Translate

poniedziałek, 30 października 2017

Tomasz Mann, „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” (i znowu saga rodzinna)


W mojej wędrówce po sagach rodzinnych doszłam do słynnej powieści Tomasza Manna „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”. Jest to moje kolejne, któreś już tam spotkanie z tym tekstem. I chyba nie ostatnie, bo do Buddenbrooków się wraca. Tym bardziej, jak się nie czyta całości.

Moja pierwsza styczność z tym utworem była jeszcze w liceum, chyba w pierwszej klasie. Szkolna bibliotekarka wcisnęła mi pierwszy tom z nadzieją, że przeczytałam. Zaczęłam, i ach, co za nudziarstwo! – Czy ja kogoś zabiłam, żeby za karę czytać takie rzeczy? – pomyślałam sobie i odddałam książkę z powrotem. Z tamtej pierwszej lektury zapamiętałam jednak, że jakaś niemiecka bogata rodzina siedzi sobie w żółtym salonie, zmrok zapada a oni gadają o niczym. Na długie, długie lata Tomasz Mann stał się dla mnie symbolem nudziarza nad nudziarzami i nie ruszłam jego książek w ogóle. Po 40. udało mi się przeczytać „Czarodziejską górę” i był to dla mnie wielki wyczyn, którego do tej pory nie powtórzyłam  w całości (to znaczy potem czytałam ponownie, ale pomijałam te długaśne dialogi). 

„Buddenbrooków” przeczytałam po raz pierwszy też po 40., ale później niż „Czarodziejską górę”. Stało się tak dlatego, że nagle zostałam posiadaczką tej powieści, bo znalazałam ją w koszu na makulaturę (czytaj: bookcrossing) w mojej bibliotece. Wzięłam do domu, bo egzmeplarz był nie zniszczony. - Może kiedyś zajrzę? – pomyślałam sobie. No i zajrzałam! Udało mi się przeczytać trzy pierwsze części, to znaczy przebrnęłam przez to początkowe posiedzenie w salonie. Poczytałam też sobie o dojrzewaniu Toni Buddenbrook, jej pobycie na pensji, okropnym konkurecie Grunlichu i pierwszej, niespełnionej miłości do młodego Mortena, którego spotkała w czasie wakacji nad morzem. Polubiłam Tonię Buddenbrook, która wydała mi się inną wersją Elżbiety Bennet z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen. Jej wstrętny konkurent do złudzenia przypominał mi głupkowatego i zarozumiałego pastora Collinsa z tejże powieści, który smalił cholewki do Elżbiety, a potem odrzucony, szybciutko ożenił się z inną. 

Potem widziałam film zrobiony według „Buddenbrooków”, to znaczy ten ostatni, z 2008 roku. I wtedy jeszcze raz zabrałam się do tej powieści, tym razem dochodząc do opisu małżeństwa i rozwodu Toni oraz jej powrotu na łono rodziny. Wyobraźcie sobie, co za katastrofa! Elżbieta Bennet wyszła za pastora Collinsa! Jakie tortury musiałaby przeżywać w tym związku! Zdaje się, że wtedy poczytałam sobie jeszcze o drugim małżeństwie Toni i jej drugim rozwodzie. I dałam spokój, bo dalej mnie nudziło. 

Teraz przeczytałam już więcej. Doszłam już prawie do połowy drugiego tomu. Dalej nie zmogłam. Nudzi mnie. Może przeczytam kiedy indziej? Później! Jak będę starsza. W drugim tomie Tonia nie jest już tak bardzo na pierwszym planie, jak w pierwszym. Jest to raczej już opowieść o rodzinie i jej rozwoju. Nawet mnie zafrapowało to niemieckie mieszczaństwo z Lubeki i sposób, w jaki się dorabiało swoich fortun. Ale, jak pojawiła się żona Tomasza Buddenbrooka ze swoimi skrzypcami, jak przyszedł na świat ich cherlawy synek Hanno, jak ta rodzina zaczęła skręcać w artystyczne nastroje zamiast liczyć pieniądze, to znowu porzuciłam tę powieść. Wiem, co się stanie z Hanno i całą rodziną, ale na razie nie mam ochoty o tym czytać. Być może za parę lat znowu powrócę do tej powieści i tym razem przeczytam ją do końca? Tego nie wiem, zagwarantować Wam nie mogę, że przeczytam, ponieważ drugi tom jest smutny, im bliżej końca, tym więcej przygnębienia i przeczucia śmierci. Nie lubię takich tekstów!

Zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak młody autor jak Tomasz Mann napisał taki tekst w wieku zaledwie dwudziestu paru lat (książka wyszła jak miał tylko 26 lat). Skąd u młodego człowieka taka znajomość natury ludzkiej? Geniusz? A gdzie tam! On, proszę ja Was, po prostu opisał swoją rodzinę, korzystając z gotowców. Miał gotowe teksty z rodzinnej kroniki, jakieś listy, zapiski, pamiętniki, no i żywe opowieści rodzinne. Podejrzewam, że z takiego materiału wielu młodych pisarzy zrobiłoby arcydzieło, nie tylko Tomasz Mann. No i dali mu za to nagrodę Nobla.

A więc, rodzina Buddenbrooków to po prostu rodzina Mannów z Lubeki.  




Dom Buddenbrooków – to dom Mannów (jeden z dwóch, jakie posiadali w Lubece). Ten dom został mocno zniszczony w czasie II wojny światowej, potem odbudowany, a obecnie znajduje się tam muzeum rodziny Mannów.




Tonia Buddenbrook to rodzona ciotka autora (siostra ojca), która naprawdę nazywała się Elizabeth Mann, i do końca życia opowiadała o swoich dwóch nieudanych małżeństwach. Po wydaniu powieści rodzina zaczęła nazywać ją Tonią.





Stary Johann Buddenbrook to naprawdę Johann Siegmund Mann, pradziadek Tomasza Manna.






Jean Buddenbrook to naprawdę Johann Siegmund Mann junior, dziadek Tomasza Manna. 



Tomasz Buddenbrook to naprawdę Thomas Johann Heinrich Mann, ojciec Tomasza Manna.

I tak dalej, i tak dalej… Podejrzewam, że każda osoba występująca w tej powieści miała swój realny odpowiednik. Czyli właściwie należy tę powieść traktować jako dokument z epoki, a nie dzieło literackie. Szkoda, że dowiedziałam się tego wszystkiego dopiero teraz, w dobie internetu, kiedy można wszystko sprawdzić jednym kliknięciem i poczytać sobie o tym w niemieckiej Wikipedii. Żal, że żaden polski wydawca nie opublikował do tej pory krytycznego wydania „Buddenbrooków”, np. w serii Biblioteka Narodowa.   

Myślę, że wiedząc o tym, że autor pisze o swojej rodzinie, inaczej podchodziłabym wcześniej do tego tekstu. Jeśli chodzi o rodzinne opowieści, jestem gotowa znieść nawet nudę i niepotrzebne przeciąganie akcji. 

  Aaaa, zapomniałabym!

Równolegle z czytaniem „Buddenbrooków” oglądałam sobie ich ekranizację. Jest taki świetny serial z 1979 roku, który jest bardzo dokładną adaptacją tekstu. Znalazłam go na YT. No i ćwiczyłam na nim swoją znajomość niemieckiego. Czytałam sobie jeden rozdział, oglądałam jeden odcinek, i tak na przemian. To bardzo dobra metoda nauki języka obcego! Są też inne ekranizacje. 




Mann Tomasz, „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”, tłum. Ewa Librowiczowa, wyd. Czytelnik, Warszawa 1983

Źródło ilustracji:
1.      File:Buddenbrookhaus um 1870.jpg
2.      File:Elisabeth Mann.jpg
3.      File:Johann Buddenbrook (d. Ä.).jpg
4.      File:Jean Buddenbrook.jpg
5.      Datei:Vater Thomas Manns.jpg



4 komentarze:

  1. Zabierałam się kiedyś tej sagi,ale nie dałam rady. Może już dojrzałam? Muszę sprawdzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są takie książki, których nie można czytać za młodu. I cały Mann do nich należy. Teraz mam jeszcze w domu "Hochsztaplera Feliksa Krulla", ale nie wiem, kiedy się za to zabiorę.

      Usuń
  2. Ja "Buddenbrook'ów" przeczytałam w wieku dwudziestu czterech lat i czytałam z zaciekawieniem. Wtedy też kupiłam w antykwariacie "Hohsztaplera Feliksa Krulla" i podobał mi się.Rzecz w tym, że z obu książek nie pamiętam nic, ani jedniuchnej sceny.Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może warto powtórzyć? To są takie powieści, do których się wraca i za każdym razem można w nich znaleźć coś nowego. Tak samo "Czarodziejska góra".
      Pozdrawiam!

      Usuń