Translate

środa, 10 stycznia 2018

Leila Meacham, „Róże” (saga rodzinna w klimacie „Przeminęło z wiatrem”)



Przeczytałam właśnie piękną sagę rodzinną utrzymaną w klimacie „Przeminęło z wiatrem”. „Róże” Leili Meachem to wspaniała, wciągająca opowieść o miłości, przyjaźni, honorze, zdradzie i wybaczeniu, familijnych obowiązkach, tajemnicach oraz klątwach przekazywanych z pokolenia na pokolenia. Powieść opisuje prawie sto lat bytowania trzech rodzin w fikcyjnym miasteczku Howbutker we wschodnim Teksasie.

Howbutker założyli w XIX wieku emigranci z Anglii (potomkowie dwóch rodzin Warwicków i  Toliverów) i Francji (rodzina Du Mont). Osiedli tam i zaczęli rozwijać rodzinne firmy. Warwickowie stworzyli plantację bawełny o nazwie Somerset, Toliverowie – fabrykę papieru, a Du Montowie – sklep odzieżowy. Na samym początku ojcowie założyciele podjęli pewne ustalenia: będą się przyjaźnić po wieczne czasy, będą sobie pomagać w interesach, ale nie będą sobie pożyczać pieniędzy, by nie zniszczyć tej przyjaźni. Ustalili też pewną symbolikę. Ponieważ przodkowie Warwicków i Toliverów brali kiedyś udział w angielskiej „wojnie róż” (wyguglujcie sobie, co to było), więc postanowili w Howbutker uprawiać róże w swoich ogrodach. W razie jakiś konfliktów czerwona róża miała być dla nich znakiem prośby o wybaczenie, biała róża – symbolem wybaczenia. A różowa – miała znaczyć „nie wybaczam”.

Akcja powieści rozpoczyna się w latach 1980., kiedy to wiekowa już Mary Toliver Du Mont spisuje u prawnika swój testament. Później następuje retrospekcja i czytamy o tym, jak na początku XX wieku 16-letnia Mary po śmierci ojca odziedziczyła plantację Somerset. Kilka lat potem wybuchła wielka namiętność pomiędzy Mary i Percy Warwickiem, synem zaprzyjaźnionej rodziny. Jednak dziewczyna nie mogła cała oddać się tej miłości, bo była rozdarta emocjonalnie pomiędzy uczuciem do rodzinnej ziemi a miłością do mężyczyzny. Percy chciał bowiem, by pozbyła się niepotrzebnej jego zdaniem plantacji, gdyż on odziedziczy po ojcu papiernię i będzie  z tego mógł utrzymać rodzinę. Chciał, by jego przyszła żona poświęciła się tylko jemu i ich przyszłym dzieciom. Na to Mary nie mogła się zgodzić. Powodowała nią miłość do ziemi i wierność rodzinnej tradycji. Bardzo ciekawie została pokazana miłosna „chemia” pomiędzy parą głównych bohaterów, ich wzajemne przyciąganie i odpychanie się, które następuje wraz z rozwojem akcji. A fabuła jest bardzo skomplikowana.  

Lata 20., kiedy Mary zaczęła kierować plantacją Somerset, były trudne dla producentów bawełny. W wyniku wojny secesyjnej murzyńscy niewolnicy uzyskali wolność i nie było już komu pracować na polach bawełny. Niby byli jacyś dzierżawcy (chyba też czarni?), ale mimo to dawne wielkie plantacje upadały. To jest bardzo ciekawy i szeroko rozbudowany wątek w tej powieści. Tak się tym zainteresowałam, że wyguglałam sobie różne ciekawostki o tym, jak się sadzi, uprawia i zbiera bawełnę. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że krzew bawełny pochodzi z tej samej rodziny roślin, co róża chińska. Ich kwiaty są bardzo podobne. Przy okazji obejrzałam sobie zdjęcia starych pałaców plantatorów bawełny i posłuchałam pieśni amerykańskiego Południa z okresu wojny secesyjnej. Lubię, jak lektura jakiegoś tekstu sklania mnie do poszukiwań okołoliterackich. 

Powieść czyta się naprawdę wspaniale! Wciąga niesamowicie od pierwszej strony do ostatniej! To jest to samo amerykańskie Południe, które opisała Margaret Mitchell w „Przeminęło z wiatrem”, ale już później. Autorka prowadzi swoich bohaterów przez cały XX wiek; podglądamy jak wyglądała ich praca (to przede wszystkim!), jak brali udział w I i II wojnie światowej, jaki wpływ wywarła na nich nowoczesność, która wchodziła na amerykańskie Południe w okresie międzywojennym. Ale „Howbutker to miasto, w którym jeszcze wciąż rządzą biali ludzie” – czytamy o tym miejscu. Jeszcze w latach 1980. są tam stare rezydencje, w których są biali panowie i czarna służba, jest też pamięć o dawnej, świetnej przeszłości. 

Książka jest napisana w starym, eleganckim stylu, tak jak niegdyś pisano romantyczne powieści popularne. Przypomina mi nie tylko „Przeminęło z wiatrem”, ale także sagi rodzinne Susan Howatch takie jak „Cashelmara” czy „Pennmarric” (były wydane po polsku w latach 1990. i od tamtej pory nie były wznawiane, a rewelacyjnie się je czyta).  

„Róże” to późny debiut. Ich autorka pisała tę książkę na emeryturze (wcześniej pracowała jako wykładowca literatury na uniwersytecie), a wydała ją dopiero w wieku 65 lat. Powieść ta od razu stała się bestsellerem w Stanach Zjednoczonych. Przetłumaczono ją też na różne języki obce. Idąc za ciosem Leila Meacham napisała drugą część tej opowieści pt. „Plantacja Somerset”. Jest to prequel „Róż”. A ja już zapisałam się na to w bibliotece. Bo to się naprawdę dobrze czyta. Uwielbiam takie historie. Jak widać, amerykańskie Południe wciąż kryje w sobie pokłady tematów do literackiej eksploatacji. 

 Meacham Leila, „Róże”, tłum. Joanna Piątek, wyd. Sonia Draga, Katowice 2010

4 komentarze:

  1. Już sobie zapisałam, lubię też takie klimaty :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Już mi się podoba! Co prawda "Przeminęło z wiatrem (jeszcze) nie czytałam, ale wydaje mi się, że historia by mi się spodobała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to może warto zacząć od "Przeminęło z wiatrem"? Ta powieść ma MOC! :)))

      Usuń