Translate

piątek, 21 lipca 2017

Lucie di Angeli-Ilovan, „Zapisane w gwiazdach ” (prequel powieści „Żniwo gniewu”)


„Zapisane w gwiazdach” Lucie di Angeli-Ilovan to prequel „Żniwa gniewu” tej samej autorki. Jest to fabularyzowana opowieść Autorki o jej ciotce i matce, które naprawdę nazywały się Kazimiera i Maria Ganeckie. Ich nazwisko zostało w powieści zmienione na Góreckie. 

Pierwsza powieść Lucie di Angeli-Ilovan opowiadała o tragicznych wojennych losach Kaszmiry i Maruszki (tak zdrobniale nazywano Kazimierę i Marię). Tamta powieść była wydana w 2011 roku, ja ją kupiłam jesienią 2014 roku przypadkiem z jakimś babskim pismem. Pamiętam, że jak zaczęłam czytać, to wpadłam po uszy, tak była wciągająca. Czytałam i płakałam, płakałam i czytałam dalej. Jest to niezwykle chwytliwa i trzymająca w napięciu historia. Czytałam tę książkę aż dwa razy, raz za razem, by lepiej wszystko zrozumieć i zapamiętać. 

Lucie di Angeli-Ilovan, mimo egzotycznie brzmiącego imienia i nazwiska, jest Polką, urodziła się w Zielonej Górze, a potem wyemigrowała z Polski, najpierw do Francji, a potem do USA.  „Żniwo gniewu” to jej debiut literacki.

W 2014 roku pisałam o tej powieści na blogu. Przytoczę tutaj fragment tamtej recenzji:

„Dwie kobiety, dwoje dzieci i dwa totalitaryzmy XX wieku... Przejmująca opowieść o trudnej, wojennej wędrówce dwóch sióstr z Mołodeczna (dzisiaj to Białoruś) na Ziemie Odzyskane pod zachodnią granicą Polski. Czytałam i płakałam, płakałam i czytałam… „Żniwo gniewu” Lucie di Angeli-Ilovan to świetnie napisana i trzymająca w napięciu książka, czyta się ją jednym tchem! 

Latem 1939 r. Kaszmira i Maruszka miały po dwadzieścia parę lat i były świeżo poślubionymi żonami. Tuż przed wojną Kaszmira wyszła za żydowskiego komunistę Szuryka i zamieszkała w Nowojelni  koło Grodna, gdzie oddziedziczyła dom po ciotce. Pracowała tam jako kucharka w sanatorium. Maruszka (krawcowa) wyszła za przystojnego ułana z pułku w Mołodecznie, właściciela majątku ziemskiego koło Tarnowa. We wrześniu 1939 r. zaczęła się wojna. Najpierw na Kresy zaczęli przyjeżdżać uchodźcy z bombardowanej przez Niemców centralnej Polski, a 17 września weszli Sowieci. Mąż Kaszmiry powiesił w kuchni portret Stalina i zaczął pracować dla bolszewików. Mąż Maruszki ukrywał się w Puszczy Nalibockiej wraz z innymi partyzantami i odwiedzał żonę po kryjomu. 

Maruszka urodziła najpierw jedno, potem drugie dziecko. W 1941 r. weszli Niemcy. W czasie bombardowania szpitala przez niemieckie lotnictwo zginęła matka sióstr, która leżała tam po operacji biodra. Potem Niemcy złapali i wywieźli Żyda Szuryka. Niemiecki patrol zastrzelił w lesie męża Maruszki. Siostry postanowiły wyjechać z Kresów w bezpieczniejsze miejsce. I tak zaczęła się ich kilkuletnia wojenna wędrówka, w trakcie której pechowym zbiegiem okoliczności  trafiły wraz z dziećmi na roboty przymusowe w niemieckich majątkach w Prusach Wschodnich. Potem było „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną, obóz przejściowy NKWD w Działdowie, krótki pobyt w Nasielsku i Krakowie, a także krótkie odwiedziny w znacjonalizowanym już przez władzę ludową i zrujnowanym dworze męża Maruszki pod Tarnowem. Włosy stają dęba na głowie, jak się czyta, co te kobiety przeszły! Została im wprawdzie oszczędzona wywózka na Sybir czy do Kazachstanu, jaka była udziałem wielu Polaków z Kresów, ale za to spotkał je szereg innych nieszczęść, jakie mogą spotkać kobietę w czasie wojny.”

