Translate

sobota, 20 grudnia 2014

Barbara Iskra-Kozińska, „Czerwone niebo nad Wołyniem”



Nocą z 6 na 7 grudnia 1943 r. na zawsze zniknęły z powierzchni ziemi trzy sąsiadujące ze sobą polskie wsie na Wołyniu: Okopy, Budki Borowskie i Dołhań w powiecie sarnenskim. Wszystkie domy w tych miejscowościach najpierw zostały obrabowane, a potem podpalone. W okrutny sposób zamordowano około 60 mieszkańców tych wsi, w tym kobiety, starców i dzieci, a także uprowadzono i zamęczono tamtejszego proboszcza księdza Ludwika Wrodarczyka. Dokonali tego sąsiedzi z pobliskich wiosek, Ukraińcy, kobiety i mężczyźni, zwolennicy ideologii Stepana Bandery, członkowie UPA, którzy dokonali czystki etnicznej, by usunąć z Wołynia znienawidzonych Polaków.

O tych wydarzeniach opowiada wzruszająca książka Barbary Iskry-Kozińskiej „Czerwone niebo nad Wołyniem” dedykowana Polakom pomordowanym przez Ukraińców na Wołyniu. Jest to powieść biograficzna osnuta na motywach historii rodziny autorki, której przodkowie od najdawniejszych czasów mieszkali na Wołyniu we wsi Okopy. Wokół żyli sami Ukraińcy. Najbliższym miastem było Rokitno odległe o około 20 kilometrów. Jedyna droga do Rokitna prowadziła przez ukraińską wieś Karpiłówka, przez którą już przed wojną Polacy przejeżdżali z lękiem i duszą na ramieniu. Wcześniej obie narodowości żyły zgodnie, ale kiedy w latach 30. zaczął podnosić głowę ukraiński nacjonalizm, żaden Polak nie mógł być bezpieczny podczas pobytu w ukraińskiej wsi. Wszystkie spotkania i zabawy kończyły się bójką. Ukraińska nienawiść narastała stopniowo, aż do tragicznego końca, kiedy ze wsi Okopy nie pozostał kamień na kamieniu, a jej mieszkańcy albo zostali pomordowani przez banderowców, albo uciekli z Wołynia na zawsze, tak jak chcieli Ukraińcy.  

Głównymi bohaterami powieści są Michalina i Wincenty Kozińscy (dziadkowie autorki) oraz ich potomstwo: córka Helenka i trzech synów, czyli Franciszek, Dominik i Zdzisław. Kozińscy mieli pochodzenie szlacheckie, ale w okresie międzywojennym, kiedy toczy się ta opowieść, utrzymywali się wyłącznie z pracy własnych rąk. Mieli duże, dobrze utrzymane gospodarstwo rolne i sad, hodowali także rasowe konie i bydło. Dobrze im się powodziło, stać ich było na wysyłanie dzieci do szkół w mieście. Najstarsza Helenka ukończyła prywatne gimnazjum w Rokitnie, zaś dwaj synowie – tamtejszą średnią szkołę wojskową.  

Autorka „Czerwonego nieba nad Wołyniem” jest córką najmłodszego syna, czyli Zdzisława Kozińskiego. W powieści odmalowała losy swych przodków na tle szerszej panoramy całej wsi, a nawet parafii. Mamy więc tu historię kuzyna Kacpra Kozińskiego, który ożenił się z Ukrainką z Karpiłówki, jest opowieść o zaprzyjaźnionym z rodziną Kozińskich księdzu Ludwiku Wrodarczyku, o dzielnej nauczycielce Felicji Miasojad, a także o partyzantach polskich i radzieckich. Kozińska opisała ze szczegółami życie codzienne mieszkańców Kresów w okresie międzywojennym, przedstawiła ich całoroczne święta, zwyczaje i obrzędy (m. in. Boże Narodzenie, Dożynki, Noc Świętojańska, sianokosy, rytuały weselne polskie i ukraińskie). Udało się jej niezwykle plastycznie odtworzyć rytm życia Polaków na Wołyniu oraz malownicze wołyńskie krajobrazy, kolory, zapachy i smaki. Dzięki tej książce po raz pierwszy naprawdę „poczułam” Wołyń z jego malowniczymi pejzażami i interesującymi, „charakternymi” mieszkańcami.

