Translate

środa, 26 kwietnia 2017

Ałbena Grabowska, „Stulecie winnych”, czyli saga rodzinna z mocnym akcentem rusofobicznym


„Stulecie winnych” Ałbeny Grabowskiej to historia rodziny Winnych z Brwinowa pod Warszawą. Te dwa tomy, które przeczytałam, opowiadają o losach członków rodziny od początku I wojny światowej, poprzez okres międzywojenny, II wojnę światową i dalej aż do roku 1968. 

Sięgnęłam po to, bo jestem pies na sagi rodzinne, a do tego słyszę wokół, że „to się czyta!”. Blogosfera – w zachwycie! W mojej bibliotece publicznej – ta książka jest na zapisy. Zapisałam się więc na pierwsze dwa tomy, bo na trzy od razu jakoś nie można było. Odczekałam, dostałam i przeczytałam.

No, cóż, przyznam rację tym zachwyconym. To się czyta! To się naprawdę czyta! Grabowska ma ten rzadki dar narracyjny, który powoduje, że człowiek płynie przez tę opowieść, żądny dalszych wrażeń i tego, jak potoczą się losy bohaterów. 

Aczkolwiek, momentami nie wiedziałam, kto jest właściwie adresatem tej powieści. Może dziecko? Bo jest tam wiele fragmentów napisanych i z perspektywy dziecka i tak, jak się kiedyś dla dzieci (no, niech będzie, młodzieży, to jest nastolatków) pisało. Odnalazłam tutaj sympatyczny, rodzinny, cieplutki klimat „Ani z Zielonego Wzgórza”, „Ani i Mani” Ericha Kastnera (powieść o bliźniaczkach) i tak modnych kiedyś powieści Krystyny Siesickiej. Jest też trochę atmosfery z baśni rodem: zło zostaje ukarane a dobro nagrodzone. Może nie od razu, ale kiedyś potem ta sprawiedliwość dziejowa triumfuje. Opatrzność w każdym razie czuwa! I jak trzeba, to interweniuje. 


Z drugiej strony, myślałam sobie: nie, to nie może być dla dzieci, skoro są tu opisane tak drastyczne sceny i motywy fabularne. Gwałty, porody, choroby, morderstwa, wojna, głód, zdolności parapsychiczne, homoseksualizm, prostytucja i tak dalej. Ta warstwa mocno „dla dorosłych” trochę kojarzyła mi się z głośną powieścią Gabriela Garcii Marqueza „Sto lat samotności”, a trochę z różnymi dziełami z gatunku literatura popularnej, np. Krystyny Nepomuckiej czy Stanisławy Fleszarowej-Muskat, które także były kiedyś w bibliotekach na zapisy. Trochę też jest tutaj klimatu utworów Jarosława Iwaszkiewicza (zwłaszcza opowiadań i sagi „Sława i chwała”). Sam Iwaszkiewicz występuje zresztą w tej powieści jako jedna z postaci, mocno niesympatyczna, i przez jedną z bohaterek zostaje w końcu obity kijem za to, że próbuje uwodzić jej młodego, przystojnego kuzyna. Oj, pokochałam Ałbenę Grabowską za tę scenę. Obijanie kijem homoseksualistów! Co o tym myślicie? ;)))   




A teraz pretensje!

Po pierwsze.

Drażniła mnie obecna w tekście naprawdę mocna rusofobia Autorki. Rusek zły, Rusek zabił, Rusek ukradł, Rusek zgwałcił, Rusek zapanował nad Polską i tak dalej. Wciąż ten podły Rusek! Ja rozumiem, że od wieków stosunki polsko-rosyjskie układały się różnie, ale czy naprawdę trzeba w popularnej powieści dla kobiet wdrukowywać czytelniczkom nienawiść do Rosjan? I robić to nawet kosztem prawdy historycznej? 

U Grabowskiej „Rusek” gwałci i morduje w czasie I wojny światowej w czasie, kiedy – UWAGA – „Ruska” dawno już nie ma na ziemiach polskich. Rosjanie wycofali się bowiem z Warszawy latem 1915 roku, o czym pani Grabowska chyba zapomniała. Od lata 1915 roku wszystkie zbrodnie wojenne na terenach polskich były dziełem wojsk niemieckich. A nie ruskich. 