To jest okładka „Żniwa gniewu”:



„Zapisane w gwiazdach” to opowieść o wcześniejszych losach sióstr Ganeckich. O ich babce pochodzącej z bogatego ziemiańskiego rodu, która zakochała się w stajennym i uciekła z domu, a rodzina ją wyklęła. O ich matce, która wyszła za stolarza-alkoholika, który popijał z Żydem Mośkiem i robił z nim interesy, o braciach, starszym Aleksandrze i młodszym Józiu, o koleżankach i znajomych z Mołodeczna i Nowojelni, o I wojnie światowej, wojnie z bolszewikami w 1920 roku, o ciężkim bytowaniu Polaków w okresie międzywojennym, o ówczesnym kryzysie gospodarczym i wszechobecnej biedzie. No i kresach wschodnich, oczywiście, bo to wszystko dzieje się na Kresach, za wyjątkiem krótkich epizodów fabularnych (pobyt brata Józia w wojsku w Twierdzy Modlin i w niemieckiej niewoli, pobyt Szuryka, męża Kaszmiry, w więzieniu w Białymstoku). 

To się czyta, proszę państwa, to się czyta! Autorka ma ogromny dar snucia ciekawych opowieści o szarym dniu codziennym ówczesnej Polski. Z detalami opisuje różne zwyczajne sytuacje, a przede wszystkim ciężką walkę rodziny Ganeckich o byt, o przeżycie w czasach, kiedy stale brakuje na wszystko pieniędzy. Przyznam, że w pewnym momencie byłam już tym trochę znużona tą codziennością, jednak akcja wyraźnie przyspieszyła, gdy doszło do wybuchu II wojny światowej. Wtedy zrobiło się naprawdę dramatycznie! W pewnym sensie Autorka powtórzyła tu niektóre informacje zawarte w pierwszej książce, z tym że rozszerzyła je i opisała dokładniej. Czytamy więc o napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, o kampanii wrześniowej, o tym jak Józio Ganecki dostał się do niemieckich niewoli, a Niemcy w ramach przyjaźni ze Związkiem Radzieckim przekazali polskich jeńców wojennych Sowietom, o rządach Sowietów na kresach, o napadach UPA na Polaków na Wołyniu, o partyzance polskiej w lasach pod Mołodecznem, do której należał mąż Maruszki i o partyzance żydowskiej w lasach pod Nowojelnią, do których należał mąż Kaszmiry. Autorka wprowadziła do swej powieści nawet kontrowersyjne postaci braci Bielskich, komunistów i partyzantów żydowskich, którzy przez jednym uważani są za bohaterów ratujących Żydów, a przez innych za rzeźników polskiej ludności, bo napadali na polskie miejscowości na Kresach, zamordowali np. przeszło stu mieszkańców polskiej wioski Naliboki, a potem całą ją spalili. 

Cała powieść jest zgodna z przekazami historycznymi i bardzo realistyczna. Ale, niestety, mimo wielkiej sympatii do tego tekstu i podziwu dla literackiego talentu Autorki muszę powiedzieć tutaj o pewnych rażących błędach, jakie zauważyłam. 

Po pierwsze – Mińsk. 

