Translate

poniedziałek, 12 lutego 2018

Jerzy Sulima-Kamiński, „Most Królowej Jadwigi” (saga bydgoska)





No! W końcu udało mi się przeczytać trzytomową sagę rodzinną „Most Królowej Jadwigi” Jerzego Sulimy-Kamińskiego, której akcja dziecje się w Bydgoszczy. Ta książka jest tym, czym dla Gdańska „Blaszany bębenek” Gunthera Grassa.

Nie należy zabierać się za jakąś książkę, skoro czytelnik nie jest jeszcze gotowy. U mnie tak było z trylogią Sulimy-Kamińskiego. Skoro mieszkałam w Bydgoszczy, to uważałam, że powinnam przeczytać tę powieść. Zaczynałam raz, drugi, trzeci i nic! Nie chwytało! Odkładałam ją, bo nudziła mnie straszliwie. Żadnej tam akcji ani nic ciekawego nie znajdowałam. Nie wiedziałam, czym się ludzie w Bydgoszczy zachwycają! W międzyczasie tak się złożyło, że nawet poznałam autora, to znaczy wysłano mnie z gazety, bym przeprowadziła z nim wywiad. To było jakoś tak pod koniec lat 1990. Sulima-Kamiński mieszkał gdzieś na Jarach w okolicy, gdzie ulice miały owocowe nazwy. Agrestowa, Porzeczkowa, Czereśniowa i tak dalej. Gdzieś tam w sąsiedztwie mieszkał także słynny opozycjonista Jan Rulewski. Wiem, bo u niego w domu też kiedyś byłam i coś o nim pisałam.

Jerzy Sulima-Kamiński okazał się uroczym człowiekiem! Parzył nam osobiście herbatkę w dzbanku i podawał w porcelanowych filiżankach. Miał pokój pełen książek, w tym zauważyłam półeczkę wydawnictw bydgoskiej oficyny Limbus poświęconych New Age i ezoteryce. To mnie zaskoczyło, bo wcześniej kojarzyła tego pisarza zupełnie z czymś innym. Pogadaliśmy o tym i owym, tak ogólnie o życiu, miałam z tego zrobić materiał w stylu pisarz w domowym otoczeniu, ale nie zdążyłam, bo mnie wywalili z roboty. Naszą gazetę Ilustrowany Kurier Polski kupili wtedy redemptoryści z Torunia i miał to być dziennik wydawany przez koncern ojca Tadeusza Rydzyka. Jak kupili, tak zaczęli zwalniać. Ja poleciałam pierwsza. Chyba dlatego, że prowadziłam cotygodniową stronę poświęconą parapsychologii? Innego powodu nie widzę. Po mnie też polecili inni, nawet nie było kogo się zapytać.

Wracając do Sulimy…
- A co pan czyta, proszę pana? – między innymi zadałam mu takie banalne pytanie, zaraz po tym, jak rozejrzałam się po jego półkach z książkami.
- Proszę pani, w moim wieku to ja już mogę czytać tylko klasykę. Szkoda mi czasu na byle jakie książki  - odpowiedział pisarz. I te słowa zapamiętam chyba na całe życie!
No, po prostu – szkoda czasu na byle jakie książki! A miał wtedy już jakoś tak koło siedemdziesiątki.

Po tym, jak poznałam Sulimę-Kamińskiego, próbowałam znowu zabrać się za jego epopeję, która w Bydgoszczy miała status bestsellera. Uważałam, że powinnam ją przeczytać tym bardziej, że przecież akcja tej powieści dzieje się na Okolu, w dzielnicy, w której spędziłam całe swoje dzieciństwo i młodość. No, ale nie zaskakiwało jakoś. Później, kiedy profesor Andrzej Dyszak, którego znałam jeszcze z czasów pracy na WSP w Bydgoszczy, wydał książkę o gwarze bydgoskiej w książce Sulimy-Kamińskiego, a ja dowiedziałam się o tym z Internetu, miałam kolejne podejście. Tym razem zdobyłam nawet na własność egzemplarz jego książki. To znaczy wyszukał go mój kolega na Allegro i przysłał mi do domu. Bo ja ciągle jakoś nie potrafię korzystać z Allegro, niestey. No, ale dalej nie zaskakiwało.

I dopiero teraz, kiedy sama jestem już prawie w wieku emerytalnym, a do tego właśnie zanurzyłam się w przeszłości bydgoskiej na użytek spisywania wspomnień mojej mamy, pomyślałam sobie, a może jednak raz jeszcze zajrzeć do tego „Mostu Królowej Jadwigi”? Zajrzałam i przepadłam! Nagle wszystko zaskoczyło! Czytałam i oderwać się nie mogłam. Przed oczami stanęła mi ulica Królowej Jadwigi, gdzie w latach 1930. na trzecim piętrze mieszkał mały Jerzuś, pierwoszoosobowy narrator tej powieści. Według tego, jak opisał swój widok z okna, ustaliłam (?) nawet, która to była kamienica. Weszłam w tamten świat całkowicie!

