Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo Wiktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo Wiktor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

Wiktor Hugo, „Nędznicy”, czyli przeżyjmy to jeszcze raz!




Po raz kolejny wróciłam do jednej z najpiękniejszych książek mojego dzieciństwa. Jeszcze raz przeczytałam „Nędzników” Wiktora Hugo, co zajęło mi przeszło dwa tygodnie czasu.

Bo powieść ta jest naprawdę ogromna! W wydaniu, które posiadam, to jest prawie dwa tysiące stron druku! Wcześniej czytałam wydanie czterotomowe wypuszczone przez PIW w latach 1950. lub 1960. zeszłego stulecia. A po raz pierwszy zapoznałam się z dziełem Wiktora Hugo w postaci skróconej. W drugiej, a może trzeciej klasie podstawówki, wypożyczyłam z biblioteki szkolnej cienką książeczkę pod tytułem „Kozeta”. To był skrót dziejów Kozety z okresu pobytu u strasznych karczmarzy Thenardierów pod Paryżem. Biedna dziewczynka musiała wstwać o świcie i pracować ponad siły. Do końca życia chyba zapamiętam opis, jak Kozeta została wysłana po wodę do lasu ciemną nocą (a była to noc wigilijna!) i jak nieoczekiwanie zjawił się jej wybawca w postaci tajemniczego mężczyzny, który wykupił ją z niewoli Thenerdierów. To była piękna i straszna baśń ze szczęśliwym zakończeniem. 

Po raz drugi zetknęłam się z tą powieścią, kiedy czytali ją moi rodzice. Była wypożyczona z biblioteki, trochę się już rozsypywała, znak, że dobre czytadło. Akurat leżałam chora w łóżku z jakimś przeziębieniem. I to była naprawdę cudowna lektura na zimową chorobę. Zagłębiłam się w opowieść o losach bohaterów i całkowicie odleciałam. Dzisiaj nie mam pojęcia, jak udało mi się przebrnąć przez te opasłe tomy w wieku dwunastu czy trzynastu lat. I przeczytałam całość! Nawet te nudne rozważania autora na temat budowy społeczeństwa i rewolucji. 

Jeśli ktoś nie pamięta – „Nędznicy” składają się właściwie z dwóch części, które wzajemnie się przeplatają i nakładają na siebie. Jedna to przygodowa opowieść o losach byłego galernika Jana Valjeana i jego przybranej córki Kozety, a druga to eseistyczna wypowiedź Wiktora Hugo w sprawach społecznych. Ta pierwsza jest rodem z XIX-wiecznej powieści tajemnicy, pełna przygód i niezwykłych zakrętów akcji, niesłychanie cudowna i wciągająca, prawie baśniowa. Ta druga zaś – cóż, tą drugą można sobie spokojnie odpuścić bez żadnej straty. Dlatego też w PRL-u wydawano skróty tej powieści, w dwóch, a nawet w jednym tomie. To samo dotyczy adaptacji filmowych, zwykle są one bardzo skrótowe, no i oczywiście całkowicie pomijają wykład politycznych poglądów autora. 

Jakie były te poglądy? W skrócie: Bóg – nie, sądownictwo – nie, policja – nie, bogacenie się – nie i tak dalej. Hugo zaprezentował w „Nędznikach” program anarchistycznej rewolucji, która – jego zdaniem – ma polegać na zniszczeniu istniejącego porządku społecznego. Co ma być potem? Co ma być w zamian? Aaaa, tego to już nie napisał. Do tego by musiał nazywać się Karol Marks, a nie Wiktor Hugo! Jednak podobnie jak Marks, Hugo był antyklerykałem i ateistą, więc zawarł w swej powieści potworne wręcz ataki na Kościół katolicki jako instytucję w ogólności, a na klasztory żeńskie w szczególności. Te ataki są tak niezwykle silne, że zastanawiałam się, czy ta książka nie znalazła się kiedyś tam na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych. Trzeba by sprawdzić! Że też ja tego nie zauważyłam podczas dziecięcej lektury! Ale cóż, wtedy śledziłam tylko zwroty akcji i nic innego mnie nie interesowało. Choć przecież, pamiętam, że te brzydkie słowa o klasztorach na pewno wtedy czytałam. Ale mnie to jakoś nie obeszło, choć byłam przecież do bólu pobożną panienką i stale latałam do kościoła na różne tam roraty, drogi krzyżowe, Gorzkie Żale, w maju - na nabożeństwa majowe, w październiku - na różaniec, zwykłych mszy niedzielnych już nie licząc! A moim marzeniem było zostać zakonnicą :)))

Teraz czytałam to z innym uczuciem. Znając już biografię autora, jego niechęć do religii katolickiej (Andre Maurois, autor jego biografii „Olimpio, czyli życie Wiktora Hugo”, pisze, że prawdopodobnie w ogóle nie był ochrzczony, tacy to byli ci Francuzi w okresie napoleońskim), jego rozbuchane życie erotyczne (tu żona, tu kochanka-aktoreczka, a przez jakiś czas obie naraz w jednym domu) i skłonności do spirytyzmu (w swoim domu na wyspie Guernsey Hugo urządzał seanse spirytystyczne, podczas których rozmawiał z duchami nieżyjących artystów i filozofów, to było właśnie w trakcie pisania „Nędzników”) nabrałam dystansu do jego propozycji zburzenia istniejącego porządku społecznego. Może coś w tym jest, że na stare lata człowiek staje się legalistą, obrońcą istniejącego porządku społecznego i nie chce już niczego burzyć? Anarchia to już chyba nie dla mnie!   

Hugo Wiktor, „Nędznicy”, tłum. Wincenta Limanowska, wyd. Bellona, Warszawa 2014, t. 1,2