Translate

sobota, 18 lipca 2015

Philip Marsden, „Dom na Kresach. Powrót” i tajemnice irlandzko-rosyjsko-polskiego rodu ziemiańskiego



„Dom na Kresach. Powrót” angielskiego pisarza Philipa Marsdena to wspaniała, nostalgiczna opowieść o świecie, który zaginął we wrześniu 1939 r. To jedna z najpiękniejszych opowieści o polskich Kresach, jakie w życiu czytałam.

Książka jest fabularyzowanym dokumentem i składa się z trzech przeplatających się warstw narracyjnych: odautorskiej narracji samego Marsdena oraz opowieści dwóch Polek z Kresów: emigracyjnej poetki Zofii Ilińskiej-Moseley i jej matki Heleny Brońskiej, z domu O’Briefne. 

Na początku autor wspomina, jak w dzieciństwie jeździł na wakacje do Kornawalii i poznał tam starszą o 40. lat Polkę Zofię, właścicielkę hotelu „Braganza”. Ta znajomość i przyjaźń z interesującą kobietą przetrwała całe lata. Na początku lat 1990., po upadku Związku Radzieckiego Zofia poprosiła Marsdena, który w międzyczasie zaczął swoją karierę pisarza-podróżnika, by towarzyszył jej w wyjeździe na Białoruś, gdzie znajdował się rodowy majątek familii Brońskich o nazwie Mantuszki. Uciekła stamtąd z rodziną przed bolszewikami we wrześniu 1939 roku jako 17-letnia dziewczyna. 

W momencie podróży na Białoruś Zofia ma już przeszło 70 lat. Jedzie tam z duszą na ramieniu, wciąż w wielkim strachu przed bolszewikami. Marsden opisuje jej rozterki, wahania i obawy związane z konfrontacją z przeszłością. Na miejscu okazuje się, że dworu w Mantuszkach już nie ma, z trudem można tylko (po rosnącym kiedyś przed dworem modrzewiu) zorientować się, gdzie stały zabudowania. Zofia spotyka za to kilka osób, którzy rozpoznają ją jako „panienkę Brońską” ze dworu. – Tylko czemu jesteś taka stara? – pyta spotkany na drodze nieco podpity starszy mężczyzna.

Po powrocie do Anglii Zofia przekazuje Marsdenowi pamiętniki swojej matki Heleny. Wyłania się z nich historia dziewczyny, która większość swojego życia musiała uciekać. Helena O’Briefne urodziła się w majątku swojej matki w Płatkowie w północnej części polskich Kresów. Jej ojciec miał korzenie irlandzkie, był „w prostej linii potomkiem Lochlainna, ostatniego króla East Briefne”. W XVII wieku przedstawiciele rodu O’Briefne uciekli z Irlandii do Francji, a potem do Rosji, gdzie przez kilka pokoleń służyli jako żołnierze rosyjskim carom. Rodzina 0’Briefne nigdy jednak się nie zruszczyła, a to z powodu religii katolickiej, którą za wszelką cenę starali się zachować. Z tego powodu przez kilka pokoleń nie żenili się z Rosjankami, bo wówczas musieliby przejść na prawosławie. Wybierali na żony Polki-katoliczki, dzięki czemu mogli pozostać przy swojej religii. Mimo to, na Kresach do końca nie byli uważani za prawdziwych Polaków, lecz za „Irlandczyków”. 

Opowiedziana w „Domu na Kresach” historia Heleny O’Briefne rozpoczyna się latem 1914 roku, kiedy przebywa ona w gościnie w majątku Stanisława Brońskiego w Klepawiczach w okolicy Grodna. Rodzina każe jej stamtąd wyjechać na wieść o wybuchu I wojny światowej. I od tej pory Helena stale ucieka. Najpierw razem z rodziną ewakuuje się przed nacierającym frontem niemieckim na wschód Rosji, do Sankt Petersburga. Jest to ucieczka wozami konnymi, razem ze służbą, zwierzętami i całym dobytkiem. Po drodze konwój uciekinierów odwiedza majątek stryja Mikołaja O’Briefne w Drukowie oraz dwór w Pieskowie niedaleko Mińska, gdzie mieszkał starszy wujek i dwie zdziwaczałe ciotki. 