Z kolei w czasie opisów II wojny światowej Autorka posunęła się już do tak drastycznych oskarżeń „Ruskich”, że napisała, iż radzieccy żołnierze, którzy wyzwolili jakiś obóz koncentracyjny (nie podaje dokładnie jaki), dokonali tam masowych gwałtów na więźniarkach. 

No, tego to już trochę za wiele! Nie wiem, skąd pani Grabowska wzięła takie informacje, że Armia Czerwona gwałciła więźniarki z obozów koncentracyjnych, które wyzwalała. A może je po prostu wymyśliła, bo nie lubi „Rusków”? Wolno jej, wszak to powieść! To tyko fikcja! Ale po co podawać takie wymyślone, nieprawdziwe rzeczy? Żeby jątrzyć i siać nienawiść pomiędzy słowiańskimi narodami? Przecież takie kłamstwa mogą być nawet przyczyną dyplomatycznego protestu ze strony Rosji!

Autorka jest podobno pół-Bułgarką, pół-Polką. W każdym razie, w stuprocentach Słowianką. Więc skąd ta niechęć do Rosji? Czyż nie jest tak, że my wszyscy, Polacy, Bułgarzy, a także Rosjanie, jesteśmy po prostu Słowianami? I powinniśmy się zbliżyć do siebie, poznać swoją kulturę i język, a nie nienawidzić. Mówię to, oczywiście, jako gorąca słowianofilka.

Po drugie. Czy naprawdę w każdej współczesnej polskiej powieści o II wojnie światowej muszą być Żydzi? Jestem zmęczona tym tematem. Mam tego dość! Ja chcę czytać powieści o Polakach, a nie o Żydach. O Żydach już nie chcę! 

No, to tyle moich zastrzeżeń. 

A poza tym, bardzo dobrze i szybko się czytało.
Aczkolwiek, chyba nie mam już ochoty na tom trzeci. 

Grabowska Ałbena, „Stulecie winnych”, tom 1 – „Ci, którzy przeżyli”,  wyd. Zwierciadło, Warszawa 2014
Grabowska Ałbena, „Stulecie winnych”,  tom 2 – „Ci, którzy walczyli”), wyd. Zwierciadło, Warszawa 2015

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Biedronka. Dzień Książki 2017 – same książki dla ludzi



Dzisiaj z okazji Dnia Książki spotkałam w Biedronce niesamowite tytuły! Lektury obowiązkowe wykształconego człowieka! A może tylko mola książkowego? Kogoś, kto lubi czytać po nocach do białego świtu? Az przyjemnie było popatrzeć.

To są wszystko książki „do czytania”, takie „normalne” książki, dla ludzi.  Nie wydziwione. Niektóre z nich to już klasyka, jak nieśmiertelne hity takie jak np. „Wichrowe wzgórza”, „Przeminęło z wiatrem”, czy „Mistrz i Małgorzata”. Inne to nowości, jak książki Mroza czy Mocci, ale też się dobrze zapowiadają. Ludzie to czytają! Cena też jest znośna, bo 24,99 (no, 25 złotych) za nową książkę to jest jeszcze do wytrzymania. 

Oto lista:   
           