W powieści jest wątek wyjazdów bohaterek do Mińska na zakupy, bo tam są większe, lepiej zaopatrzone sklepy. Jadą sobie do tego Mińska, obkupują się tam i wracają. Podkreślam, że rzecz dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. A ja się pytam, jak, na Boga, siostry Ganeckie mogły sobie tam pojechać, skoro w tamtym okresie Mińsk już był za kordonem? W tym czasie Mińsk nie należał do Polski, ale do Związku Radzieckiego. Maruszka i Kaszmira w żadnym wypadku nie mogły pojechać tam, ot, tak sobie, na zakupy, bo musiałyby przekraczać granicę ze Związkiem Radzieckim. Wątpię także, by w Sowietach mogły kupić lepsze ciuchy i buty, niż w Polsce. Nie wiem, być może w rodzinnej tradycji ustnej zachowało się wspomnienie takiej wyprawy i Autorka ją opisała. Ale to na pewno było jeszcze w czasach carskich, a nie po 1920 roku! 

Zdziwił mnie ten błąd, ponieważ, jak wcześniej pisałam, w sensie faktograficznym powieść jest zgodna z tym, co można przeczytać w różnych dokumentalnych tekstach z epoki, różnych wspomnieniach i pamiętnikach. A ja przecież czytam tego na kopy!

Druga sprawa, niemniej szokująca. Autorka pisze, że po napaści Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki niektórzy Polacy, wcześniej wywiezieni przez Sowietów, zaczęli wracać do domu, to jest na kresy wschodnie. Według niej tak miało być jeszcze w czasie działań wojennych. I tu powstaje pytanie, jak to było możliwe? Wędrowali przez fronty, czy jak? Jak sobie Autorka wyobraża powrót do Mołodeczna jednej bohaterek z Kazachstanu w 1941 roku? Przepuścili ją przez front radziecki, a potem przez front niemiecki? Przeszła sobie tamtędy piechotą czy przejechała czołgiem? To samo dotyczy innego bohatera, który rzekomo w tym samym czasie miał wrócić z wywózki na Syberię. To nie było możliwe, droga pani! W żadnym wypadku! Dziwię się, że Autorka zrobiła takie pomyłki. Dziwię się, że nie wyłapał ich nikt w wydawnictwie, bo przecież ta książka miała chyba jakiegoś redaktora. Chyba, że się mylę?

A jeśli się mylę, to chętnie wysłuchałabym wyjaśnień Autorki w sprawie tego Mińska i tych niezwykłych powrotów Polaków z wywózek.  

A poza tym, książka jest świetna i warta czytania. A ja czepiam się, bo jestem dociekliwa! 

Więcej o siostrach Góreckich/Ganeckich znajdziecie tutaj:

Dwie siostry z Wilna i ich mężowie | - Kresy24.pl kresy24.pl/33450/dwie-siostry-z-wilna-i-ich-mezowie/

Angeli-Ilovan Lucie di, „Zapisane w gwiazdach”, Wyd. Zysk i Ska, Poznań 2017





sobota, 15 lipca 2017

Eugeniusz Werstin, „Szklana góra” (piękne kresowe czytadło)



„Szklana góra” Eugeniusza Werstina to moja ulubiona współczesna powieść kresowa. Była pisana w okresie stanu wojennego, odleżała sobie w szufladzie autora dwadzieścia lat i w końcu została wydana w 2005 roku. Czytałam ją już raz parę lat temu, później szukałam jej w księgarniach, by ją kupić i mieć na własność. W końcu udało mi się ją dopaść za niską cenę w taniej księgarni internetowej „Dedalus”.  Teraz czytałam ją ponownie, rozkoszując się i smakując tę ciekawą sagę rodzinną napisaną pięknym, barwnym i gawędziarskim językiem. 

„Szklana góra” to obszerna, rozpisana na kilkaset stron, historia dwóch kresowych rodów: Samsonowiczów i Mosiewiczów, a także warszawskiej rodziny Papajów. Akcja tej powieści zaczyna się pod koniec XIX w., dalej obejmuje ważne wydarzenia historyczne, takie jak rewolucja 1905 roku, wybuch I wojny światowej, ewakuacja Polaków z Kresów w głąb Rosji, ich powrót na początku lat 20., a potem wybuch II wojny światowej. „Mapa” powieści obejmuje m .in. miasto Poniewież i leżące w pobliżu wioski Wańkuny i Sarguny, Wilno, Murom w Rosji, Tomsk na Syberii, Warszawa. Możemy też tu podejrzeć spory kawał litewskiej i rosyjskiej wsi.