W Sankt Petersburgu Helena jest świadkiem ostatnich dni dynastii Romanowów i początku rewolucji październikowej. W czasie przerwy w przedstawieniu w operze widzi w foyer cara Mikołaja II i jego rodzinę. Na ulicy Petersburga ktoś pokazuje jej słynnego cudotwórcę Rasputina. Ona sama zajmuje się wtedy uczeniem angielskiego grupy rosyjskich urzędników. Musi zarabiać na życie, bo majątek został w rękach Niemców, za linią frontu. 

A potem znowu musi uciekać. Tym razem na zachód przed bolszewikami. Rodzina wyjeżdża najpierw do Mińska, potem do Wilna, w końcu – w czasie wojny polsko-bolszewickiej - do Warszawy. Okres wojny i utrata całego majątku nie przeszkadza Helenie mieć adoratorów . Przeżywa kilka oczarowań rozmaitymi mężczyznami, w końcu wychodzi za mąż za Adama Brońskiego, którego ojciec ofiarowuje młodym majątek Mantuszki. Jej mąż odbudowuje tamtejszy dwór zniszczony w czasie wojny, rodzą się dzieci. Zofia, przyjaciółka Marsdena, jest najstarsza z rodzeństwa. Następuje kilkanaście lat pokoju. Ale już we wrześniu 1939 roku Helena znowu musi ładować rodzinę na wozy konne i uciekać przed bolszewikami. Tym razem w kierunku granicy z Litwą. 

Na przykładzie życiorysu Heleny Brońskiej autor bardzo dobrze uchwycił to, że życie polskiego ziemiaństwa na Kresach to nie była sama sielanka i wiejska idylla, jak się niektórym dzisiaj zdaje, ale niebezpieczne siedzenie na beczce prochu i wieczne oczekiwanie na to, z której strony nadejdzie wróg. Przedstawił także wiele szczegółów z życia we dworze szlacheckim w okresie międzywojennym. Kto lubi takie klimaty, znajdzie tu coś dla siebie. Poza tym, Marsdenowi udało się nadać pewien uniwersalizm tej typowo polskiej, kresowej historii. Podczas lektury „Domu na Kresach” przychodziła mi na myśl dzielna Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” i jej odbudowywanie zniszczonej rodzinnej plantacji po wojnie secesyjnej.

A teraz – niespodzianka! Marsden pozmieniał w swojej książce nazwiska i nazwy miejscowości. Odkryłam to, szukając w sieci wiadomości o opisanych majątkach. Szukałam i nie znalazłam. Szukałam biskupa Rygi Augusta O’Briefne i także nie znalazłam. Dzięki dedukcji odkryłam, że rodzina O’Briefne naprawdę nazywała się O’Rourke. To był ich herb:


Helena wspomina, że w 1918 roku jej stryj został biskupem Rygi na Łotwie. Wpisałam w Google „biskupi Rygi” i dowiedziałam się, że w latach 1918-1920 biskupem Rygi był Edward O’Rourke. Imię i nazwisko inne niż w „Domu na Kresach”, ale poza tym, wszystko się zgadza. Rodzina O’Rourke miała irlandzkie korzenie, ich przodkowie władali niegdyś królestwem Breifne w Irlandii, a w XVII wieku uciekli do Rosji. Mimo, że potem mieszkali wśród Polaków, ich odrębność narodowa była zauważalna. Edmund (a nie August) O’Rourke został w 1920 roku biskupem Wolnego Miasta Gdańska i wytrwał na tym stanowisku kilkanaście lat, mimo niechęci ze strony Niemców. 