1.      „II wojna światowa”
2.      Ackerman Diane, “Azyl”
3.      “Antologia poezji polskiej”
4.      Bułhakow Michaił, „Mistrz i Małgorzata”
5.      Bronte Emily, „Wichrowe wzgórza”
6.      Chmielewski Artur, „Uniwersum Metro 2033”
7.      Cortaza Julio, “Gra w klasy”
8.      Fitzgeral Francis Ford, „Wielki Gatsby”
9.      Heller Joseph, „Paragraf 22”
10.  Golden Arthur, „Wyznania gejszy”
11.  Green Graham, “Czynnik ludzki”
12.  Grisham John, “Werdykt”
13.  Hooper John, “Włosi”
14.  Huxley Aldous, „Nowy wspaniały świat”
15.  Ishiguro Kazuo, „Okruchy dnia”
16.  Kaczkowski Jan, „Czekam na Was, ale się nie spieszcie”
17.  Kesey Ken, „Lot nad kukułczym gniazdem”
18.  Knight Sarah, „Magia olewania” (cóż za fantastyczny tytuł!)
19.  Margaret Mitchell, „Przeminęło z wiatrem”, 2 tomy
20.  Marquez Gabriel Garcia, „Miłość w czasach zarazy”
21.  Marquez Gabriel Garcia, “Sto lat samotności”
22.  Moccia Frederico, „Chwila szczęścia”
23.  Mróz Remigiusz, „Turkusowe szale”
24.  Nabokov V. “Lolita”
25.  “Najlepsi piłkarze XXI wieku”
26.  Orwell George, “1984”
27.  Pawlikowska Beata, “Kurs pozytywnego myślenia. Wierzę w szczęście”
28.  „Przy rodzinnym stole”
29.  Puzo Mario, “Rodzina Borgiów”
30.  Puzo Mario, “Ojciec chrzestny”
31.  Riley Lucinda, “Siedem sióstr”
32.  Rożnowska Aleksandra, “Sportsmama wróć do formy w 12 tygodni”
33.  Salinger J. D., “Buszujący w zbożu”
34.  Tolkien J. R. R., „Hobbit”
35.  Young William Paul, “Chata”
36.  Żeromski Stefan, “Dzieje grzechu”

Skreśliłam te książki, które czytałam. Najbardziej z tej listy kocham „Przeminęło z wiatrem” i „Wichrowe wzgórza”. Potem „Sto lat samotności”. Te trzy tytuły posiadam w swoich zbiorach, by do nich wracać, kiedy zechcę. Dwa pierwsze mam też w wersji angielskiej. A kupiłam sobie „Miłość w czasach zarazy”, którą czytałam tak dawno, że już prawie całkiem zapomniałam, o co tam szło. Wzięłam też do ręki z sentymentem powieść „Gra w klasy” Cortazara. Dawniej rzecz kultowa dla mnie. Pragnęłam jej tak bardzo, że wypożyczyłam ją kiedyś z biblioteki i powiedziałam, że zgubiłam. Coś tam za nią potem zapłaciłam, czy też może zaniosłam jakąś inną, nową książkę. Ale to było w drugiej licealnej, jak miałam 17 lat. Potem mi ta miłość do dziwacznej formy zupełnie przeszła. Ot, takie grzeszki młodości się przypomniały…

Zastanawiałam się też nad zakupem „Wyznań gejszy”, ale widziałam tyle razy film, że nie mam już ochoty na czytanie powieści.  

Takie promocje to ja rozumiem!



niedziela, 23 kwietnia 2017

Tadeusz Zubiński, „Morze wewnętrzne”



„Morze wewnętrzne” Tadeusza Zubińskiego to współczesna powieść przedstawiająca losy byłego opozycjonisty solidarnościowego, byłego emigranta zarobkowego i aktualnego literata Filipa Mirskiego. 

Z początku miałam wrażenie, że to utwór autotematyczny, czyli rzecz wyłącznie o pisaniu, bo przez pierwsze 30 stron Mirski tylko zabiera się do pisania i snuje jakieś wspominki oraz dygresje. Ale później akcja się rozkręca: jesteśmy świadkami pobytu Mirskiego na Łotwie z grupą pisarzy polskich i obserwujemy zabawne słowne zmagania bohatera z innym literatem, niejakim Pasterskim. Poźniej zaś Mirski zatapia się we wspomnieniach, dzięki czemu dowiadujemy się, że wcześniej był inżynierem, mieszkał z rodzicami we Wrzosowie w Górach Świętokrzyskich, gdzie pracował na normalnej posadzie w jakimś PRL-owskim zakładzie, podrywał dziewczyny i w końcu ożenił się z jedną z nich. 

