Translate

niedziela, 21 sierpnia 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”




Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej. 

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych.  Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę…   A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze. 

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972. 

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca. 

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami). 

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory. 

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty). 

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku. 
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował. 

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem. 

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej. 

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki? 

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:



Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

 

 

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014

19 komentarzy:

  1. Przeczytam tę biografie z całą pewnością. Pewnie bym na nią nie wpadła, bo serię wydawniczą Edipresse omijalam szerokim łukiem przez te tragicznie niepasujące do treści okładki (całe szczęście ze na allegro można kupować stare wydania za bezcen niemal).
    Zachwyciły mnie niektóre ksiazki Marii Rodziewiczowny właśnie jako fantastycznie realistyczny opis ówczesnych dziejów sredniozamoznych ziemian. "Czahary" ze świetnym Kasjanem to krótka powieść która zachwyca o wiele bardziej niż "Nad Niemnem" którym zamęcza się nastolatki od tylu już pokoleń. Zaskoczył mnie "Florian z wielkiej Hłuszy" opisujący I Wojnę Światową z perspektywy prowincjonalnych kresów. Nie mialam pojęcia że istnieją takie książki.
    Może i masz rację że przez szufladke literatury kobiecej Rodziewiczownę się czyta do dziś bez szkolnego przymuszania w przeciwienstwie do autorów "docenionych" publicznie. Treść obroniła się sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do okładek, to Rodziewiczówna po wojnie chyba nie miała do nich szczęścia. Nie wiem, jak przed wojną...
      Też bardzo cenię 'Floriana z Wielkiej Hłuszy", bo daje niesamowicie realny opis tego, co działo się na Kresach, jak się tam przewalały fronty rosyjski i niemiecki. Na ten sam temat można też poczytać u Mackiewicza (Lewa wolna), Czarnyszewicza (Nadberezyńcy) i Werstina (Szklana góra). Polecam!

      Usuń
  2. Nie czytałam, ale z chęcią przeczytam. Biografia to mój ulubiony gatunek, wiec jak najbardziej jestem zainteresowana. Mam z tej serii kilka jej książek, lubię powracać do jej pisarstwa.
    Skoro już w temacie biografii jesteśmy to w piątek kupiłam w Krakowie pięknie ilustrowaną biografię Zofii Kossak napisaną przez jej wnuczkę Annę Fenby Taylor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo lubię biografię, chętnie bym przeczytała tę nową Zofii Kossak. Dzięki za info!
      A Rodziewiczówny nie chciałabyś opisać, Magdo? Przydałaby się jakaś nowa, porządna i naukowa biografia...

      Usuń
    2. :))) Kto wie?
      Najbliższy czas spędzam jednak z moją nową bohaterką na Mazowszu.

      Usuń
  3. "Wrzuć" na Literackie Kresy, niech wieść o dobrych książkach się niesie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy moje szkolne koleżanki zaczytywały się książkami Rodziewiczówny, nie mogłam się do nich przekonać. Teraz, jestem gotowa przeczytać je, aby poczuć klimat życia na Kresach. Książka to nie tylko opowiedziana historia, ale także realia, które wtedy, dla pisarki były dniem codziennym, a dla mnie, teraz, to już historia. Podobnie omówiona biografia, z Twojej recenzji wynika, że zawiera wiele faktów pokazanych "od ludzkiej", a nie podręcznikowej strony. Lubię "uczyć się" historii w taki sposób :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też właśnie najbardziej urzekła ta "ludzka strona", zarówno w książkach Rodziewiczówny, jak i jej biografa.
      Do czytania Rodziewiczówny przekonywałam sie bardzo długo, aż wsiąkłam.
      Moje koleżanki zachwycały się np. "Wrzosem" czy "Między ustami a brzegiem pucharu", a mnie sam ten ostatni tytuł przerażał. Musiałam się zestarzeć, by zacząć czytać Rodziewiczównę.

      Usuń
  5. O, poszukam tej książki, bo lubię Rodziewiczówną. A 'Nietotę' Micińskiego miałam nieprzyjemność czytać. 'Ocień nudna'.

    Jak zdrowie? Pamiętam posty o chorobie? Lepiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czytałam "Nietotę". Jezus Maria!!! Nigdy więcej ;)))

      Usuń
    2. Za zdrowiem jest różnie, raz lepiej, raz gorzej. Ale już mogę jeść normalnie.

      Usuń
  6. To niesamowite, że jej życie upłynęło od powstania do powstania... Smutne, że dożyła takich strasznych czasów i w tym wieku musiała przeżywać tak okropne rzeczy. Jej książki będą czytane, bo zwycięża w nich miłość - ponadczasowe pragnienie człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miłość... No, tak! Bardzo słuszna uwaga!
      W tej biografii wyczytałam np. czym kierowała się Rodziewiczówna, kupując książki do biblioteki. A biblioteka w jej dworze służyła nie tylko jej samej, ale także sąsiadom z okolicy. Otóż, musiały to być książki "ze słonecznej" strony, pozytywne, optymistyczne. Żadnych tam ponurych nastrojów. Nie znam katalogu tej biblioteki, ale myślę, że tam ani Dostojewski, ani Kafka nie mieli wstępu. Choć... mogę się mylić...
      A sama Rodziewiczówna w swych książkach także uczyła optymizmu, widać dla niej szklanka zawsze musiała być pełna.

      Usuń
    2. Ciekawe czy znalazła dużo wesołych książek?

      Usuń
    3. To chyba nie chodziło o wesołe, ale o takie, które nie dołują. Ja też tak mam skomponowaną biblioteczkę. Mam mało powieści, ale same "ku pokrzepieniu serc", wiele Jane Austen, Sienkiewicz, Rodziewiczówna, Paullina Simons, Margaret Mitchell. Mam dwie powieści Dostojewskiego i czuję, że od nich bije jakaś czarna aura. Chyba komuś oddam.

      Usuń
    4. Dostojewski taki jest.... Mnie pocieszają Anie z Zielonego Wzgórza!

      Usuń
  7. Piszę pracę magisterską i potrzebuję książki Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza „Życie Marii Rodziewiczówny”. Czy byłabyś taka uprzejma i odsprzedła mi tę pozycję? Nigdzie nie mogę jej nabyć. W bibliotekach brak. Kama

    OdpowiedzUsuń