Translate

piątek, 15 maja 2015

Franceska Michalska, „Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia”



Oto krótka, ale treściwa książeczka pt. „Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia”. Opowiada o polskiej Drodze Krzyżowej i polskiej Golgocie, o Polakach żyjących na naszych dawnych Kresach, ich straszliwych cierpieniach i tułaczym losie.  Jej autorka to  Franceska Michalska z domu Waśkowska, lekarka z Siemiatycz, urodzona w 1923 r. na Wołyniu, tuż za granicą polsko-sowiecką. Niestety, urodziła się po niewłaściwej granicy, czyli po tej stronie Polski, która została w 1920 r. przyznana Związkowi Sowieckiemu.

Rodzina Waśkowskich mieszkała we wsi Maraczówka, która leży – jak pisze autorka – w połowie drogi między Berezdowem a Sławutą. Tą słynną Sławutą, której ostatni właściciel i dobroczyńca okolicznej ludności (nie tylko zapewniał jej pracę, ale także fundował szkoły, szpitale, apteki i domy starców dla swych podopiecznych), książę Roman Damian Sanguszko, został brutalnie zamęczony na śmierć przez bolszewicką dzicz w 1917 r. Oto zdjęcie z Wikipedii przedstawiające jego zamęczone ciało. Czyż nie przypomina Chrystusa zdjętego z krzyża? Książę Roman Sanguszko, ordynat Zasławski, w chwili śmierci był starcem i naprawdę nie zasłużył na taki los! 

Z tamtych okolic Polacy uciekali przed bolszewikami, co zostało opisane m. in. przez Zofię Kossak-Szczucką i Marię Dunin-Kozicką. Tych, którzy pozostali na ziemi swych przodków, spotkał bolesny los. Byli gnębieni i rozstrzeliwani przez Czeka, cierpieli w latach Wielkiego Głodu (Hołodomoru) na Ukranie (kolejna represja przygotowana przez Stalina dla nieposłusznych Polaków), a w 1936 r. wywiezieni w goły, bezludny step do Kazachstanu.

Waśkowscy przeszli te wszystkie koleje losu, ale jakoś przeżyli. Franceska zaczęła chodzić do szkoły jeszcze na Ukrainie, potem uczyła się w Kazachstanie, marząc wciąż, by się stamtąd jakoś wyrwać. Uzyskała pozwolenie NKWD na podjęcie studiów medycznych w Azji, potem przenosiła się na inne uczelnie, coraz dalej na zachód, by być bliżej domu. Studiowała w Charkowie tuż po jego wyzwoleniu przez Armię Czerwoną, potem w Czerniowcach (przedwojenne miasto rumuńskie, które zostało opanowane przez Sowietów). Po zakończeniu wojny starała się o repatriację do Polski i z wielkim trudem się jej udało. Edukację medyczną dokończyła już w naszym kraju. Udało się jej także sprowadzić do Polski rodziców, ale dopiero w latach 50.

To jest książka opowiadająca o indywidualnym ludzkim losie, ale na tym jednym przykładzie jasno widać, jak wyglądały dzieje Polaków z Kresów, jaką gehennę i Drogę Krzyżową musieli przejść ci, o których Polska nie zadbała po zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 r. W notce od redakcji czytamy: „Wspomnienia Franceski Waśkowskiej-Michalskiej są przejmującą opowieścią o cenie, jaką naród polski zapłacił za błędy popełnione przez delegację polską podczas polsko-sowieckich rozmów pokojowych w latach 1920-1921.” Chodzi o traktat ryski, który pozostawił w rękach Sowietów masę Polaków żyjących po drugiej stronie granicy.