Autentyczne  wydarzenia historyczne stanowią tło dla losów ludzkich, czasem bolesnych, czasem radosnych, jak to w życiu. Mamy tu kilka ognistych romansów oraz niezwykłą, namiętną miłość „aż po grób”, jak również trochę wojny, bolesne zatargi o majątek i ziemię, opis nauki szkolnej, służby w wojsku, pracy na roli, pracy w szkole, no i przede wszystkim codziennego bytowania mieszkańców Kresów, których świat się już pomału kończył, choć oni, biedny, jeszcze wtedy o tym nie wiedzieli.  

Bohaterowie są rysowani mocną kreską, zamaszyście. To ludzie pełnokrwiści, jakich kiedyś nie brakowało na polskich Kresach; ludzie dobrzy i źli, często ekscentryczni, ale zawsze „Polacy i katolicy”, co właściwie najbardziej ich odróżniało od zamieszkujących Wileńszczyznę Litwinów, Białorusinów i Żydów. Jak już jesteśmy przy tych ostatnich, to warto wspomnieć o ich przedwojennych lewicowych sympatiach. Oto zawarta w powieści scenka z międzywojennego Wilna. Są późne lata 30., dzień 1 maja, kiedy to jeden z młodych bohaterów zostaje niechcący świadkiem komunistycznego pochodu niosącego hasła będące dowodem infiltracji polskich komunistów przez Związek Radziecki:

(Wiktor) „idąc w dół Bouffałową Górą ze szkoły, zamiast na skróty zapleczem żeńskiego gimnazjum imienia Elizy Orzeszkowej (…) ruszył spacerowym krokiem ulicą Trzeciego Maja do Mickiewicza, by tam skręcić w lewo, w kierunku mostu Zwierzynieckiego. Był to mały, może stumetrowy odcinek, a jednak Wiktor nie doszedł do skrętu. Z zadumy wyrwało go niecodzienne widowisko: główną arterią sunął pochód, jakiego jeszcze nie widział, ale o którym słyszał jako o czymś okropnym. Był to pochód pierwszomajowy. Tłum robił wrażenie trochę przerażające. Wszyscy byli bardzo nędznie poubierani. Ponad połowę tłumu stanowili Żydzi, nie tylko młodzi, ale i starsi, jeszcze nędzniej odziani niż polscy robociarze. Nieśli transparenty – czerwone płachty na dwóch patykach, na których szpilkami poprzypinano wycięte z papieru litery:
PRECZ Z RZĄDEM FASZYSTOWSKIM PROWOKATORÓW WOJNY!
NIECH ŻYJE SOJUSZ KLASY ROBOTNICZEJ Z ZSRR!
CZEŚĆ MĘŻNEJ REPUBLICE HISZPANII!
CZEŚĆ ODWAŻNEMU NARODOWI CHIŃSKIEMU!
NIECH ŻYJE GENIALNY NAUCZYCIEL LUDÓW W ICH WALCE O POKÓJ, TOWARZYSZ STALIN!
Wiktor stanął jak wryty. Czuł w łydkach paraliżujący strach.”  

Prócz opisu rodzącego się wówczas komunizmu znajdziemy również w „Szklanej górze” relację z międzywojennych sporów między sanacją i endecją w które uwikłani są bohaterowie, a także inne smaczki, zakazane w PRL-owskiej szkole, a i dziś niemile mile widziane przez niektóre środowiska, jak na przykład opis działalności przedwojennych narodowców walczących z nadreprezentacją Żydów w wielu zawodach, m. in. w handlu.

