Translate

niedziela, 10 września 2017

Adrian Carton de Wiart, „Moja Odyseja: awanturnik, który pokochał Polskę”



Adrian Carton de Wiart to Belg, który został Anglikiem i Anglik, który prawie został Polakiem. A przynajmniej przez całe dwudziestolecie międzywojenne mieszkał w Polsce, na kresach wschodnich, w miejscowości Prostyń w okolicy Pińska i był tam szczęśliwy. Wariat, awanturnik, żołnierz, sportsmen i myśliwy w jednej osobie. Niedawno ukazało się polskie tłumaczenie jego wspomnień. Znakomita lektura. Przeczytałam jednym tchem i jeszcze będę wracać!

Autor tej ksiażki urodził się w 1880 roku w Belgii w arystokratycznej rodzinie, uczył się w typowej brytyjskiej szkole dla chłopców z wyższych sfer, rozpoczął studia w Oxfordzie, ale bardziej ciągnęła go wojaczka, więc uciekł stamtąd na wojnę z Burami, którą Wielka Brytania prowadziła w Poludniowej Afryce. I tak zaczęła się jego kariera żołnierza w armii angielskiej. Potem była służba wojskowa w Indiach, walki z Szalonym Mułłą w Somalii, I wojna światowa i jej zachodni front we Francji oraz brytyjska misja wojskowa w Polsce zaraz po zakończeniu I wojny. Był obserwatorem wojskowym z ramienia aliantów podczas wojny polsko-ukraińskiej w 1919 roku i wojny polsko-bolszewickiej w roku 1920. 

W Polsce zatrzymał się na dłużej, bo spodobał mu się kraj, ludzie i możliwości polowania. Miał swój dom w Prostyniu/Prostyni (?) na Polesiu, gdzie mieszkał szczęśliwy przez parę wiosenno-letnich miesięcy w roku w towarzystwie swego brytyjskiego ordynansa i stajennego. Na resztę roku wyjeżdżał do Anglii lub podróżował. Przyjaźnił się ze znanymi Polakami, takimi jak Józef Piłsudski i książę Karol Radziwiłł, który podarował mu ten właśnie kawałek ziemi i dom na Polesiu, do którego można było dostać się tylko łodzią. Posiadłość Cartona de Wiart była położona niedaleko granicy polsko-sowieckiej. Prócz tego, że tam sobie polował i żył samotnie, zgodnie z naturą, pracował w tym czasie dla brytyjskiego wywiadu.   

II wojna światowa przyniosła kres jego poleskiej sielance. Znowu wrócił do wojska. W 1939 roku uciekł z Polski przez Rumunię, potem walczył w Norwegii i w Afryce, gdzie Włosi wzięli go do niewoli. Po uwolnieniu na zlecenie Winstona Churchilla pracował jako doradca wojskowy chińskiego przywódcy Czang Kaj Szeka. Zmarł w 1963 roku w Irlandii. 

Pozostawił po sobie arcyciekawe wspomnienia, pełne przygód i opisów wojskowych potyczek. Napisał je w stylu literackim, jaki najbardziej lubił, to jest w stylu przygodowych powieści dla młodzieży. Czyta się je lekko i sprawnie, choć czasami, oprócz szybkiej akcji spotkać można tam myśl, która poraża swoją głębokością. 

Oto, co Adrian Carton de Wiart, wieczny żołnierz, napisał o wojnie:

„Najcenniejsza lekcja, jaką wyniosłem z wojny, dotyczyła ludzi. Wojna działa na ludzi egalitarnie, zrównuje ich pod wieloma względami, ukazując ich takimi, jakimi są naprawdę, a nie takimi, jakimi chcą być, lub jak chcieliby być postrzegani przez innych. Pokazuje ich nagimi, przeplatając wielkość z marnością. Mimo, że zdarzyło mi się przeżyć wiele rozczarowań, to z nawiązką były one rekompensowane przez zaskakujące niespodzianki za sprawą zwykłych ludzi, którzy potrafili zdobyć się na rzeczy wielkie.” 