W 1980 roku, kiedy nad Polskę nadciągnęła fala Solidarności, która zmiotła, niestety, szczęśliwe lata panowania Edwarda Gierka, Mirski zaangażował się politycznie do tego stopnia, że na początku stanu wojennego trafił nawet na krótko do więzienia. Potem gdzieś się tułał, gdzieś się ukrywał, przebywał m. in. w Krakowie i na Podlasiu. A ponieważ w międzyczasie wywalili go z roboty „za politykę”, więc zaczął w podziemiu pisać jakieś artykuły historyczne, politycznie zaangażowane. Cały czas plątał się za nim jakiś ogon, to jest milicjant, dawny kolega szkolny z Wrzosowa, a także różne solidarnościowe dziewice, które z pełnym poświęceniem eskortowały „bohatera” z meliny na melinę i nie tylko. 

 Pozornie mamy tu klasyczny opis drogi życiowej solidarnościowego bojownika, ale ukazany w prześmiewczej, gorzko-ironicznej (być może dla niektórych nawet obrazoburczej?) konwencji w stylu „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka, którą to powieść zabrał Mirski jako lekturę do więzienia. Studiował ją przez parę dni na swojej pryczy, gromko przy tym chichocząc. Styl „Morza wewnętrznego” mocno przypomina mi także kultowy film Stanisława Barei „Rozmowy kontrolowane”, w którym niezapomniany Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego, zostaje niechcący bohaterem Solidarności i przebrany za Szwedkę wymyka się śledzącym go esbekom. Przypomnę przy okazji, że swego czasu chodziła w narodzie polskim taka miejska legenda, że filmowe przygody Ochódzkiego nawiązują do losów znanego opozycjonisty tamtych czasów Bogdana Borusewicza, który ukrywał się chyba przez cały stan wojenny u różnych ludzi, no i też pewnie opiekowały się nim jakieś dziewice. Nie mówię, że Ochódzki to zaraz od razu Borusewicz, ale plotokowano, że coś jest na rzeczy.  

No, ale wracając do Mirskiego…

Rozbawił mnie opis, w jaki opozycyjny literat tworzył w podziemiu swoją zaangażowaną twórczość literacką. Zaznaczyłam sobie to miejsce karteczką, ot, taki smakowity cytacik: „Na enerdowskiej maszynie Filip tłukł w sumie bzdety, najlepiej, żeby było jak najwięcej o Katyniu i Jałcie, podobno szły, bo były bojowe, pomnażał statystykę autorów podziemia. Rodzi się pytanie – kto za to płacił? Podobno zagranica, musiał być jakiś limit ukrywających się.” (s. 105) 

 W podziemiu, prócz pisania patriotycznych bzdetów o Katyniu i Jałcie, zajmował się Filip Mirski także podrywaniem kobiet. W ogóle życie erotyczne Mirskiego jest bardzo skomplikowane. Pierwsza żona odeszła od niego jeszcze za czasów Solidarności, bo chciała mieć w domu spokój, pieniądze i małą stabilizację, nie po to poszła za inżyniera, by się bawił w ubogiego powstańca świętokrzyskiego. Potem było wiele innych kobiet, w końcu pojawiła się druga żona (krytyk literacki!), która też zresztą była zdradzana równie często jak pierwsza, a może nawet jeszcze częściej. Życie erotyczne Mirskiego nasiliło się zwłaszcza na emigracji, jakoby z powodu niepewnego bytu Polaków na obczyźnie. 

Po 1989 roku Miski, mimo, że działał w Solidarności, nie został żadnym ministrem, ani nawet członkiem zarządu jakiejś spółki, choćby tylko komunalnej. Literaci w demokracji już nie byli tak dobrze opłacani, jak w podziemiu (kto ich finansował? - powtarzam pytanie autora, no i w jakim celu?). A pieniądze trzeba przecież jakoś zarabiać! Kolejnym etapem drogi życiowej Mirskiego jest więc emigracja zarobkowa: do Czech, do Anglii, do Holandii i Bóg wie, gdzie jeszcze. Podobały mi się ciekawe, reporterskie wręcz obrazki z tej emigracji pokazujące życie za granicą z perspektywy pracującego tam Polaka. Śmieci, sprzątanie, ciapaci, łamany polsko-angielski slang – te klimaty. Kto był w Londynie na zmywaku, lub słyszał opowieści tych, co byli, ten wie o co chodzi.  

