Sara mieszka za darmo w domu Amy, jada posiłki na koszt miejscowych restauratorów, a kiedy odkryje w domu Amy cały pokój wypełniony po brzegi książkami, miasteczko pomaga jej urządzić księgarnię, choć nikt w tej miejscowości nie czyta książek. 

Opis owego miasteczka przypomina podobne opisy znane z horrorów Stevena Kinga i kryminałów Lee Childa (z Jackiem Reacher’em). Przez pierwszą połowę tej powieści czekałam, aż z mroku wylezie jakiś demon lub seryjny morderca i będzie nastawał na życie Sary. A tu nic, żadnych takich. Widać, Zło nie istnieje w Iowa! W połowie akcji „Księgarnia spełnionych marzeń” zbliża się raczej do „Czekolady” Joanne Harris, z tym że w Iowa rolę czekolady spełniają książki. Zawarte w nich opowieści mają być lekiem na całe zło świata i życiowe problemy mieszkańców miasteczka. 

Autorka świadomie nawiązuje do całego szeregu powieści, z naciskiem na współczesne.  Przypomina powieści Jane Austen, kobiece serie o Bridget Jones i zakupoholiczce, „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg, „Zabić drozda” Harper Lee, powieści Steinbecka i serię „Millenium” Stiega Larssona. Pisze o różnych aspektach czytania książek, czyli o takich sprawach, z którymi każdy człowiek czytający nałogowo spotkał się przynajmniej raz w życiu. Mnie zaskoczyła myśl, którą wypowiada Sara, że jakoby „każda kobieta przeczytała w życiu przynajmniej jednego harlequina”. Dlaczego? Podobno w Szwecji wydaje się rocznie 6 milionów nakładu harlequinów, a mieszka tam 9 milionów ludzi. No, to  w tej sytuacji - ktoś te harlequiny musi czytać. 

Ogólnie – jest to taka powieść „na jeden raz”. Na chłodne, deszczowe popołudnie spędzane pod kocykiem na kanapie, albo na słoneczny dzień na plaży. Mamy tu do czynienia z ciepłą, optymistyczną historią o tym, że żyją jeszcze ludzie dobrzy i życzliwi,  mimo, że są dość biedni i niewykształceni, nie czytają książek i wegetują w wymierających miasteczkach na środku pola kukurydzy w ogarniętej kryzysem Ameryce. Aspekt społeczny w tej książce został podkreślony, jak na Szwedkę przystało. Czytamy nawet o Amerykanach stojących w kolejkach po  bony obiadowe w ośrodku pomocy społecznej. Ale w sumie powieść ta to książkowy odpowiednik komedii romantycznych z Meg Ryan w roli głównej (tę myśl ukradłam autorce). 

Katarina Bivald jest młodą pisarką, sama zaczęła pracę w księgarni w wieku kilkunastu lat, więc zna ją z autopsji. Ta powieść to jej debiut, który podobno wszędzie dobrze się sprzedaje.

Szwedzki film reklamujący "Księgarnię spełnionych marzeń":

 

Bivald Katarina, „Księgarnia spełnionych marzeń”, tłum. Ewa Chmielewska-Tomczak, wyd. Amber, Warszawa 2014

niedziela, 12 kwietnia 2015

Jennie Dielemans, „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym”




Szwedzka dziennikarka opowiada o tym, jak przemysł turystyczny niszczy kolejne kraje będące wakacyjnym celem bogatej klasy próżniaczej z zachodniej Europy. 

Skąd się wzięli turyści? I czym się różni turysta od podróżnika? 

Naturalną jest rzeczą, że człowiek mieszka w jednym miejscu, a przemieszcza się wtedy, kiedy naprawdę musi. Tak było od początku historii świata. Ludzie wędrowali wtedy, kiedy ich stada koni i bydła wyjadły już trawę w jednym miejscu i musieli w ślad za nimi przenieść się na inne pastwisko. Poza tym, podróżowali głównie w celach kupieckich, aby coś kupić gdzieś taniej, potem sprzedać drożej gdzie indziej. Podróżowali, by wytyczać nowe szlaki kupieckie i handlowe. To byli podróżnicy. Ale nie wydawali pieniędzy po to, by bez potrzeby wyjechać z domu. 

O turystach nikt nie słyszał, bo turysta to produkt stosunkowo niedawnych czasów. Turystyka, czyli podróżowanie bez powodu, pojawiła się dopiero w wieku XVIII, kiedy to zaczęło być modne wysyłanie synów za granicę, by „zobaczyli trochę świata”. Turystyka była przywilejem klas wyższych także w XIX wieku, choć już wtedy niejaki Thomas Cook, angielski nauczyciel w szkółce niedzielnej, wpadł na pomysł, aby – w ramach walki z alkoholizmem – wysłać swoich ubogich podopiecznych w podróż pociągiem. Pierwsza masowa wycieczka turystyczna odbyła się w 1841 r. na trasie Leicester – Loughborough. Wzięło w niej udział przeszło 700 absytynentów, który na ten czas zerwali z piciem. Cook wychodził z założenia, że lepiej jak wydadzą trochę kasy na bilet kolejowy niż na wódę. I potem już poszło. Przedsięwzięcie Cooka rozrosło się do gigantycznych rozmiarów, a jego firma stała się legendą. Nawet dzisiaj możesz wybrać się w podróż z biurem turystycznym Cooka. 