Pisał o tym m. in. Władysław Pobóg-Malinowski w „Historii politycznej Polski 1864-1945”: „Wszechwładny Sejm rękoma Grabskiego pogrzebał w Rydze nie tylko sprawę niepodległości ukraińskiej. Traktat preliminaryjny bezwzględnie i brutalnie deptał tradycję, która od czasów Kościuszki przez cały wiek XIX wołała nie tylko o wolność i niepodległość, ale też o całość przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Deptał nie mniej brutalnie starszą jeszcze tradycję W. Ks. Litewskiego – stawał się krzyżem przez polskie ręce wzniesionym nad grobem wielkiej przeszłości narodowej.” Podpisany w 1921 r. traktat ryski skazał na „straszliwą niewolę sowiecką i na szybkie wytępienie przez sowieckie metody ponad milion ludności jak najbardziej polskiej, zwłaszcza na obszarze nadberezyńskim z gęsto rozsianymi tam zaściankami szlachty zagrodowej, zbiedniałej materialnie, ale tak bogatej w tradycje i tak mocno przez krew powstańczą, przez gwałty Murwjowa, przez Sybir z Polską związanej.”

Traktat ryski wywołał oburzenie u Polaków. Pochodzący z podarowanej Sowietom Mińszczyzny profesor Marian Zdziechowski nazwał go publicznie „zbrodnią”, popełnioną „z lekkim sercem, bez żalu, bez wyrzutów sumienia, niemal z triumfem”. Biskup Zygmunt Łoziński określił działania Grabskiego w sprawie traktatu ryskiego „zdradą stanu” i domagał się sądu nad nim. Wnuk Tadeusza Rejtana, Adam Grabowski, w Sejmie, z galerii dla publiczności, rzucił na salę poselską wydrukowaną ulotkę, gdzie protestując przeciw oddaniu Rosji ziem od wieków polskich, nazwał Grabskiego „Kainem”. Taka właśnie była błędna polska polityka w stosunku do Związku Sowieckiego, której ofiarami stało się około milion Polaków, w tym rodzina Waśkowskich ze wsi Maraczówka na Wołyniu. 

Michalska Franceska, „Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia”, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2007

czwartek, 14 maja 2015

F. Paul Wilson, „Twierdza”



Tajemniczy potwór w okrutny sposób morduje po kolei Niemców z Wehrmachtu, którzy opanowali bezludną twierdzę w górach Rumunii. 

„Twierdza”, której autorem jest amerykański autor Francis Paul Wilson, to typowy horror z lat 1970. Zostały tam pożenione motywy grozy zaczerpnięte z rumuńskiego folkloru, powieści „Drakula” Brama Stokera i twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta.  Szczególnie początek jest godny uwagi ze względu na narastające poczucie zagrożenia i niebezpieczeństwa nadchodzącego zewsząd. 

Zawiązanie akcji jest takie: oddział niemieckich żołnierzy stacjonuje w twierdzy, której mury są od środka nabijane tajemniczymi krzyżami, które wyglądają jak wykonane ze srebra i złota. Te krzyże to podróbka z lichego kruszcu, ale jeden z nich jest naprawdę z cennych metali. Żołnierze znajdują go i wydłubują ze ściany, przy czym odkrywają ukryte wcześniej przejście do podziemi. Mają nadzieję, że znajdą schowane tam skarby z okresu średniowiecza. Wchodzą więc do podziemi, a tam – łatwo zgadnąć! – czyha na nich potwór! Jeden trup, drugi, trzeci i tak dalej. 

Bezimienny początkowo potwór atakuje i zabija kolejnych żołnierzy. Dowódca oddziału prosi o pomoc swoje dowództwo. Wtedy przysyłają mu ratunkowy oddział SS. Ale i z nimi rumuński potwór radzi sobie doskonale. Kiedy już nie ma wyjścia, Niemcy proszą o pomoc żydowskiego profesora historii z Bukaresztu, który zna wszystkie sekrety tej twierdzy. I tak dalej, i tak dalej… Aż do finałowej rozgrywki sił Dobra i Zła w rumuńskich górach. Podkreślić należy, że autor tej powieści dokonał skrupulatnego rozróżnienia pomiędzy „dobrymi Niemcami” z Wehrmachtu (a najlepsi Niemcy, jego zdaniem, pochodzą z Prus Wschodnich) i „złymi Niemcami” z SS.  Wina SS-manów polega głównie na tym, że planują utworzenie w Rumunii obozu koncentracyjnego dla Żydów. 