Znalazłam w sieci informacje o innych członkach tej rodziny. Najbardziej znanym z nich był generał Józef Korneliusz O’Rourke, rosyjski wojskowy, zasłużony w walkach z Napoleonem. Jego portret można oglądać w Ermitażu. O tym portrecie czytamy także w „Domu na Kresach”. Był to w prostej linii praprapradziadek Heleny: 


Rodzina ta miała wiele majątków na Kresach, jednym z bardziej znanych był Wsielub (dzisiaj Usielub na Białorusi) należący przed II wojną światową do Karola O’Rourke, kuzyna biskupa. Pałac we Wsielubiu był drewniany, przetrwał wojnę, ale w 2012 roku został podpalony przez nocujących tam bezdomnych. Tak wyglądał w 1930 roku: 


Nie udało mi się namierzyć wymienionych w książce majątków o nazwach: Klepawicze, Płatkowo, Drukowo i Mantuszki. Może ktoś będzie miał więcej szczęścia i je znajdzie? Lub zidentyfikuje…     

Aaa, hotel „Braganza” w Kornwalii też znalazłam! To pensjonat typu „B+B” pięknie położony na wybrzeżu. Można tam pojechać, choć Zofii Ilińskiej-Moseley już tam nie ma. Zmarła w trakcie pisania „Domu na Kresach”. Marsden ustalił, że dokładnie w momencie jej śmierci piorun trafił w modrzew posadzony w Mantuszkach przez jej matkę. 

Marsden Philip, „Dom na Kresach. Powrót”, tłum. Agnieszka Soznańska, wyd. W. A. B., Warszawa 1995

czwartek, 16 lipca 2015

Lisa Gardner, „Sąsiad”



„Sąsiad” Lisy Gardner to amerykański kryminał z cyklu „byłem molestowany seksualnie w dzieciństwie” i to usprawiedliwia wszystkie moje zbrodnie i wykroczenia przeciw prawu. Byłem molestowany seksualnie, a więc mogę być mordercą i kto mi co zrobi?  

Kiedyś pasjami czytałam kryminały. Było to dawno temu, kiedy powieść kryminalna polegała na tym, że ktoś zabijał kogoś z jakiegoś sensownego powodu (zwykle szło o pieniądze), a jakiś wspaniały i mądry detektyw próbował odkryć prawdę. A my, czytelnicy, razem z nim. Zasady dawnego kryminału były proste. Po pierwsze - ważna była jedność czasu, miejsca i akcji. Po drugie – kryminał musiał być zgodny z Dekalogiem. Jeśli ktoś zgrzeszył i złamał Dekalog, np. zabił człowieka – to musiał zostać ukarany. Zasady były proste. Jest Dobro i Zło. Zło musiało być zawsze ukarane. Była zbrodnia, a więc musiała być kara. 

Ale w pewnym momencie te proste, jasne zasady kryminalnej moralności zaczęły się zmieniać. Do upadku tradycyjnej powieści kryminalnej przyczynili się głównie Skandynawowie, którzy w swoich masowo pisanych (i dotowanych przez lewackie organizacje społeczne) kryminałach wprowadzili zupełnie inny układ sił. W skandynawskich kryminałach wszystko się pokręciło. Przestały działać jasne podziały na dobrych i złych. Skandynawowie odeszli bowiem od Dekalogu i wprowadzili inne „zbrodnie”. Zbrodnie wg lewackiego Dekalogu. Skandynawskie zbrodnie to zbrodnie lemingów. 

Według Skandynawów, zbrodniarz to na przykład ten, co nie płaci podatków. Ten, który nie wrzuca śmieci do kosza. Zbrodniarz to ten, który molestował córkę sąsiadów. Zbrodniarz to ten, który wyłudził zasiłek społeczny. I tak dalej. Takiego zbrodniarza można bezkarnie zabić i w kryminalnym skandynawskim świecie znaleźć nie karę, ale nagrodę. Nic dziwnego, że w świecie ludzi, którzy czytali „Millenium” lewackiego Stiega Larssona, narodził się masowy morderca Brejwik! 