Powieść ma mocne akcenty autobiograficzne, być może w ogóle jest beletryzowanym wspomnieniem autora o swojej rodzinie. Jest to naprawdę piękny tekst, niezwykle wciągający i przykuwający uwagę. Jak się wejdzie w przedstawiony tam świat, to po prostu nie można się oderwać. Płaczesz i śmiejesz się wraz z bohaterami. Wzruszasz się ich tragicznymi losami. „Szklaną górę” można polecić każdemu, kto lubi tradycyjną prozę w dziewiętnastowiecznym stylu, bujną, rozległą i wielowątkową, kto lubi tematykę kresową, a także obszerne sagi rodzinne.

Eugeniusz Werstin to pochodzący z Wilna mało znany polski pisarz, autor tekstów o tematyce kresowej, takich jak „Samotne kruki”, „Zmowa” i „Dzieci wdowy” wydanych pod pseudonimem Mateusz Jantar.  



Eugeniusz Werstin, „Szklana góra”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2005



poniedziałek, 10 lipca 2017

Theodor Kröger, „Stepy. Moja ojczyzna nad Donem“ (czyli niemieckie spojrzenie na rewolucję październikową i wojnę domową w Rosji)




„Stepy. Moja ojczyzna nad Donem“ Theodora Krögera to kolejny z wielu utworów na temat wojny domowej w Rosji. Od reszty tekstów o tej tematyce odróżnia ją to, że jej autorem jest Niemiec, którzy przedstawia te tragiczne wydarzenia z niemieckiego punktu widzenia. 

Nie należy sugerować się okładką tej książki, która przedstawia parę młodych ludzi wyglądających tak, jakby wyszli wprost z ekranu starego, niemego filmu o miłości. Nie jest to jednak typowy romans, choć niby mamy tu opowiedziane dzieje miłości pewnej pary kochanków. Tutaj na pierwszym planie jest tu wojna, wojna i jeszcze raz wojna. Z pewnością zawiodą się ci, którzy – patrząc na okładkę – liczą przede wszystkim na jakąś love story w stylu retro. A tu nic! Przez cały czas bohaterowie walczą, a poza tym zachowują się zgodnie z duchem epoki, niczym bezpłciowe anioły. Ani im w głowie seks czy jakieś tam pożądanie. Takie rzeczy dopiero po ślubie! 

Główny bohater tej powieści, młody baron Johann Rapp, jest dziedzicem ogromnej fortuny. Jego ojciec posiada wielki majątek ziemski oraz stary pałac w Rosji, na stepach w okolicy Rostowa nad Donem.  Johann z jednej strony uważa się za Niemca, ale z drugiej – także za Rosjanina. Wszyscy mówią na niego Wania. Służył w carskim wojsku, ma rosyjskich przyjaciół, zwłaszcza Kozaków. Często bywa w Sankt Petersburgu, gdzie załatwia różne rodzinne interesy. Jest tam także 28 czerwca 1914 roku, w dniu zamachu w Sarajewie, kiedy serbski zamachowiec zabił austriackiego następcę tronu Franciszka Ferdynanda Habsburga. 

Dokładnie w tym dniu, na przyjęciu w pałacu Wołkowów w Sankt Petersburgu Johann Rapp poznaję piękną Aleksę Habermann, córkę niemieckiego przemysłowca, i zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. I to z wzajemnością. Ojciec Aleksy chce robić jakieś interesy z ojcem Johanna, więc wszyscy spotykają się ponownie w posiadłości Rappów nad Donem. Baron oświadcza się Aleksie i żyliby zapewne długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że już 28 lipca 1914 roku wybucha I wojna światowa. Habermannowie pośpiesznie wyjeżdżają do Niemiec, zaś Johann Rapp zostaje zatrzymany przez władze rosyjskie jako obywatel obcego państwa i przymusowo zesłany na Syberię, gdzie przebywa 3 lata. Kiedy wybucha rewolucja październikowa i słabnie carska administracja baron Rapp wraca nad Don i wraz ze swymi rosyjskimi towarzyszami rozpoczyna długą i krwawą walkę z bolszewikami. W tym samym czasie Aleksa, która przed wojną studiowała medycynę, zaciąga się do armii niemieckiej jako siostra Czerwonego Krzyża i wkrótce wraz z wojskami niemieckimi także trafia do Rosji. 