Akcja „Twierdzy” płynie bardzo szybko. Czyta się to nawet dobrze do momentu, kiedy potwór będący skrzyżowaniem wampira Drakuli z bestiami z powieści Lovecrafta jest tylko cieniem nadchodzącym z głębin. Ale kiedy zaczyna przybierać ludzkie kształty i pozy, a także wygłaszać moralizatorskie kazania na temat Holocaustu -  zaczyna się po prostu farsa. Naprawdę można paść z śmiechu, czytając tyrady „dobrego” wampira deklarującego walkę z niedobrym Adolfem Hitlerem o życie rumuńskich Żydów. 

Przy wszystkich niedociągnięciach fabularnych, jest to jednak dość dobry horror, który w roku jego polskiej premiery, czyli 25 lat temu, pochłonęłam jednym tchem. Cóż, człowiek młody, to i głupi. W młodości czyta się wszystko i z łatwością łyka się różne bzdury bez zastanawiania się. 

Dzisiaj wróciłam do tej książki, by zobaczyć  w jaki sposób motyw „dobrego Niemca” z Wehrmachtu oraz Holocaustu trafił do literatury popularnej. Ten „dobry Niemiec” z tej czy z innych książek, to element antypolskiej nagonki, która już w tamtych czasach nadchodziła do nas zza oceanu. Kolejnym jej etapem było mówienie o „polskich obozach zagłady”, a skończy się na tym, że Ameryka uzna, że to Polacy zamordowali Żydów, a Niemcy wkroczyli do nas w 1939 roku, by ich bronić. 

Mało kto zdaje sobie sprawę, że ten proces prania mózgów zaczął się właśnie od takich bzdur jak ten horror. 

Wilson Paul, F., „Twierdza”, brak tłumacza, Wyd. Amber, Poznań 1990

niedziela, 10 maja 2015

Stanisław „Cat” Mackiewicz, „Dom Radziwiłłów”




Historia tej książki jest dość tajemnicza. Trzeba najpierw wyjaśnić, kto komu ukradł temat literacki o Radziwiłłach i kasę związaną z wydaniem monografii ich rodu. I jakie były kręte losy maszynopisu rewelacyjnej książki i cudownej opowieści o historii Polski?

Historia powstania „Domu Radziwiłłów” Stanisława Mackiewicza jest wręcz sensacyjna. Zaczyna się od tego, że Caroline Lee Bouvier Canfield, młodsza siostra prezdentowej USA Jacqueline Lee Bouvier Kennedy (żony prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego) w 1959 r. poślubiła księcia Stanisława Albrechta Radziwiłła, syna księcia Janusza Franciszka Radziwiłła, ostatniego ordynata na Ołyce.

O Radziwiłłach, czyli rodzinie szwagra prezydenta Ameryki, natychmiast zrobiło się głośno. Zainteresowały się nimi ówczesne zachodnie tabloidy. Świat chciał się dowiedzieć o nich więcej i powstało zapotrzebowanie na jakąś obszerniejszą historyczną publikację. Zarobić na Radziwiłłach chciał m. in. niemiecki wydawca Klaus Piper, właściciel oficyny Piper-Verlag z Monachium, który w 1962 r. zamówił u Stanisława Mackiewicza (pseudonim Cat), przedwojennego redaktora wileńskiego pisma „Słowo” i powojennego premiera Rządu Polskiego na Uchodźstwie książkę na temat rodu Radziwiłłów. Na Mackiewicza znającego Litwę, Wilno, a i samych Radziwiłłów osobiście, zwrócił Piperowi uwagę emigracyjny pisarz polski Tadeusz Nowakowski, który mieszkał wówczas w Niemczech. Mackiewicz wywiązał się z zadania znakomicie. Książkę „Dom Radziwiłłów” napisał dość szybko, a maszynopis przesłał Nowakowskiemu.