W XIX wieku bogaci Anglicy jeździli do pewnych miejsc na wybrzeżach brytyjskich, a potem francuskich. Bardzo ich martwiło, że w ślad za nimi ciągną ich ubożsi rodacy, którzy wraz z biurem Cooka chcieli oglądać to samo. I w ten sposób „lepsze” miejscowości turystyczne przechodziły proces dewaluacji, ergo – stawały się niemodne dla bogatych. 

Wielka eksplozja turystyki nastąpiła w okresie międzywojennym, kiedy to zabrały się za nią światowe reżimy. W niemieckiej III Rzeszy postawiono na turystykę, aby lud niemiecki był zdrowy, wypoczęty i lepiej się rozmnażał w pięknych okolicznościach przyrody. Wykorzystywano przy tym sztandarowe hasło „Kraft durch Freude”, czyli „siła przez radość”, które było zarazem nazwą nazistowskiej organizacji zajmującej się organizowaniem masowych wycieczek turystycznych. To samo było w Związku Radzieckim, gdzie zasłużonych przodowników pracy oraz partii wysyłano do  ośrodków wypoczynkowych i sanatoriów ulokowanych w dawnych rezydencjach rosyjskiej arystokracji, np. na Krymie albo na wybrzeżu Gruzji.

Obecnie w krajach bogatego Zachodu turystyka stała się masowa, a prawo do wypoczynku uchodzi za podstawowe prawo człowieka. Bogaci Europejczycy wygrzewają swoje blade ciała na Wyspach Kanaryjskich, w Hiszpanii, Grecji,  Tajlandii, a także jeżdżą do Wietnamu i Kambodży przyglądać się biednym tubylcom. Na potrzeby przemysłu turystycznego zniszczono olbrzymie obszary dziewiczych plaż na całym świecie, zmuszono rodowitych mieszkańców tropikalnych krajów do bycia służącymi, a nawet prostytutkami dla obcych we własnym kraju (casus Tajlandii), wybudowano im sztuczne pseudoludowe wioski w pobliżu turystycznych centrów, gdzie jedynym obowiązkiem mieszkańców jest żyć, wyglądać kolorowo ale biednie i służyć jako rozrywka dla przybyszów z bogatych państwa Europy. 

Reportaże Jennie Dielemans przypominają historię turystyki, a także przedstawiają ciemną stronę słonecznych pobytów „All inclusive”, pokazując to, czego na ogół wiecznie zalany darmowymi drinkami turysta nawet sobie nie uświadamia. Okazuje się, że stale na nowo powtarza się schemat znany z XIX-wiecznej Anglii. Najpierw jakieś miejsce jest elitarne i dla bogatych, potem zaczynają tam ściągać mniej zamożni, w końcu opanowuje je szukający taniochy plebs turystyczny (backpackersi) i miejsce traci swoje znaczenie. Robi się niemodne. Turyści znikają, a rodowici mieszkańcy zostają  na lodzie, ze zdewastowaną przyrodą i zawyżonymi cenami (autorka o tym nie pisze, ale ceny „pod turystów” znamy także z Polski, gdzie kawałek smażonej ryby nad polskim morzem osiąga w sezonie cenę niedostępną dla zwykłej polskiej rodziny z dziećmi, nie mówiąc już o wyśrubowanych do granic niemożliwości cenach bursztynów w sklepikach przy ulicy Mariackiej w Gdańsku).

Polacy i wyjazdy All inclusive to – w moim mniemaniu - temat na kolejną książkę. Szwedka pisze o kontraście między bogatym Zachodem, a biednymi mieszkańcami krajów tropikalnych. Ciekawe, co by napisała o popularnym ostatnio zjawisku w naszym kraju, gdzie ludzie zapożyczają się w bankach po to tylko, by wyjechać na wycieczkę z pobytem w zagranicznym hotelu, a potem cały rok, albo i dłużej spłacają te kredyty. Znam przypadek rodziny, która wzięła kredyt HIPOTECZNY na wakacje! Zastawili swoje mieszkanie, by wyjechać na dwa tygodnie.  To jest dopiero temat dla reportera! Albo dla psychiatry…

My nie jesteśmy tak zamożnym społeczeństwem jak te zachodnie, ale za wszelką cenę chcemy je dogonić, a nawet przegonić. W wydawaniu pieniędzy? W zapożyczaniu się? Po co, na Boga? Jeśli nie stać cię na wakacje w Grecji, pojedź sobie do szwagra na działkę i też będzie fajnie!  W PRL-u też się jeździło za granicę, ale na handel, a nie po to, by leżeć nad basenem. Nas, Polaków, na to jeszcze nie stać. My wciąż jesteśmy podróżnikami, a nie turystami. A jak próbujemy udawać turystów, to nas potem kieszeń boli ;)))

Jeśli chodzi o ciemną stronę masowej turystyki, to warto przypomnieć sobie film „Niebiańska plaża” (The Beach) nakręcony według książki Alexa Garlanda pod tym samym tytułem, który autorka tej książki przytacza jako przestrogę dla tych, którzy poszukują egzotycznych rajów. 


Dielemans Jennie, „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym”, tłum. Dominika Górecka, wyd. Czarne, Wołowiec 2011