Do przeczytania tej powieści zachęcił mnie sam Autor, który jest jednym z moich znajomych na Fejsbuku. Czyli można powiedzieć, że przeczytałam ją trochę po znajomości… Z polecenia Autora dostałam nawet egzemplarz od wydawnictwa. A nie jestem przecież blogerką, co to z wydawnictwami współpracuje notorycznie, a raczej - odwrotnie, normalnie wcale z nimi nie współpracuję. Jednak z  powodu wrodzonej sympatii do ekscentryków zrobiłam wyjątek dla Autora, który – sądząc tylko po wpisach na FB – wydaje się być barwnym i interesującym człowiekiem. 

Przyznam szczerze, że trochę trudno mi się to czytało, zwłaszcza z początku (z powodu nieco barokowego rozbuchania językowego? Może pewnego nadmiaru słów?), ale potem już jakoś poszło. Niestety, w trakcie czytania jakoś nie mogłam utożsamić się z opozycjonistą Filipem Mirskim, bo sama mam do Solidarności stosunek bardzo negatywny. Wiem, co mówię, w czasie stanu wojennego byłam już dużą dziewczynką i zaobserwowałam wtedy takie rzeczy, że mnie na zawsze odrzuciło od tego rzekomo spontanicznego ruchu. Dlaczego rzekomo spontanicznego? Kto nie wie, niech sobie poczyta Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych” (jest tu: niniwa22.cba.pl/golicyn_anatolij.pdf). Zaprawdę powiadam Wam, Golicyn prawdę mówi, skąd się wzięła Solidarność. A ja w młodości miałam tyle rozumu, czy też może zwykłej babskiej intuicji, że trzymałam się z daleka od Solidarności i w ogóle wszelkiej polityki. Pamiętam też, jak podziemni literaci pisali te patriotyczne bzdety o Katyniu wydawane potem druczkiem-maczkiem na lichym, cieniutkim papierze. Jeden mój znajomy to pisał taśmowo historie parafii w Bombarzycach, cynicznie opowiadając wszystkim, że lubi współpracować z Kościołem, bo proboszcze dobrze płacą. A przy tym był chyba niewierzący.

Trudy lektury i parodniowego przedzierania się przez potężne fale słów „Morza wewnętrznego” rekompensowały mi co jakiś czas naprawdę śmieszne kawałki, przy których wybuchałam śmiechem. Rozbawił mnie szczególnie wątek jednego z kolegów Filipa, niejakiego Stefana Pasterskiego z Bombarzyc, redaktora pisma literackiego i autora artykułów o zachodniej pierzei rynku, której nie ma i którą należy koniecznie odbudować. Z perwersyjną wręcz przyjemnością poczytałam sobie, jak Autor pojechał po Pasterskim naprawdę równo, czemu dał wyraz m. in. tymi słowy: „W stoczni rzecznej w Bydgoszczy odbyła się uroczystość wodowania pierwszego polskiego lotniskowca. Należy odnotować z satysfakcją, że jest to jednostka z napędem atomowym. Jednostce nadano zobowiązujące imię ORP Stefan Pasterski.” (s. 215). Jest to rzekoma informacja ze strony internetowej „Expressu Bydgoskiego”. Uśmiałam się w tym miejscu serdecznie, albowiem ja także pochodzę z Bombarzyc, to jest z Bydgoszczy, więc nietrudno było mi odgadnąć, kim jest Stefan Pasterski. I jako była mieszkanka Bombarzyc umiem chyba właściciwie docenić humor związany z postacią Pasterskiego. Nie wiem, czy mogę tu zdradzić, co odkryłam? Czy nie naruszę tym samym jakiegoś prawa do godności osobistej i czy Pasterski nie zacznie mnie przypadkiem ścigać na tym lotniskowcu z atomowym napędem? Już się boję! 

Zubiński Tadeusz, „Morze wewnętrzne”, wyd. VOLUMEN, Warszawa 2017