Translate

niedziela, 18 września 2016

Piotr Zychowicz, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”



„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotra Zychowicza to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów wschodnich, choć Autor nie lubi tej nazwy i konsekwentnie nie używa jej w swojej książce, zastępując ją nazwą „Polska”. Dla Zychowicza bowiem słowo „kresy” oznacza marginalizowanie całych terenów, na których kiedyś żyli Polacy. Powołuje się przy tym na cytat z pamiętników Michała K. Pawlikowskiego, który pisał tak: 

„Wyraz „Kresy” oraz urzędowe „Ziemie Wschodnie” po prostu mnie mierżą. Do roku z grubsza 1914 mówiliśmy Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. I oto nagle po roku 1918 ograniczyliśmy pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie litewski do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim. Ten lęk przed nazwą „Litwa” i ukucie niezgrabnych eufemizmów „Ziemie Wschodnie” lub „Kresy” trącą zaściankiem i kompleksem niższości. Dla mnie istnieją: Korona i sfederowane z nią Wielkie Księstwo Litewskie. Nie możemy z dnia na dzień zmieniać terminologii, która wytrzymała pięćsetlenią próbę historii.” (Zychowicz, s. 31)

Tematem tej książki jest tajny (właściwie jakby utajniony przez oficjalną wersję historii po dziś dzień!) układ pomiędzy Józefem Piłsudskim a bolszewikami, na mocy którego Piłsudski dwa razy wstrzymał wojska polskie, które miały szansę ruszyć na pomoc konającej armii białej Rosji i ostatecznie dobić bolszewików. Taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy w 1919 roku, kiedy to wojska bolszewickie zostały z trzech stron otoczone przez armie białych Rosjan i Polaków. Z południa znajdowała się armia generała Antona Denikina (przypomnijmy, był to pół-Polak, syn polskiej krawcowej z Włocławka i rosyjskiego wojskowego), ze wschodu armia Aleksandra Kołczaka, z północy armia generała Jewgienija Millera, z północnego wschodu armia generała Nikołaja Judenicza. I to wszystko razem parło na Moskwę. Gdyby tylko jeszcze dopomogło polskie wojsko idące w tym samym momencie z zachodu, można było dobić „czerwoną zarazę” (jak pisze autor) od razu. Wystarczyłoby tylko, by Polacy zajęli miasto Mozyrz na Polesiu i zadali ostateczny cios sowieckiej 12. Armii, a śmiertelny pierścień wokół wojsk Lenina-Trockiego zamknąłby się raz na zawsze. Między Polakami a Moskwą nie stała wtedy żadna poważna siła. 

Piłsduski wstrzymał jednak pochód polskich wojsk na wschód, choć o pomoc błagał go wtedy generał Denikin. Piłsudski nie chciał jednak pomagać carskiemu generałowi, bo ten wypowiadał się za przywróceniem dawnego imperium rosyjskiego, a Polskę widział na jej etnicznym terytorium. I bez tej polskiej pomocy wojskowej, wiosną 1920 roku, w Noworosyjsku nad Morzem Czarnym armia Denikina została dobita. Ale wcześniej, w trakcie wstrzymania polskiego frontu (dokładnie w dniach 22 -30 lipca 1919 roku), w Białowieży odbyła się pierwsza runda rozmów polsko-bolszewickich. Ze strony radzieckiej brał w nich udział polski komunista Julian Marchlewski. Sowieci obiecywali, że w zamian za zaniechanie dalszego pochodu wojsk polskich, gotowi są zrzec się na naszą korzyść całej Litwy i Białorusi, czyli terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. 

Druga runda tych rozmów odbyła się 19. października 1919 roku w Mikaszewiczach (powiat łuniniecki) na Białorusi, na zapleczu polskiego frontu. Tym razem Marchlewski przywiózł ze sobą żonę i córkę, a także kilku innych komunistów. Ze strony polskiej w rozmowach brali udział Michał Kossakowski oraz dwóch zaufanych oficerów Piłsudskiego: kapitan Ignacy Boerner i porucznik Mieczysław Birnbaum (jako oficer wywiadu polskiego był tam obecny Stanisław Baczyński, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Piłsudski wolał układać się z bolszewikami niż z Denikinem, bo chciał, by dawna, carska Rosja została dobita. Zresztą, jako były socjalista, miał jakąś dziwną słabość do czerwonych, z których zresztą wielu znał osobiście. Siedział przecież jako więzień polityczny na zesłaniu za udział w spisku mającym na celu zabicie cara Aleksandra II (mordercą cara był brat Lenina, Aleksander, a jego towarzyszem był brat Piłsudskiego, Bronisław). Socjaliści znali się także z rozmaitych spotkań i zjazdów partyjnych. W pewnym więc sensie bolszewicy byli starymi znajomymi Piłsudskiego. 

Ta decyzja układania się z czerwonymi przyniosła taki efekt, że zdążyli okrzepnąć po walce z białymi i latem 1920 roku ruszyli na Polskę, niszcząc wszystko po drodze i niosąc na zachód światową rewolucję. W sierpniu 1920 roku Polacy zwyciężyli bolszewików pod Warszawą i popędzili ich z powrotem na wschód. A potem sytuacja się powtórzyła. Front polski na wschodzie w pewnym momencie stanął, mimo, że o pomoc błagał teraz Polaków generał Piotr Wrangel, dowódca Sił Zbrojnych Południa Rosji, zwany Czarnym Baronem. Warto zaznaczyć, że Wrangel obiecywał Polakom więcej niż Denikin, jeśli chodzi o nasze ziemie wschodnie. Ale i tym razem Piłsudski był nieugięty wobec carskiego wojskowego. Nie ufał bowiem rosyjskim generałom. Zdecydowanie wolał bowiem bolszewików. I tak, 12 października 1920 roku zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy między Polską a bolszewikami. Dzięki temu mogli oni, nie obawiając się ciosu z zachodu, spokojnie zająć się unicestwieniem armii generała Wrangla. 12 listopada czerwoni wdarli się na Krym, który był ostatnim bastionem carskiej Rosji. 