Kresowa idylla Polaków skończyła się w 1930 r. Przyszła wojna i pierwsza okupacja sowiecka, kiedy Kozińscy żyli cały czas w strachu, że w każdej chwili może po nich przyjść NKWD i wywieźć w nieznane. Potem  nadeszła okupacja niemiecka. III Rzesza popierała nacjonalistyczne dążenia Ukrainców, którym śniła się „samostijna” Ukraina. Omamieni przez hasła Stepana Bandery Rusini, mawiali wtedy, że „samostijna Ukraina będzie wtedy, kiedy oni będą po kolana brodzić we krwi Polaków (w książce cytowane jest popularne hasło UPA: „bude todi Ukraina, jak popłynie laćka krow po kolina”).

Mieszkańcy trzech polskich wsi wiedzieli dobrze, że nikt ich przed Ukraińcami nie obroni. Na Wołyniu byli wprawdzie polscy partyzanci, m. in. 27. Wołyńska Brygada AK a także zgrupowanie partyzanckie „Jeszcze Polska nie zginęła” Roberta Satanowskiego, jednak te oddziały operowały daleko za Rokitnem. Polacy z Okopów mogli więc liczyć wyłącznie na siebie. Trochę wsparcia mogła im ewentualnie udzielić kryjąca się po lasach sowiecka partyzantka.
  
Kiedy na Wołyniu zaczęły się „czerwone noce”, to znaczy kiedy na nocnym niebie widać były łuny płonących polskich wiosek, podpalonych przez Ukraińców i zewsząd dochodziły słuchy o mordach banderowców oraz o tym że prawosławni popi święcą siekiery i inne narzędzia zbrodni, Polacy zaczęli wystawiać wokół wsi straże. Jednak i na Okopy przyszła zagłada. Nocą z 6 na 7 grudnia 1943 r. wioska została zaatakowana przez oddział uzbrojonych banderowców. Podeszli tak cicho, iż nawet czujki nie zauważyły. Dostrzegł ich jeden z wiejskich chłopaków i podniósł alarm. Mieszkańcy błyskawicznie załadowali na konne wozy przygotowane wcześniej zapasy jedzenia i uciekli do lasu. Dzięki temu większość z nich uszła z życiem. W kościele w Okopach został miejscowy proboszcz, ksiądz Wrodarczyk, który zamierzał  bronić Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem przed banderowców. Modlił się przed ołtarzem, kiedy mordercy przyszli po niego. Zginął męczeńską  śmiercią, porwany przez banderowców i zamęczony w jednej z pobliskich wsi ukraińskich. Jest to podobno jedyny znany przypadek uprowadzenia ŻYWEGO Polaka z miejsca zbrodni w celu dalszego męczenia go i torturowania. Być może chodziło o to, że Ludwik Wrodarczyk był kapłanem rzymsko-katolickim? Może przygotowano dla niego bardziej wyrafinowane tortury niż dla świeckich? Nie wiadomo, jakie były pobudki bandytów.

W powieści jest mowa o tym, że ksiądz Wrodarczyk był przed śmiercią torturowany we wsi Kisorycze, dokąd Ukraińcy poprowadzili go z powrozem na szyi, potem został zarąbany siekierą, w końcu wyjęto mu z piersi serce. Inna wersja mówi o tym, że 6 grudnia 1943 r. kapłan został przepiłowany żywcem przez ukraińskie kobiety we wsi Moczulanka, a jeszcze inna – że Ukrainki zabiły go w lesie niedaleko Karpiłówki, (tej wersji towarzyszy szereg przerażających szczegółów, wieśniaczki wcześniej torturowały go, rozebrały do naga, włożyły mu na głowę koronę uplecioną z drutu kolczastego, a następnie ukrzyżowały do góry nogami na dębie). Ksiądz Wrodarczyk jest obecnie patronem gimnazjum w Radzionkowie na Śląsku, skąd pochodził. Od niedawna toczy się jego proces beatyfikacyjny. Został też uhonorowany pośmiertnie orderem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za ratowanie Żydów podczas okupacji hitlerowskiej. Order za ratowanie Żydów otrzymała również zamordowana przez banderowców latem 1943 r. nauczycielka Felicja Miasojada z Okopów, która uratowała dwóch Żydów po likwidacji getta w Rokitnie.