I tu zaczyna się  jakaś tajemnicza sprawa, bowiem oficyna Piper Verlag, mimo wcześniejszego zamówienia, nie wydała tej publikacji. Zamiast niej wypuściła w 1967 r. napisaną po niemiecku książkę Nowakowskiego pt. „Die Radziwills”. Trochę to dziwne, prawda? Nie drukować książki człowieka, który znał temat z autopsji, a wydać zamiast tego publikację kogoś, kto wcale nie znał Litwy, ale miał tę przewagę, że był na miejscu… Może mógł coś tam naszeptać do uszka wydawcy… A może książka Mackiewicza była nie w smak niemieckiemu wydawcy? Może była zbyt dygresyjnie napisana jak na wymogi zachodniego czytelnika, nie mającego pojęcia o skomplikowanej historii Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego?

Stanisław Mackiewicz posiadał jeszcze jeden maszynopis „Domu Radziwiłłów”, więc próbował wydrukować go w polskim czasopiśmie „Kierunki”, z którym współpracował od powrotu z Londynu w 1956 r. Redakcja „Kierunków” jednak tekst odrzuciła, rzekomo z powodu nadmiernej jego wsteczności i reakcyjności. Wkrótce potem warszawski maszynopis „Domu Radziwiłłów” zaginął. Nie wiadomo dokładnie w jakich okolicznościach to się stało. Są dwie wersje. Jedna mówi, że został zarekwirowany podczas rewizji milicji w mieszkaniu Mackiewicza. Druga, że ktoś go ukradł już po jego  śmierci.

Pamiętajmy jednak, że był wciąż  maszynopis niemiecki wysłany niegdyś do Tadeusza Nowakowskiego. I ten właśnie maszynopis w 1987 r. został przysłany do Polski do Jerzego Jaruzelskiego, który interesował się twórczością Mackiewicza.

– Udało mi się wydobyć maszynopis Mackiewicza od rodziny Hahna, który był przewidziany na tłumacza, ale się wykręcił – napisał do Jaruzelskiego Tadeusz Nowakowski w załączonym do maszynopisu liście. (Chodziło o nieżyjącego już Tadeusza Hahna, tłumacza książek z polskiego na niemiecki.) Trochę dziwna ta sprawa, zważywszy na fakt, że Mackiewicz podejrzewał Nowakowskiego, iż nie tylko wygryzł go z współpracy z Piper Verlag, ale także ściągał z jego pracy pisząc swoich „Die Radziwills”… Teraz obaj już nie żyją, ale fakt niezbyt czystego zagrania Nowakowskiego pozostaje… Jerzy Jaruzelski opisał całą tę historią we wstępie do książki datowanym na luty 1988 r. Jednak książka o Radziwiłłach ujrzała światło dzienne dopiero w 1990 roku.

To tyle o zawiłych losach maszynopisu, kradzieży tematów i kasy, a także podkładaniu sobie świni przez pisarzy. Swoją drogą, obaj Mackiewicze, zarówno Józef, jak i Stanisław, nie mieli szczęścia do kolegów i spadkobierców. Nie znam tekstu Nowakowskiego o Radziwiłłach, ale nie wierzę, by ktoś mógł lepiej opisać ten litewski ród niż niezrównany Cat Mackiewicz! Bowiem jego „Dom Radziwiłłów” to naprawdę wspaniała, lekko i barwnie napisana książka „do czytania”. Zaczyna się od tego, że w rozdziale pt. „Cztery znaczenia wyrazu; Litwin” autor tłumaczy czym jest Litwa wobec Polski: „Radziwiłłowie od wielu setek lat reprezentują Polskę, a przecież pochodzenie ich jest litewskie. Ci wszyscy, którzy słyszeli o Polsce, słyszeli także o największym polskim poecie, Adamie Mickiewiczu. Główny poemat Mickiewicza zaczyna się od słów: „Litwo, ojczyzno moja”.”