„Walka o wolną Rosję była przegrana. Obóz białych – który można porównać z naszymi żołnierzami wyklętymi lub francuską Wandeą – poniósł ostateczną klęskę. Rosja przestała istnieć na zawsze” (Zychowicz, s. 195)

Autor tej książki uważa, że gdyby w październiku 1920 roku Piłsudski ponownie nie wstrzymał pochodu polskich wojsk, Polacy wraz z Wranglem weszliby do Moskwy i ostatecznie zwyciężyli bolszewików. Ale tak się nie stało. Zamiast triumfalnego zwycięstwa (to hipotetyczne wzięcie Moskwy przez Polaków zostało opisane na początku książki w konwencji political fiction) był traktat w Rydze, traktat, w którym strona wygrana (Polacy) robiła ustępstwa na rzecz strony przegranej (bolszewików). Traktat ten nazywa Zychowicz czwartym rozbiorem Polski, bo Polska zrzekła się wówczas sporej części swojego terytorium, oddając zamieszkałych tam Polaków na pastwę czerwonego terroru. Traktat ryski był też swojego rodzaju rozbiorem Litwy, Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a Sowdepię. 

No i te błędne decyzje Piłsudskiego krwawo się potem zemściły. Ale nie na nim, bo zdążył już umrzeć. Zemściły się na Bogu ducha winnych Polakach. Czyżby była to jakaś karma, jaką musimy odcierpieć za to, że spowodowaliśmy cierpienia innych (zarówno Polaków, jak i Rosjan, Rusinów, Białorusinów i Litwinów)?

Konsekwencje traktatu ryskiego były straszliwe. W jego efekcie bolszewicy  wyniszczyli w latach 1930. Polaków z tzw. dalszych kresów wschodnich, weszli do Polski we wrześniu 1939 roku, no dalej nie ma co pisać, bo wszyscy to wiedzą. Skutkiem traktatu ryskiego były wywózki na Syberię, do Kazachstanu, zamordowanie Polaków w Katyniu, w końcu całkowite odebranie nam Kresów wschodnich po II wojnie światowej i to wszystko, co działo się dalej. 

To nie jest popularna czy też kanoniczna wersja historii. Wiele z powyżej przedstawionych faktów jest celowo przemilczanych lub inaczej interpretowanych przez historyków głównego nurtu. Paktowanie Piłsudskiego z wysłannikami Lenina i Trockiego było przemilczane już w okresie międzywojennym. Zychowicz napisał tę książkę pod prąd oficjalnej wersji, opierając się na dokumentach z epoki, wspomnieniach i pamiętnikach, których lista jest bardzo długa. Najważniejsza z nich jest książka Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, która w konwencji literackiej opowiada o paktowaniu marszałka z Sowietami na zgubę Polski. 

Znałam wcześniej ten utwór Mackiewicza, czytałam także niektóre z cytowanych przez Autora memuarów z epoki. Ale wszystko zebrane razem w postaci jasno zrozumiałego wykładu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam tę emocjonalnie napisaną książkę jednym tchem, wspólnie z Autorem rozpaczając dzisiejszej nocy nad tragicznymi konsekwencjami błędnych decyzji marszałka Piłsudskiego, który lekką ręką oddał na zmarnowanie ogromne terytorium należące niegdyś do Polski wraz z mieszkającymi tam ludźmi, a także zaprzepaścił niezwykłą szansę na odrodzenie imperium polskiego w granicach przedrozbiorowych. 

Zychowicz pisze o sobie, że jest polskim patriotą imperialnym i należy temu przyklasnąć. Dlaczego nie wykorzystać szansy, by zostać państwem wielkim i niezwyciężonym? Piłsudski tę szansę zaprzepaścił! Powstaje pytanie: czy ten człowiek naprawdę zasługuje na to, by stawiać mu pomniki i nazywać jego imieniem ulice i inne rzeczy? To jest temat pod rozwagę.

A Zychowiczowi za tę książkę należy się miejsce nie tylko w kresowym panteonie ale również w kresowym raju, jaki zapewne istnieje na tamtym świecie. Brawo ten pan!  

Zychowicz Piotr, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”, wyd. Rebis, Poznań 2016


2 komentarze:

  1. Nie darzę sympatią Piłsudskiego, ale za to specjalnie bym go nie krytykował. Kto wiedział w latach 20. czym okaże się socjalizm? Carska Rosja była znanym złem, a o bolszewikach za dużo wtedy nie wiedziano.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie lubię Piłsudskiego, a zwłaszcza za udział w zamachu na cara i napadach rabunkowych na pociągi.
      "Piłsudski? Ach, to ten co napadał na pociągi?" - tak go widzą ziemianie kresowi w "Lewej wolnej" Mackiewicza. Normalny bandyta to był. Stalin też robił takie napady. Taka moda wtedy była wśród socjalistów.

      Usuń