Barbara Kozińska pisze, że tej samej nocy banderowcy spalili trzy sąsiadujące ze sobą polskie wsie na Wołyniu, to jest Okopy, Budki Borowskie i Dołhań. Zamordowali wówczas około 60 osób. Ich ciała posiekana na kawałki, znaleziono następnego dnia i pochowano we wspólnej mogile: „Nie chciano pozostawić ciał na pastwę losu, wiedząc, że w pobliżu kręcą się wilki. Ziemia była zmarznięta, więc zaczęto szukać dołów po kartoflach, kopcach. Znaleziono taki dół w pobliżu, za szkolnym boiskiem. Partyzanci rozkopali i wyczyścili dół ze śniegu, po czym zaczęli umieszczać tam ciała. Układano je jedne obok drugich. Ludziom same łzy cisnęły się do oczu. Stary Jarosz płakał; szlochał i wycierał od czasu do czasu nos w chustkę. Pomordowane małe dzieci układano obok matek – niemowlęta z odrąbanymi główkami, których ciałek nie można było skompletować, odnaleźć w tym padole ludzkiej krwi.”

Reszta Polaków z trzech wsi uratowała się dzięki ucieczce do lasu, gdzie przetrwała zimę, wiosnę i lato 1944 r. w szałasach i ziemiankach. Od ukraińskiego zagrożenia ostatecznie wybawiło ich dopiero przejście frontu i nastanie władzy radzieckiej, przed którą banderowcy uciekli w Bieszczady. Polacy z Okopów nie mieli dokąd wracać. Ich domy zostały spalone, a poza tym Sowieci zaplanowali przesiedlenie ich na Ziemie Odzyskane. Kozińscy powędrowali najpierw do Rokitna, a potem wyjechali „do Polski”, aż pod niemiecką granicę. Po Okopach nie ma już śladu. Tam, gdzie od czasów Bolesława Chrobrego mieszkali Polacy, dzisiaj są pola. Spełniło się marzenie Ukraińców o samostijnej Ukrainie.

Niezwykle zajmująca książka Barbary Kozińskiej stała się dla mnie inspiracją do dalszych poszukiwań związanych z Wołyniem. W sieci znalazłam nie tylko dokładny plan Okopów, ale także spis ostatnich mieszkańców, jak również dodatkowe informacje na temat nieznanego szerszemu ogółowi chrześcijańskiego męczennika, księdza Ludwika Wrodarczyka.

Kozińska Iskra Barbara, „Czerwone niebo nad Wołyniem”, wyd. Bellona, Warszawa 2012

A poza tym, warto zajrzeć tutaj:

Bronisław Janik, „Niezwykły świadek wiary na Wołyniu 1939-1943, ks. Ludwik Wrodarczyk OMI, Poznań 1993

Ojciec Ludwik Wrodarczyk OMI, Proboszcz i Męczennik ...



czwartek, 18 grudnia 2014

Józef Ignacy Kraszewski, „Kamienica w Długim Rynku”



„Kamienica w Długim Rynku” to mini-saga rodzinna wysnuta z dziejów dawnego Gdańska napisana jako owoc wycieczki Józefa Ignacego Kraszewskiego na Pomorze w 1867 r. Główną „bohaterką” utworu jest wielka kamienica przy Długim Targu w Gdańsku i zamieszkująca ją od XVIII wieku polska rodzina Paparonów. 

Powieść przedstawia dzieje kolejnych pokoleń tego rodu począwszy od szlacheckiego protoplasty, który przywędrował nad morze z Wielkopolski uciekając przed gniewem wielmożów, aż do zubożałych potomków żyjących w połowie XIX wieku. Utwór jest nieco balzakowski w klimacie, opowiada bowiem o związkach tej rodziny z pieniędzmi. Znajdziemy tu motywy poszukiwania rodzinnego skarbu, zaginionego testamentu oraz analizę rozkwitu i upadku kupieckiej rodziny Paparonów. Osią fabularną utworu jest romans ubogiej Paparonówny z synem zamożnego gdańskiego bankiera i jego konsekwencje. Sporo miejsca poświęcił autor rozważaniom na temat różnic w mentalności Polaków i Niemców.

„Kamienica w Długim Targu” to drugi, obok „Panienki z okienka” Deotymy, znany utwór literacki mówiący o związkach dawnego Gdańska z Polską. Ważne jest to, że tekst ten, chwała Bogu, wcale się nie zestarzał i nadaje się jeszcze do czytania. Był wydany tylko raz, w 1987 roku, a ówczesne wydanie zostało przygotowane na podstawie tekstu drukowanego na łamach popularnego dziewiętnastowiecznego pisma dla kobiet „Bluszcz” oraz późniejszego wydania książkowego opublikowanego za życia autora.  