I wtedy zdarza się cud! W wojennej zawierusze, dosłownie przypadkiem, Johann i Aleksa, którzy wciąż się kochają, mogą się znowu spotkać. I to jest właściwie dopiero zawiązanie całej opowieści. Potem w Niemczech wybucha rewolucja i Niemcy wycofują się z Rosji. Aleksa jednak zostaje jako siostra Czerwonego Krzyża, by u boku swego ukochanego walczyć dalej z postępującymi wojskami czerwonych. I dopiero opis tych walk to jest właściwa treść tego utworu. 

Dalej czytamy o walkach Białych Rosjan z Czerwonymi. O napaściach i ucieczkach, o pociągu pancernym, którym przemieszcza się Johann Rapp i jego towarzysze, o generale Denikinie i generale Wranglu, o walkach na Perekopie na Krymie i o wielkiej klęsce Białych Rosjan sromotnie pokonanych przez bolszewików. I o pospiesznej morskiej ewakuacji Białych, których wywiozły z Krymu alianckie okręty. I łza się w oku kręci, a żal serce ściska, kiedy czytamy o takim oto przejmującym obrazku z Sewastopola:  

„W naszym mieście do morza nie można było się wprost docisnąć (…) Wszystkie ulice, portowe mola, plaża, wszystko było zapchane końmi. Stały ciasno ściśnięte jeden obok drugiego; duże, zadbane rasowe konie, obok małych chłopskich z włochatą sierścią, które często miały niezagojone rany i wyszczerbione kopyta. Prawie wszystkie miały wystające żebra. W tym tłoku widać było także wiele klaczy ze źrebakami. (…) Niektórzy Kozacy wierzyli, że uda im się przynajmniej uratować konia… (…) Kilku prawdopodobnie hodowcy, szło między końmi. (…) a kiedy Kozacy odpływali na statkach, tysiące koni przeraźliwie rżało. Unosiły głowy i patrzyły w morze i rżały tak, że tym, którzy to widzieli, krajały się serca. Potem konie stały długo i czekały… Pewnie miały nadzieję… - „Izwiestia“, urzędowa gazeta czerwonych, napisała, że w tym porcie wyłapano sześćdziesiąt tysięcy koni.“ (s. 255-256)

Pisać nie mogę, bo nawet teraz, kiedy to przepisuję z książki, to łzy zalewają mi oczy. Sama kocham konie i nie mogę, nie mogę… Takiej tragedii koni chyba świat nie widział. Nie mówiąc już o tragedii ludzi… Dla Kozaków, którzy ewakuowali się z Sewastopola, te zostawione na brzegu konie były czymś więcej niż tylko wierzchowcami. Koń był przecież przyjacielem, o konia się dbało jak o siebie samego, a tu trzeba było go zostawić na pastwę losu. Trzeba było go zdradziecko porzucić, by ratować własną skórę. 

Przypomniał mi się taki stary film radziecki z Władymirem Wysockim („Dwaj towarzysze“? Nie jestem pewna.), w którym on gra takiego właśnie białego Rosjanina, który ucieka z Sewastopola. W tłumie przeciska się do portu, jedną ręką prowadząc świeżo poślubioną kobietę, a drugą prowadząc ukochanego konia. Kobieta i koń zostają na nabrzeżu, on siada na statek, który zaraz odpływa. Wysocki stoi przy burcie i widzi, że w pewnym momencie jego koń skacze do wody i płynie za nim. Potem rozlega się strzał z pistoletu. Pamiętam, że chyba gdzieś we wspomnieniach Rosjan spotkałam także wątek tych koni we Sewastopolu, i że zdarzało się podobno, że konie skakały do wody, by podążyć za swym panem. 

