Translate

czwartek, 6 sierpnia 2015

Jerzy Putrament, „Pół wieku” ("Młodość", "Wojna") – czytane z obrzydzeniem



Za komuny książki Jerzego Putramenta prawie zawsze były w księgarniach. Nie było wtedy w nich niczego ciekawego, nie było Sienkiewicza, Kraszewskiego, Balzaka czy Dumasa, nie było lekkiego romansu czy sensacyjnego kryminału (nawet polskiego), ale Putrament był! 

Jego książki weszły nawet do PRL-owskich dowcipów, bo jeśli komuś udało się kupić meblościankę i potrzebował do jej zapełnienia pewnej ilości książek kupowanych „na metry” to zawsze mógł kupić „pół metra” Putramenta. Ludzie czasem więc kupowali, ale nie widziałam, aby ktoś to czytał. Putramenty stały w meblościankach śliczne, nietknięte i dziewicze. 

Czytanie Putramenta było wówczas większym obciachem niż czytanie Iwaszkiewicza, Czeszki, Moczara czy nawet dzieł Lenina. Także i mnie, dziecku PRL-u, które zasypiało kołysane do snu trzeszczącym głosem dziennikarzy Radia Wolna Europa, nigdy nie przyszło do głowy, by czytać Putramenta. Biję się w piersi, ale nie przeczytałam go nawet wtedy, kiedy powinnam była go przeczytać, czyli w czasie studiów polonistycznych. Nasz docent M. (Leszek Jan Malinowski) umieścił bowiem w spisie lektur z literatury współczesnej, które obowiązkowo trzeba było przeczytać do egzaminu, jedną czy więcej książek Putramenta.  Jednak nikt go nie czytał, bo wszyscy uważali, że czego jak czego, ale Putramenta czytać nie będą. Lud PRL uważał go bowiem za wyjątkowego chooja i skurwysyna, tak wielkiego skurwysyna, że nawet posłuszne studentki polonistyki brzydziły się brać do rąk jego twórczość. 

Dzisiaj piszą o Putramencie różne rzeczy: że był nie tylko założycielem Związku Polaków w ZSRR, a później wszechwładnym członkiem zarządu Związku Literatów Polskich, ale także  gnojem, agentem, enkawudzistą, ubekiem, prawie mordercą i tak, tak,  kochani, to wszystko jest prawda! 



Nieprawdą jest natomiast, że był antysemitą - co głosi m. in. pani Joanna Siedlecka w programie „Errata do biografii – Jerzy Putrament”, pani Siedlecka mówi tam, że kupiła kiedyś w antykwariacie po złotówce cały karton „Putramentów”, ale - wnioskując z jej opinii - chyba nie przeczytała tego, co nabyła. Bo jakby przeczytała, to by wiedziała, że Putrament pałał do Żydów taką miłością, że cytaty z niego mogłaby drukować współczesna „Gazeta Wyborcza”. Jego myśli były tak zgodne z obecną linią GW, że aż się dziwię, nie widząc jeszcze Putramenta na łamach pisma Michnika. Pani Siedlecko, nie wystarczy kupić książkę! Dobrze jest później także ją przeczytać! 
 
A ja właśnie przeczytałam właśnie dwa tomy (6 centymetrów) Putramenta. O, tyle:





Po raz pierwszy w życiu przeczytałam! Naszłam bowiem u znajomych na jakieś remanenty z cudzego likwidowanego mieszkania. A tam Putrament stoi na półce po kimś w spadku, dokładnie rzecz biorąc, jego memuary z czasów młodości. Wzięłam do ręki, przekartkowałam, a w środku taaakie ciekawe rzeczy! Pożyczyłam sobie i przeczytałam całość! 

Mój Boże, jakie tam plotki o różnych literatach! Naprawdę powiadam wam, że nie warto czytać tych różnych współczesnych Koprów czy Urbanków, lepiej sięgnąć do źródeł, by się dowiedzieć wielu smakowitych rzeczy o takim Miłoszu na przykład (kumpel Putramenta z czasów „Żagarów”), Wasylewskim (grał w piłkę z komunizującymi polskimi literatami podczas radzieckiej okupacji Lwowa w 1940 roku) czy Boyu-Żeleńskim. Poza tym, wiele tam interesujących szczegółów związanych z polskim życiem na kresach wschodnich. Oczywiście, aby to właściwie odebrać, żeby oddzielić ziarno od plew, trzeba umieć czytać między wierszami i mieć sporą wiedzę na temat spraw, o których pisze autor. Dobrze, że to czytałam teraz, kiedy mam za sobą parę lat czytania o Kresach, bo w wieku studenckim pewnie niewiele bym  z tego wyniosła. Za mało wtedy wiedziałam.

Putrament opisuje swoje życie od początku.  Jego babka w linii żeńskiej pochodziła z polskiego, szlacheckiego rodu kresowego Żołnierkiewiczów (majątek Smolicze pod Nieświeżem). Wyklęli ją ci Żołnierkiewicze, bo wyszła za jakiegoś Rutkowskiego, zruszczonego Polaka. Moskala, po prostu. Rodzina była prawosławna i rosyjskojęzyczna. Matka, Maria Rutkowska, była wielbicielką Tołstoja i wymyśliła sobie, że jej dziecko będzie literatem. Kiedy w 1920 r. wyszła za oficera wojska polskiego, porucznika Putramenta i urodziła Jerzego modliła się o duszę Tołstoja dla swego syna. Marzyła, że będzie w przyszłości literatem. Poza tym, miała wieszczy sen. Przyśniła się jej Matka Boska, która błogosławiła wszystkich członków rodziny, a pominęła małego Jureczka. Nic dziwnego, że później został ateistą. 