Kraszewski Józef Ignacy, „Kamienica w Długim Rynku”, Wyd. Literackie, Kraków 1987

niedziela, 14 grudnia 2014

Stanisław Rembek, „W polu”



Zapomniana powieść Stanisława Rembeka „W polu” opowiada o epizodzie z wojny polsko-bolszewickiej, kiedy to polskie wojsko pod dowództwem generała Lucjana Żeligowskiego, cofało się, a raczej uciekało przed bolszewikami na zachód, na Warszawę. Akcja utworu rozgrywa się na Białorusi, a dokładnie na obszarze pomiędzy rzekami Berezyna, Auta i Wilia. Fabuła opowiada o losie jednej kompanii strzelców, którą jakieś fatum zaczęło prześladować od momentu śmierci kaprala Górnego poległego podczas patrolu. Ten szereg nieszczęść sprowadził na kompanię przyjaciel zabitego, który rzucił klątwę na kolegów, obwiniając ich o śmierć Górnego. I to życzenie spełniło się. 

Rembek, który sam brał udział w tej wojnie, posiadł zdolność niezwykle realistycznego ukazania tego, co dzieje się „w polu”. Mamy tu więc krew, pot, okopy, obolałe od marszu nogi, ludzi zmęczonych do ostatecznych granic i latające nad głową pociski. W powieści nie ma podziału na sceny i bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, wszystko jest równie ważne. Całość przypomina raczej reportaż historyczny z pola bitwy niż powieść. Nie ma tu żadnych nawiązań do obecnej w polskiej literaturze tradycji epiki wojennej, ani też do tradycji heroikomicznej w stylu wojaka Szwejka. Wiele jest scen brutalnych, pokazujących wojnę z jej najgorszej strony. Przy tym całym realizmie wojennym, zdarzają się w tym tekście epizody wręcz mistyczne, niczym z tekstów romantyków, np. widzenie żołnierza na polu bitwy, w którym ukazuje mu się zmarły kolega. 

Mimo niezaprzeczalnych walorów literackich, powieść ta jest bardzo trudna, wręcz nieprzyjemna w odbiorze. Po cóż więc przez nią brnęłam? Ano dlatego, że jest to jeden z najważniejszych w naszej literaturze tekstów o wojnie polsko-bolszewickie, obok powieści „Lewa wolna” Józefa Mackiewicza. Z tym, że Mackiewicz pisał z tzw. oddechem epickim, rysując szerszą perspektywę wydarzeń, zaś Rembek skupił się na losie prostego żołnierza w okopach i w trakcie odwrotu. Porównywano „W polu” z „Armią konną” Izaaka Babla, który także brał udział w tej samej wojnie, tylko z drugiej strony, czyli jako bolszewicki komisarz. 

Sięgnęłam po ten tekst na fali lektur dotyczących Kresów. Akcja powieści Rembeka rozgrywa się bowiem na terenach, z których polska ludność albo uciekła przed bolszewikami, albo była przez nich gnębiona. Nie zaszkodzi także poczytać o tym, co niektórzy z bohaterów „W polu” opowiadają o działaniach Czerwonych w innych, opanowanych przez nich wcześniej rejonach, np. w Kijowie: „Otóż przyjechała do nas, panie święty, żonina siostra, która wyszła za tutejszego obywatela ziemskiego, niejakiego Żyszkiewicza. Ten Żyszkiewicz był oficerem carskim i bolszewicy zakatrupili go zaraz na początku rewolucji. Uważa pan, wracał do domu z Besarabii i w Kijowie zaczepił go, panie święty, jakiś drab i – „Dawaj, panie święty, szyniel!”. A szwagier, że to była odważna bestia, plunął mu, panie święty, w zęby z nagana. Zaraz go zabrali do czerezwyczajki: „Szpion, kontrrewolucjonier!” Głodzili go, panie święty, poniewierali – nic nie wydobyli, chociaż podobno, jak jego żona mówi, był peowiakiem. Więc go w końcu, panie święty, rozstrzelali. Był chory na tyfus tak, że nie mógł ustać na nogach, to się, panie święty, trzymał wagonu, bo go na stacji rozstrzeliwali. To ci dranie, te bolszewiki, co? Podobno (podczas zimy!) wodę ze studni na niego, panie święty pompowali. Od tego dostał tyfusu…”

Po raz pierwszy powieść Rembeka była wydana w 1937 r. Spotkała się wówczas z zachwytami krytyki, a nawet zdobyła dwie nagrody literackie. W okresie PRL-u z była zakazana z powodu tematyki jaką poruszała. Wydawano ją na emigracji, zaś w kraju wznowiono dopiero w latach 90. Jednak nie wywołało to jakiegoś specjalnego zainteresowania twórczością Stanisława Rembeka. Tyle było wówczas tekstów, które przywrócono do obiegu czytelniczego, że ta skromna powieść jakoś nie wybiła się na plan pierwszy. Warto po nią sięgnąć, jeśli ktoś interesuje się kwestią wojny polsko-bolszewickiej na Kresach. Ostrzegam, że to lektura dla odpornych! 

