„Niedokończona
gawęda” Marii Kureckiej to jedna z najpiękniejszych książek o starym Gdańsku,
jakie kiedykolwiek czytałam.
Autorka
urodziła się w 1920 roku w Płocku. Jej rodzicami byli Polka i Niemiec (no,
niech będzie, że Kaszub, ale właściwie to był zwykły Niemiec). W 1921 roku cała
rodzina Kureckich zamieszkała w Gdańsku, który był wtedy odrębnym tworem
państwowym znanym jako Wolne Miasto Gdańsk. Co to był za twór i jak wielkie
kłopoty Polska z nim miała przez całe dwudziestolecie międzywojenne, to wszyscy
chyba wiedzą, a jak nie wiedzą to proszę zajrzeć do Wikipedii lub obejrzeć
stare polskie filmy takie jak „Wolne Miasto Gdańsk” (o obronie Poczty Polskiej
we wrześniu 1939 roku) lub „Westerplatte” (w reżyserii Stanisława Różewicza).
No,
ale na razie do wojny jest daleko, a malutka, chorowita i tłuściutka Marysia,
którą w domu rodzice nazywają Pim (od Pimpusia Sadełko z pamiętnej książki dla
dzieci Marii Konopnickiej, ona zaś mówiła do nich Pam i Pum) mieszka w starym
Gdańsku w starej kamienicy przy ulicy Gnilnej. We wspomnieniach wraca do
tamtego świata. Opisuje bardzo dokładnie swoje dawne mieszkanie i kamienicę, sąsiadów
i najbliższe otoczenie. Niedaleko, przy ulicy Pietruszkowej
(Petersilienstrasse), mieszkała jej babcia ze strony ojca, stara Kaszubka,
która mówiła specyficznym językiem, jakąś taką gwarową niemczyzną, przetykaną
zwrotami kaszubskimi, a nawet czysto polskimi.
Proza Kureckiej jest niezwykle „gęsta”, pełna
przeróżnych informacji, barwna i plastyczna. Tamten nieistniejący już Gdańsk,
który nazywa Miastem, ożywa na kartach tej książki. Kusi zapachami, kolorami i
dźwiękami. Najbardziej chyba zapadła mi w pamięć opowieść o gdańskich energicznych
i krzykliwych handlarkach ryb.
Matka
Autorki zmarła, gdy ta miała zaledwie osiem lat. Potem wychowywał ją ojciec.
Uczyła się za granicą w szkołach z internatem prowadodzonych przez zakonnice.
Opis jednej z takich szkół (coś koszmarnego!), gdzieś we Francji, otwiera tę
książkę, potem, aż do matury, była w słynnej szkole sióstr Niepokalanek w
Szymanowie, przeniesionej z Jazłowca (tej samej, w której uczyła się młoda
Maria Rodziewiczówna). W tym czasie jej ojciec pracował i bogacił się, z czasem
sam został właścicielem firmy transportowo-spedycyjnej, która miała swoje filie
w całej Polsce, a także właścicielem pięknej willi we Wrzeszczu w okolicy ulicy
Jaśkowa Dolina.
Latem
1939 roku Maria wraz z ojcem przebywała „u wód” w Marienbadzie w Czechach. Była
już po maturze, po wakacjach miała rozpocząć studia polonistyczne na
Uniwersytecie Warszawskim. Wybuch wojny zmienił nagle całe życie jej i jej ojca.
Hitlerowcy zabrali mu firmę i dom, mimo, że był obywatelem Wolnego Miasta
Gdańska. Został bowiem przez Niemców uznany za podejrzanego i zbyt
spolonizowanego. Ostatecznie, zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau. Zaś
Maria musiała sama sobie radzić w wojnnej rzeczywistości. Początek wojny
spędziła w Berlinie, gdzie miała wuja (brat ojca), potem wyjechała do Warszawy,
gdzie pracowała w niemieckiej administracji. Swoje wspomnienia zdążyła
doprowadzić gdzieś tak do połowy II wojny światowej.
Z
informacji na okładce książki dowiadujemy się jeszcze, że brała udzial w
powstaniu warszawskim, zaś po wojnie mieszkała na Ziemiach Odzyskanych (w
Szczecinie). Jej mężem był literatat Witold Wirpsza, towarzysz dziecięcych
zabaw w Gdańsku, zdaje się, że z pochodzenia Żyd rosyjski. Z powodu tego jego
pochodzenia w 1970 roku oboje wyemigrowali z Polski na zawsze. Maria mieszkała w
Niemczech (m. in. w Zachodnim Berlinie) i w Austrii, współpracowała z Radiem Wolna
Europa i paryską „Kulturą”, tłumaczyła książki z języków niemieckiego,
francuskiego i angielskiego. Razem z Wirpszą przełożyła na język polski „Doktora Faustusa” Tomasza Manna. Była tłumaczką
takich tekstów jak „Gra szklanych paciorków” i „Demian” Hermanna Hessego, opowiadania Tomasza Manna, „Śmierć Wergilego”
Hermanna Brocha i „Młyny Lewina” Johannesa Bobrowskiego. Bohaterami jej dwóch książek biograficznych
byli Tomasz Mann i Jan Chrystian Andersen.
W połowie lat 1980., kiedy dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora na raka,
zaczęła pisać wspomnienia. Miały nosić tytuł „UFO, czyli mój jedyny garnek”.
Miały tam być zawarte wspominki z Wolnego Miasta Gdańska, opowieści o życiu
codziennym okupacyjnej Warszawy oraz opis życia w PRL-u do roku 1970. Niestety,
nie zdążyła. Powstała tylko część pierwsza oraz niewielki fragment drugiej. Być
może dlatego wydawnictwo nadało jej tytuł „Niedokończona gawęda”?
W
każdym razie, jest to bardzo piękna i dobrze napisana książka. Z pewnością będę
do niej wracać. Proza Kureckiej zasługuje na to, by postawić ją na jednej półce
z „gdańskimi” książkami Johanny Schopenhauer, Guentera Grassa, Pawła Huelle czy
Stefana Chwina. „Niedokończona gawęda” posiada rekomendację profesor Marii
Janion, która napisała parę zdań zachęcających do lektury.
Zapewniam
Was, że naprawdę warto!
Kurecka
Maria, „Niedokończona gawęda”, wyd. Tower Press, Gdańsk 2000
Rekomendacja pani Janion mnie zniechęca bo ona ta Janion do partii należała.
OdpowiedzUsuńA nawet nie wiem, czy była w partii, nigdy nie sprawdzałam. Ale pewnie tak, bo pisała takie ksiażki z komuną w tle, jak "Romantyzm, rewolucja, marksizm". Ale tu chodzi o wypowiedź Janion na temat ksiażek o gdańskiej tematyce, ona porównuje Kurecką do Grassa (a ten to był w SS nawet! ;)))
Usuń