W czasie I wojny światowej Putrament był rozdzielony z ojcem, który dostał się do niemieckiej niewoli. Wychowany w typowo rosyjskim środowisku, mówił tylko po rosyjsku, polskiego zaczął się uczyć dużo później od jakiegoś żydowskiego korepetytora. W czasie międzywojennym ojciec Putramenta służył w wojsku, w związku z czym rodzina dużo przeprowadzała się, skutkiem tego są liczne opisy małych kresowych miasteczek rozsiane w pierwszym tomie wspomnień. Później ojciec odszedł z wojska i został osadnikiem wojskowym, co łączyło się z nadaniem byłemu żołnierzowi kawałka ziemi od państwa na kresach wschodnich. Teoretycznie rzecz biorąc, Putrament był wychowany w normalnym polskim środowisku kresowym, od kolegów Polaków różniło go wyłącznie to, że był prawosławny. Jako młodzieniec dobrze się zapowiadał, był zdolnym studentem polonistyki na Uniwersytecie Wileńskim, działał w patriotycznej organizacji Młodzież Wszechpolska. I nagle – zmiana! Putrament staje się komunistą! W 1939 roku cieszy się z wejścia Armii Czerwonej do Polski. Z Wilna przenosi się do Lwowa, gdzie zaczyna swą karierę polskojęzycznego literata na usługach Sowietów. 

Tu muszę wrócić do jego matki i Tołstoja. Otóż, tak bardzo chciała ona, by syn został literatem (Tołstoj miał być z niego!), że wmówiła chyba mało uzdolnionemu literacko Jureczkowi, że musi nim zostać. Putrament nie miał talentu, ale za to był uparty i pracowity. Ustalał sobie dzienną normę pisania, np. zapisać dziennie dwie kartki po obu stronach, albo pisać codziennie od godziny 7.00 do 9.00. Siadał więc i pisał, aż zapisał te kilkanaście tomów, które mu wydawano w latach PRL-u. 

No, ale jest dopiero Lwów, rok 1939. Wokół szaleją aresztowania. Sowieci aresztują nawet komunizujących Polaków, w tym Broniewskiego. A Putrament kwitnie. Gra sobie w piłkę, jada obiadki w stołówce literackiej, jedzie do Kijowa na jakiś benefis ukraińskiego pisarza, a lato 1940 roku spędza na Krymie, wysłany tam na wczasy literackie jako dobrze zapowiadający się towarzysz. Opala się na plaży i pije młode wino z młodymi radzieckimi pisarkami. Kiedy w czerwcu 1941 roku Niemcy napadają na Związek Radziecki, Putrament zostawia we Lwowie żonę i córkę, a sam ucieka na wschód, kierując się do Moskwy. Po wielu perypetiach wojennych zakłada razem z Wandą Wasilewską Związek Polaków w ZSRR i później z armią Berlinga wraca do Polski. 

Sam o sobie pisze, że jest człowiekiem II wojny światowej. Dzięki tej wojnie zrobił karierę. Bardzo ciekawie jest śledzić jego losy, skontrastowane z tym, co się wie na temat sytuacji Polaków na kresach wschodnich. Np. w czasie, kiedy Putrament bryluje we Lwowie, cała jego rodzina, to jest ojciec, matka i dwie siostry zostają wywiezione jako rodzina polskiego osadnika wojskowego na daleką Północ. I tak dalej… Kto zna sytuację, to sobie dopowie. 

Interesująca to lektura, jakby się czytało wspomnienia samego diabła, który zaprzedał się wrogom Polski. A może Putrament wcale nie uważał się za Polaka? Tylko za komunistę pozbawionego ojczyzny? Może był tylko pisarzem polskojęzycznym? 

Dodam jeszcze, że w 1944 roku, Putrament wrócił z Armią Czerwoną do Wilna. Pisze o tym w swych wspomnieniach. Nie pisze jednak o tym, że latem 1944 r. w Wilnie był członkiem radzieckiej komisji, która przesłuchiwała aresztowanych młodych polskich akowców. Mieli do wyboru: iść do radzieckiej niewoli, albo wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego i walczyć u boku Armii Czerwonej. Leszek Jan Malinowski, mój docent z Wilna od literatury współczesnej, także był przesłuchiwany przez tę komisję (o Malinowskim pisałam przy okazji „Rojstów” Konwickiego, o tu blogspot.com/.../tadeusz-konwicki-rojsty-czyli-p...). Podobno tylko 200 polskich chłopaków wstąpiło do LWP, dostali kolację, najedli się, a w nocy uciekli. Pozostali akowcy z Wilna woleli pójść do niewoli. 

A Putrament napisał o wileńskim AK, że to była „obszarnicza polska samoobrona”.  

Putrament Jerzy, „Pół wieku. Młodość”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1983
Putrament Jerzy, „Pół wieku. Wojna”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1984

Warto także zajrzeć tutaj: 

Leszek J. Malinowski. Wileńskie Powstanie - vod.tvp.pl ...





4 komentarze:

  1. O, A tyle złego słyszałam o Putramencie?! A tu, że warto czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa ;))))
      Bo to są dwie niezależne sprawy. To zło, które słyszałaś to prawda. Ale z drugiej strony jego wspomnienia są smakowite pod względem plotkarskim, dużo ciekawego można się z nich dowiedzieć o wielu znanych pisarzach.

      Usuń
    2. No, a poza tym, Putrament to jednak człowiek z Kresów. Jak się czyta o Kresach, to na całego. Czytam i tych "dobrych" i tych "złych".

      Usuń
  2. Nieszczęśliwie Pani trafiła. Proszę sięgnąć po Arkadię, bądź "Bołdyna".

    OdpowiedzUsuń