Rembek Stanisław, „W polu”, wyd. Towarzystwo Upowszechniania Czytelnictwa, Warszawa 1996

czwartek, 11 grudnia 2014

Joanna Puchalska, „Dziedziczki Soplicowa”



Ta książka mogłaby się nazywać „Prawdziwe Soplicowo”, bo jest opowieścią o dworze w Czombrowie na Białorusi, który posłużył Adamowi Mickiewiczowi jako pierwowzór Soplicowa z „Pana Tadeusza”. Pod koniec XVIII wieku w Czombrowie położonym nieopodal jeziora Świteź pracował Mateusz Majewski, dziadek Mickiewicza po kądzieli, a także jego córka Barbara, przyszła matka poety (była tam panną apteczkową). Ówczesna właścicielka Czombrowa, Aniela Uzłowska, została matką chrzestną Mickiewicza. 

W Czombrowie na początku XIX wieku miał miejsce zajazd szlachecki, który później został opisany w „Panu Tadeuszu”. Historia kolejnych dziedziców i dziedziczek tego dworu jest dość typowa dla tamtych okolic. Szczególnie wiele dramatyzmu spotkało rodziny Uzłowskich i Karpowiczów w pierwszej połowie XX wieku: I wojna światowa, wojna polsko-bolszewicka, krótki okres spokoju w okresie międzywojnia, a potem znowu wejście Sowietów, więzienia i wywózki. Ostatni dziedzic Czombrowa, Janusz Karpowicz, zmarł na zesłaniu wywieziony „za pierwszych Sowietów”, dwór spalili radzieccy partyzanci podczas niemieckiej okupacji, a ostatnia dziedziczka, Maria Karpowiczowa, zdążyła jeszcze wyrzucić przez okno rodzinne papiery. 

I właśnie owym dokumentom, cudem uratowanym z pożaru, zawdzięczamy tę książkę. Joanna Puchalska to spadkobierczyni dwóch rodzin, które panowały na Czombrowie. Wśród jej przodków są zarówno Uzłowscy, jak i Karpowiczowie. „Dziedziczki Soplicowa” powstały na bazie rodzinnej tradycji, a także starych rękopisów, rozmaitych zapisków i zdjęć. Autorka opisuje, jak kilkakrotnie jeździła na Białoruś, szukać śladów Czombrowa. Opowiada o tym, co tam jeszcze zostało z "Soplicowa", relacjonuje spotkania z tamtejszą ludnością, której starsi przedstawiciele pamiętają jeszcze rodzinę dziedziców ze dworu. Bardzo ciekawym wątkiem jest opowieść o tym, jak szukała śladów zamku Horeszków, który powinien znajdować się w pobliżu dworu.

Tradycja związana z tym, że Czombrów był mickiewiczowskim Soplicowem, była bardzo żywa w Polsce w okresie międzywojennym. Do Czombrowa ściągały  wycieczki, które zwiedzały zabytki na „szlaku mickiewiczowskim”. Mieszkańcy dworu służyli wtedy jako przewodnicy i opowiadali różne pasjonujące, nie zawsze jednak prawdziwe historie, m. in. pokazywali turystom ławeczkę, na której „Zosia po raz pierwszy całowała się z Tadeuszem”. 

W 1928 roku w Czombrowie nakręcono pierwszą, jeszcze niemą, ekranizację „Pana Tadeusza”, w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego. W filmie zagrali także mieszkańcy dworu i okoliczna ludność. W jednej ze scen można obejrzeć Janusza Karpowicza (tego, co go Sowieci wywieźli w 1941 r.) jako gościa Sędziego (stoi na ganku w kontuszu).  

Film "Pan Tadeusz" z 1928 roku można sobie obejrzeć tutaj:


Puchalska Joanna, „Dziedziczki Soplicowa”, wyd. Muza, Warszawa 2014