Ale wracając do Theodora Krögera i jego powieści. No więc, tak: jest to bardzo sprawnie napisane, czyta się to dobrze i lekko, w stylu przypomina ta ksiażka  popularne w okresie międzywojennym powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, zresztą pochodzi z podobnej epoki. Pierwsze wydanie „Stepów…“  było w Niemczech w 1937 roku.  

Teraz jeszcze o autorze…

Theodor  Kröger to pseudonim artystyczny niemieckiego pisarza, który naprawdę nazywał sie Bernhard Altschwager (1891 – 1958). Był rosyjskim Niemcem, jego rodzina pochodziła z Meklemburgii. Urodził się w Rosji, w Sankt Petersburgu, zmarł w Szwajacarii. Jego ojciec przed rewolucją październikową miał dobrze prosperujący sklep z zegarami w Sankt Petersburgu. Bernhard zaś po skończeniu gimnazjum w Rosji został wysłany do Szwajcarii na naukę zegarmistrzowskiego fachu. Kiedy wrócił do Rosji, akurat wybuchła I wojna światowa i został – tak jak bohaterowie jego książek – internowany przez władze rosyjskie jako obywatel wrogiego państwa. I zesłany na Syberię. 

Owocem jego pobytu na Syberii była jego pierwsza autobiograficzna powieść „Das vergessene Dorf. Vier Jahre Sibirien. Ein Buch der Kameradschaft”, wydana kilka lat temu w Polsce jako „Syberia. Moje miejsce na ziemi”. Książka ta ukazała się po niemiecku w Berlinie w roku 1934 i była jednym z największych bestsellerów czytelniczych III Rzeszy. Dalszy ciąg swoich losów opisał w powieści „Natasza”, której pierwsze wydanie było w 1963 roku. Również i ten tytuł jest już dostępny w polskim tłumaczeniu. Interesujący jest także tekst „Brest-Litowsk. Beginn und Folgen des bolschewistischen Weltbetrugs”, który porusza temat pokoju w Brześciu Litewskim podpisanego w 1918 roku pomiędzy Cesarstwem Niemieckim i Rosją radziecką. 

W swej twórczości Theodor  Kröger opisywał koniec carskiej Rosji i początki Związku Radzieckiego z konserwatywnego punktu widzenia. Znał bardzo dobrze język rosyjski i rosyjską kulturę, bo urodził się i wyrósł pomiędzy Rosjanami. Jednak opisując Rosję, nie mógł powstrzymać się od uwag świadczących o jego przekonaniu, iż Słowianie są niższą rasą niż Germanie. Dla niego Niemiec na wschodzie Europy to zawsze ktoś lepszy, to  kulturträger”, któremu się zdaje, że może narzucić swoje poglądy i styl życia innym, w jego mniemaniu gorszym narodom. Poza tym Kröger był monarchistą i antykomunistą. Mam wrażenie, że opisywał okrucieństwa radzieckiej rewolucji z nie mniejszą nienawiścią niż nasz Józef Mackiewicz. 

Z pewnością można postawić książki Theodora Krögera na jednej półce z innymi publikacjami na temat I wojny w Rosji i rewolucji październikowej.

Jest dobra okazja, by przypomnieć tu niektóre z nich:

1.      Bariakina Elwira, „Burzliwa epoka“, cz. 1 „Miłość w czasie rewolucji“
2.      Bujko Mirosław, „Złoty pociąg“
3.      Bułhakow Michaił, „Biała gwardia“
4.      Bunin Iwan, „Gorzkie dni“
5.      Dunin-Kozicka Maria, „Burza od wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny“
6.      Gołowkina Irina, „Pokonani“
7.      Kossak Zofia, „Pożoga“
8.      Pasternak Borys, „Doktor Żywago“
9.      Sayn-Wittgenstein Katarzyna, „Koniec mojej Rosji
10.  Szołochow Michaił, „Cichy Don“
11.  Tołstoj Aleksy, „Droga przez mękę“

Kröger Theodor, „Stepy. Moja ojczyzna nad Donem“, tłum. Bronisław Pionke, wyd. Replika, Zakrzewo 2015