Dalej pisze o stopniowym polonizowaniu się starej litewskiej familii Radziwiłłów. Lekkim piórem maluje jego przedstawicieli od mitycznego Lizdejki (znalezionego w orlim gnieździe) począwszy poprzez królową Polski Barbarę Radziwiłłównę, jej kuzynów Mikołaja Rudego i Mikołaja Czarnego, kanclerza wielkiego litewskiego Albrychta Stanisława, Mikołaja Krzysztofa „Sierotkę” (który zasłynął swą pielgrzymką do Ziemi Świętej), niechlubnego Janusza Radziwiłła (to ten czarny charakter w „Potopie” Henryka Sienkiewicza), Michała Kazimierza „Rybeńko”, Karola Stanisława „Panie Kochanku” (opisany w „Pamiątkach Soplicy” Henryka Rzewuskiego), aż do tragicznego ostatniego ordynata na Ołyce Janusza Franciszka, który znalazł się w radzieckiej niewoli i zmarł w szarym PRL-u. Autor nie szczędzi zabawnych dygresji i anegdot o tych niezwykle ciekawych ludziach, często ekscentrykach i dziwakach.

Czasem pisze o dziwnych zbiegach okoliczności i chichotach historii: „A teraz posłuchajcie. Wpierw analogia do tego zdarzenia całkiem rzeczywistego. Oto w początkach wieku siedemnastego pierwszy car rosyjski z dynastii Romanowów, Michał, przyjechał do Moskwy z monasteru Ipatjewa. Trzysta lat później ostatni car rosyjski był zamordowany w Jekaterynburgu także w domu Ipatjewa. Książę Radziwiłł Sierotka był pierwszym ordynatem na Nieświeżu i zbudował wielki zamek nieświeski, otoczony wałami fortecznymi i kanałami z wodą. W 1939 r. do zamku tego wkroczyły władze radzieckie. Objęły go w posiadanie i mianowały komisarza, który zamkiem miał zarządzać. Nazwisko tego komisarza brzmiało: Sierotka.”

Mackiewicz jako świadek wielu ważnych wydarzeń i rasowy reporter nie cofa się także przed osobistym spojrzeniem na historię Radziwiłłów. Opisuje m. in. znalezienie w wileńskiej katedrze w 1931 roku królewskich trumien schowanych głęboko w jamie pod fundamentami trzysta lat wcześniej przed rosyjskimi wojskami: „Było to 21 września 1931 r. późnym wieczorem. Pamiętam, jak o jedenastej w nocy uprosiłem prałata Sawickiego, aby mnie wpuścił do świeżo odkrytego grobu. W katedrze było ciemno, używano tylko ręcznych lampek elektrycznych. (…) Jeden robotnik, który nie wchodził jeszcze do grobu, prosi, aby mógł zejść ze mną, bo chce zobaczyć. Trzeba się odwrócić tyłem i wcisnąć w otwór, schodzić bardzo ostrożnie. Lampka ręczna rzuca swój blask półślepy, szukający trwożliwy. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegam, to zieleń trupiej czaszki króla Aleksandra. Potem widzę koronę na czaszce, resztki kościotrupa oraz złotogłowie, na których leżą resztki królowej Barbary. Złotogłów wciąż biały ze złotym renesansowym odcieniem. (…) Oto półeczka nad murem i oto na tej półeczce zapomniana w pośpiechu korona królowej Halszki, pierwszej żony Zygmunta Augusta…”

Dużo by jeszcze można cytować, ale nie będę. Mam nadzieję, że rozbudziłam apetyt na smakowitą prozę Stanisława Mackiewicza, uroczego gawędziarza i prawdziwego mistrza słowa. Nie wiem, czy nie lepszego mistrza słowa niż jego młodszy brat Józef, który pisał wprawdzie znakomicie, ale wybierał raczej dość ponure tematy, a jego proza na pewno nie działa tak odprężająco jak urocze gawędy starszego z braci M.     

Stanisław „Cat” Mackiewicz, „Dom Radziwiłłów”, wyd. Czytelnik, Warszawa 1990