Sądziłam, że to zjawisko psucia gatunku kryminalnego omija Amerykę. Wierzyłam, że po tamtej stronie Oceanu w literaturze kryminalnej panuje jeszcze prawdziwy Dekalog. Ale gdzie tam! 

Kupiłam sobie oto parę dni temu kryminał Lisy Gardner pt. „Sąsiad” dołączony do przeznaczonego dla lemingów tygodnika „Newsweek”. Biję się w piersi, że kupiłam, ale miałam ochotę na dobry kryminał. Zresztą, nie wydałam zbyt wiele, tylko 19 złotych. Ale się bardzo zawiodłam na lekturze „Sąsiada”, bo nie dość, że nudny, to jeszcze napisany wg przedstawionych przeze mnie wcześniej zasad relatywizmu moralnego. Jest to powieść, której autorka na kilkuset stronach udowadnia, że można być młodocianą kurewką, można zdradzać męża z nieznajomymi facetami w hotelu, a nawet zabijać ludzi, jeśli ma się na usprawiedliwienie fakt, że „moi rodzice byli niedobrzy”. 

Treść „Sąsiada” jest następująca: nagle znika młoda żona i matka, która wcześniej prowadziła podwójne życie, zdradzając męża z nieznajomymi w hotelach.  Jest prowadzone dochodzenie policyjne. Długie, nudne i mało efektywne. W treści powieści jest dużo szczegółów związanych z komputerami (to akurat ciekawe). Pod koniec giną ludzie: młody policjant zaangażowany w sprawę oraz sąsiad, który ma piętno przestępcy seksualnego oraz nadzór kuratora sądowego za to, że w wieku 19 lat przespał się z 14-letnią dziewczyną. Policjant zostaje wysadzony w powietrze razem ze swoim samochodem, a sąsiad zastrzelony. W końcu zaginiona kurewka wraca do domu na łono rodziny, zadowolona, że tamci zginęli. Bombę w samochodzie podłożyła właśnie ona. Sąsiada zastrzelił jej ojciec. Koniec. 

Wiem, że robię tu rzecz straszną, brzydką i karalną, to jest zdradzam zakończenie powieści kryminalnej. Ale ta powieść jest naprawdę tak głupia i tak niezgodna z Dekalogiem, który – jak wspomniałam na początku – powinien być podstawą dobrego kryminału, że czuję się rozgrzeszona z tego postępku. Wobec łamania zasad gatunku literackiego przez twórców kryminałów, także czytelnik ma prawo łamać zasadę nie zdradzania zakończenia. No więc, zdradzam zakończenie. Powiem jeszcze tak: - Kochani, pani Lisa Gardner Was nabiera! To w ogóle nie jest kryminał! Nie ma żadnego trupa w tej książce! A jeśli nawet jest, to nie jest ten trup, o który chodziło na początku. Rzekoma ofiara naprawdę okazuje się morderczynią! Z pełnym błogosławieństwem i zrozumieniem autorki, która pochyla się nad nią ze współczuciem.

Dla mnie, powieść Lisy Gardner jest elementem niebezpiecznej lewackiej gry polegającej na wychowaniu czytelnika, by uwierzył, iż prawdziwe zło czai się w rodzinie i że likwidacja tradycyjnej rodziny wraz z jej moralnością może przynieść człowiekowi szczęście. Służy temu, by powiedzieć: prawdziwe szczęście ludzkości to gender, małżeństwa homoseksualne, zapłodnienie in vitro i tak dalej.  Temu właśnie naprawdę służą współczesne kryminały. A głupi lud je kupuje. Jednak czasem ten lud przeczyta taki kryminał krytycznie. Zamyśli się. Zastanowi. I nie sięgnie po następny. 

Gardner Lisa, „Sąsiad”, tłum. Monika Wiśniewska, wyd. Sonia Draga, Warszawa 2015

czwartek, 9 lipca 2015

Dorota Abramowicz, „Największe tajemnice Pomorza. Zaginione skarby. Niewyjaśnione zagadki. Zapomniane miejsca”


Książka Doroty Abramowicz o tajemnicach Pomorza to idealna lektura na wakacje, zwłaszcza jeśli spędza się je właśnie na Pomorzu. Znana dziennikarka z „Dziennika Bałtyckiego” od lat tropi różne sensacyjne tematy i wątki związane z tym regionem.

