No i wróciłam! Zimna była
ciężka, wiosną takoż! Długo chorowałam ja, chorowała moja mama, miesiącami nie
mogłyśmy dojść do siebie. A jak wydobrzałam, to miałam takie urwanie głowy z
załatwianiem różnych zaległych spraw, które nagromadziły się przez zimę, że w
maju to nie wiedziałam, gdzie ręce włożyć. Jeszcze mnie czeka parę spraw do załatwienia.
Ostatnio to u mnie tak: sprawy
zdrowotne, rehabilitacja (uczę się chodzić BEZ KULI!!! SUKCES! po 17 latach
zaczęłam chodzić normalnie, a teraz tylko kręgosłup doprowadzić do porządku, bo
jest w strasznym stanie, stąd moje wizyty w gabinecie medycyny manualnej),
spacery w celu wzmocnienia mięśni nóg, sprawy urzędowe moje i mamy (bo z domu nie wychodzi na razie), no i KSIĄŻKA!
Moja trzecia książka właśnie się pisze! Dlatego odbywam sobie krótkie wycieczki taksówką
po Żuławach, rozmawiam z ludźmi, kręcę się tu i tam! Wypytuję, robię zdjęcia,
spisuję wspomnienia. To będzie reportaż historyczny o osadnikach na Żuławach po
1945 roku, takie różne rodzinne historie i opowieści, na podbudowie moich badań
archiwalnych.
Do tego od początku
plandemii (to nie błąd, celowo piszę PLANDEMIA, bo to akcja zaplanowana jest)
udzielam się mocno na FB w antykowidowym ruchu oporu, czytam w kilku obcych
językach, tłumaczę i przekazuję tę wiedzę ludziom, którym telewizja wyprała
mózgi. Uważam, że aby przeżyć w tych czasach, trzeba po pierwsze dużo wiedzieć,
po drugie NIE IŚĆ Z PRĄDEM, stosując się do zaleceń władz, tylko POD PRĄD! Mam
sporo czasu na studiowanie różnych aspektów tej plandemii i uważam za swój
obowiązek dzielenie się swoją wiedzą z innymi osobami. Niestety, zapłaciłam za
to już pewną cenę. Redaktor naczelny Kwartalnika „Prowincja”, z którym
współpracowałam od 2017 roku (najpierw drukowali moje teksty, a potem, w 2019
roku, wydali w postaci książkowej wspomnienia mojej mamy Haliny, które razem
napisałyśmy) napisał niedawno do mnie, że zawiesza współpracę ze mną z powodu
mojej działalności na FB. Zdaje się, że uważa ją za szkodliwą społecznie. Bo on
jest kowidowiec, a ja nie, w związku z tym ja nie pasuję mu do całokształtu
„Prowincji”. Taka cenzura to nawet w PRL-u mnie nie spotkała, a żyję już na
tyle długo, że miałam w młodości do czynienia z prawdziwymi cenzorami za komuny.
Ale co tam, widać czas się rozstać. Jak mnie nie chcą, to ja nie będę prosić,
ani też przepraszać za to, co robię prywatnie na FB. To moja i tylko moja
sprawa. Nikomu nic do tego!
A poza tym…
Generalnie jestem teraz w
dobrej fazie twórczej i mam wiele pomysłów. Pisze mi się dobrze i lekko. Byle
tylko zdrowie mi dopisało, nogi nosiły, a ludzie chcieli się ze mną spotykać w
dobie tego ogólnego zidiocenia, kiedy niektórzy boją się cudzego oddechu. A ja
rękę podaję na przywitanie, a jak kogoś lubię, to ściskam na miśka i całuję w policzki. Chcę w ten
sposób pokazać, że nie jest tak, jak mówią w telewizornii. Zresztą, ja nawet
nie mam telewizora.
A lektury?
Do lektur to ja za bardzo
nie miałam głowy przez ostatnie miesiące. Coś tam czytałam (głównie kryminały i
jakieś lekkie obyczajówki), ale nie miałam już chęci ani czasu, by o tym pisać.
Ale!
Odkryłam Barbarę Wood!
„Ulica Rajskich Dziewic” (wiem, że tytuł
idiotyczny, ale to jest nazwa ulicy w Kairze) to wspaniała saga rodzinna,
której akcja dzieje się w Egipcie. Historia wielkiej rodziny z wyższych sfer
egipskich rozgrywa się w przeciągu kilkudziesięciu lat. Melodramatyczne losy
tej rodziny autorka pokazała na tle skomplikowanych dziejów Egiptu w XX wieku.
To się czyta, proszę państwa, to się czyta!
Wcześniej przeczytałam
„Zielone miasto w słońcu” tej samej autorki (saga o losach dwóch rodzin: białej
i murzyńskiej w Afryce) i też mi się bardzo podobało. Muszę rozejrzeć się za
innymi książkami Barbary Wood. Na stare lata, kiedy już raczej sama nie pojadę
do egzotycznych krajów (za gorąco i niebezpiecznie dla mnie) to mi zostały
tylko lektury. Szukam więc ciekawych powieści, których akcja rozgrywa się w
Azji i Afryce. Poczytać sobie mogę, to mi niczym nie grozi 😉)))
Wood Barbara, „Ulica
Rajskich Dziewic”, tłum. Andrzej Milcarz, Katowice 2011