Pierwszy tom „Mostu Królowej Jadwigi” opisuje okres tuż przed wojną, drugi – czas niemieckiej okupacji w Bydgoszczy, zaś trzeci – to czasy powojenne. Fabuła doprowadzona jest gdzieś tak do połowy lat 1950. Bohaterem zbiorowym tego utworu jest bydgoskie drobnomieszczaństwo, a we wstępie sam autor napisał, że bohaterem jest „polskość w Bydgoszczy”. Bo Bydgoszcz to były kiedyś kresy. Zachodnie, ale zawsze kresy. Tu się mieszał żywioł polski z niemieckim. Czytamy więc o trudnych związkach polsko-niemieckich przed wojną i w jej trakcie. Czytamy o równie trudnych związkach polsko-polskich, kiedy w mieście nad Brdą mieszali się „krzyżacy” (czyli starzy Bydgoszczacy) z „antkami z Kongresówki”. Czytamy o ludziach, jakich już nie ma, ale jakich ja jeszcze sama pamiętam z dzieciństwa. O ludziach, którym się zdawało, że mówią po polsku, a tak naprawdę mówili gwarą bydgoską, która już teraz jest chyba w zaniku.

Właśnie, gwara! Trudnością w odbiorze tej książki dla osoby z innego rejonu Polski może być to, że jest pisana właśnie taką gwarą, w której jest wiele naleciałości z niemieckiego. Jeśli ktoś zna niemiecki, łatwo ją zrozumie. Jeśli nie – cóż, na końcu drugiego tomu jest słowniczek tej gwary. Szkoda, że nie ma przypisów w tekście, na dole każdej strony, wtedy czytałoby się łatwiej. Z początku ten język był też dla mnie pewnym problemem, ale później zaprzyjaźniłam się z nim na tyle, że wszystko rozumiałam.

Od razu mówię – ja sama jestem z antków! Moja rodzina była w Bydgoszczy przelotem. Dosyć długim, ale tylko przelotem. Moja mama poszła ze wsi do miasta, czyli do Bydgoszczy w 1953 roku, w dniu, kiedy umarł Stalin. No, tak się akurat zbiegło! Mieszkała tam i pracowała w kontroli jakości w Belmie na Okolu, a potem na Białych Błotach. Zajmowała się sprawdzaniem jakości zapalników do granatów, bo tam produkowano amunicję dla całego Ukladu Warszawskiego. Po ślubie w Bydgoszczy mieszkali oboje moi rodzice i ja. Mój ojciec pracował w Bydoskim Biurze Projektów Budownictwa Przemysłowego i nie znosił krzyżaków. Jako typowy antek (spod Sochaczewa) przychodził z pracy i narzekał, że znowu w biurze mówili po krzyżacku.
- Oni wieszają mantel na biglu, a nie płaszcz na wieszaku! – mówił.

Ja sama z gwarą krzyżacką zaznajomiłam się, kiedy poszłam do szkoły. Wszyscy wokół mówili po krzyżacku.
- Mam to leżeć do góry na półce – powiedziała mi raz nauczycielka.
- Gdzie? Jak? – nie rozumiałam.
A to po prostu kalka z niemieckiego. Niemiecka składnia. Później sama zaczęłam tak mówić.

A Sulima-Kamiński w swej powieści pisze, jak było mu trudno wyjść z tej gwary. Jak ciężko było przestać mówić „ja, ja” zamiast „tak”. Nauczył go tego pod karabinem żołnierz radziecki latem 1945 roku. Takie i inne opowieści znajdziecie w „Moście Królowej Jadwigi”, która jest poniekąd powieścią autobiograficzną, choć trudno jest dojść, co jest tam prawdą, a co zmyśleniem. W każdym razie – to jest naprawdę dobra książka! 

A tu film "Most łączy pokolenia" pokazywany niedawno w Bydgoszczy z okazji 90. rocznicy urodzin Jerzego Sulimy-Kamińskiego:

 
      

Sulima-Kamiński Jerzy, „Most Królowej Jadwigi”, wyd. Pomorze, Bydgoszcz  1984, t. 1
Sulima-Kamiński Jerzy, „Most Królowej Jadwigi”, wyd. Pomorze, Bydgoszcz 1986, t. 2
Sulima-Kamiński Jerzy, „Most Królowej Jadwigi”, wyd. Pomorze, Bydgoszcz 1988, t. 3


3 komentarze:

  1. Szkoda czasu na byle jakie książki! I jeszcze - życie jest zbyt krótkie, by pić marne wino;) A tak poważnie, to trzeba do tego dorosnąć. Gwara ubarwia niesamowicie. Moja babcia z bydgoskiego sztrajbowała i sztrykowała. Może w końcu w tym roku sfinalizuję wyjazd na Pałuki, bo serce tęskni. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sztrykować to robić na drutach. Ale sztrajbować? Tego nie znam.
      Heklować - robić na szydełku. W tej powieści występują heklowane deczka - serwetki szydelkowe.
      Jedź, szukaj tych korzeni! Ja Twoje nazwisko panieńskie znam z Bydgoszczy, w klasie biologiczno-chemicznej u nas w szkole była Lucyna P., mój rocznik, mieszkala na Błoniu. Może jakaś krewna?

      Usuń
    2. Oj, miało być "szrajbować", czyli pisać. Rzeczywiście w Bydgoszczy najwięcej osób z tym nazwiskiem. Sama jestem ciekawa spotkań:) Kiedyś na "naszej klasie" sporo się nas znalazło.

      Usuń