W „Największych tajemnicach Pomorza” przeczytać można o nawiedzonych miejscach na Pomorzu, poszukiwaniach Bursztynowej Komnaty i mrocznych sekretach gauleitera Alberta Forstera; o Brunonie Groningu - tajemniczym uzdrowicielu z Gdańska-Oliwy, najrozmaitszych skarbach, w tym o zaginionym skarbcu Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, UFO na Pomorzu, templariuszu ze Skarszew i polskim astrologu Leszku Weresie, który na kilka dni wcześniej przewidział zamach 9/11 w Nowym Jorku. 

Dorota Abramowicz ma lekkie pióro i pisze tak, że przykuwa od razu uwagę czytelnika, zwłaszcza takiego, dla którego słowa „tajemnica” i „nieznane” należą do najbardziej atrakcyjnych. Jej opowieści są żywe i barwne, oparte w większości na relacjach świadków pamiętających dramatyczne dzieje Pomorza związane z II wojną światową i jej końcem. 

Rzuciłam się na tę książkę, bowiem idealnie pokrywa się ona z tym, czym od przeszło 20 lat sama zajmuję się zawodowo i prywatnie. Mam za sobą niejedną interesujacą wycieczkę śladami Bursztynowej Komnaty i innych pomorskich skarbów. W sierpniu 1979 roku, będąc na wczasach FWP w Jastarni na Helu, na własne oczy widziałam ów słynny pojazd, który do dziś uchodzi za pojazd UFO. Pamiętam, jak wieczorem stałam z innymi ludźmi na plaży i gapiłam się w niebo na tajemniczą świetlistą kulę lecącą po niebie w stronę Zatoki Gdańskiej. W latach 90. poszłam z ciekawości na spotkaniu miłośników Brunona Groninga w Wojewódzkim Domu Kultury w Bydgoszczy. W tym samym czasie wysłuchałam jednego z arcyciekawych wykładów na temat astrologii, które Leszek Weres wygłosił na jakimś festiwalu parapsychologicznym. Reportaże Doroty Abramowicz doskonale uzupełniają moją wiedzę na te i inne interesujące tematy.

Należę do osób bardzo wybrednych, ale muszę powiedzieć, że zakup tej pozycji i jej lektura są dla mnie niezwykle satysfakcjonujące. Książka pani Abramowicz z pewnością trafi na honorowe miejsce na mojej półce z przewodnikami turystycznymi i wydawnictwami regionalnymi. 

Jedyne, co mnie martwi to fakt, że takich publikacji nie wydają POLSKIE wydawnictwa, tylko będący w niemieckich rękach polskojęzyczny „Dziennik Bałtycki”. Zawsze jak biorę do ręki tę gazetę, czuję się jak Polak-patriota w czasie okupacji, kiedy czytał prasę wydawaną po polsku przez hitlerowców. 

Jak można było dopuścić, by polskie media, w tym prawie wszystkie dzienniki, znalazły się w obcych rękach? Proces ten nastąpił tuż po 1989 roku, prawie niezauważenie dla opinii publicznej. Obecnie jedynym dziennikiem w języku polskim i należącym do polskiego kapitału jest „Nasz Dziennik” Ojca Rydzyka. Wszystkie inne – to gazety z udziałem kapitału obcego. Jest nad czym zapłakać! Jest o co powalczyć!  

Tak to wygląda obecnie, te tytuły wydawane są po polsku, ale ich wydawcy są obcy:

Polecam jeszcze ten obrazek pod rozwagę:




Abramowicz Dorota, „Największe tajemnice Pomorza. Zaginione skarby. Niewyjaśnione zagadki. Zapomniane miejsca”, wyd. Polska Press sp. z o.o., Oddział w Gdańsku, Gdańsk 2015