Najbardziej zaszokowało mnie to, że przez większość część życia autor tej książki był kaleką. Wiele bojowych czynów dokonał jako osoba naprawdę niepełnosprawna. Wyliczmy: na wojnie stracił oko, rękę i dostał postrzał w głowę (kula przeszła mu przez czaszkę z tyłu na wylot), potem jeszcze spadł ze schodów i złamał sobie kręgosłup. Ale wyżył i zawsze starał się powracać do pełnej sprawności.

Przy tym wszystkim był całkiem niebrzydkim mężczyzną. Nie nosił szklanego oka, tylko czarną opaskę niczym romantyczny pirat.

To jest jego portret namalowany przez Williama Orpena:


Źródło ilustracji: Wikipedia, File:Sir Adrian Carton de Wiart by Sir William Orpen.jpg

Carton de Wiart, Adrian, „Moja Odyseja: awanturnik, który pokochał Polskę”, tłum. Krzysztof Skonieczny, wyd. Bellona, Warszawa 2016



wtorek, 5 września 2017

Marek Wąs, „Gdańsk wojenny i powojenny”




„Gdańsk wojenny i powojenny” Marka Wąsa to znakomita i bardzo rzetelna książka o historii Gdańska. Jak dla mnie – jest to jedna z nielicznych wydanych ostatnio książek o II wojnie światowej, która nie jest ani zakłamana, ani sensacyjna, ani też nie pochyla się ze współczuciem nad „biednymi” Niemcami, którzy jakoby tak wiele ucierpieli w czasie II wojny światowej. To porządna, popularyzatorska książka, którą można polecić do czytania uczniom szkoły średniej lub studentom jako lekturę uzupełniającą. Przeczytałam ją dosłownie jednym tchem! 

Z uwagi na mój aktualny projekt pisarski (piszę książkę o swoich przodkach ze strony matki) od pewnego czasu siedzę w książkach o II wojnie światowej. Przeczytałam już ich kilkadziesiąt, mam setki stron notatek, skoroszytów, wszystko upakowane w kartonach… Przeglądam to, czytam, podkreślam, dyskutuję w myślach z autorami…

 No i mam pewien kłopot. Bo tak: liczne publikacje z czasów PRL-u są bardzo uczciwe w sensie pisania o niemieckich zbrodniach, ale ciąży nad nimi trochę socrealistyczny klimat tamtych czasów i ówczesna cenzura. Publikacje późniejsze są dużo rzadsze, bo, niestety, po 1989 roku wbrew woli narodu polskiego nastąpiło tzw. „pojednanie” z Niemcami (a kto ich prosił, by się jednać z odwiecznym wrogiem Polski?) i przez prawie 20 lat wychodziło bardzo mało książek o tym, ile złego zrobili Niemcy Polakom podczas okupacji. W to miejsce pojawiły się publikacje o „wypędzonych” Niemcach, zgwałconych Niemkach i tak dalej. Nastąpiło drastyczne przesunięcie akcentów:  Niemki rzekomo zgwałcone przez Sowietów w czasie wyzwalania Polski stały się ważniejsze od Polaków zamordowanych przez Niemców. Z tego powodu najnowsze książki o niemieckiej okupacji Polski są dla mnie do niczego, bo przedstawiają niemiecki punkt widzenia, a nie polski. 

Na tym tle książka Marka Wąsa jaśnieje niczym piękny brylant z powodu uczciwego postawienia sprawy. To nie jest kolejna publikacja o tym, jak „biedni” niemieccy mieszkańcy Gdańska ucierpieli od okrutnych Sowietów i Polaków. 

To jest książka o tym, jak niemieccy mieszkańcy Gdańska sami sobie zgotowali swój los. Autor opowiada,  jak mieszkańcy Wolnego Miasta Gdańska w latach 1930. entuzjastycznie przyjęli rodzący się w Niemczech faszyzm i jak poparli Alberta Forstera, późniejszego gauleitera prowincji Gdańsk-Prusy Zachodnie, a także o tym, jak gorąco witali w swoim mieście Adolfa Hitlera, który w początkach II wojny światowej odbył uroczysty przejazd ulicami Gdańska w otwartym samochodzie. Wszystko, co stało się później, wszystkie krzywdy jakie ich spotkały - były logiczną konsekwencją wcześniejszych wyborów Gdańszczan. Tak, że nie ma co płakać nad ich losem, bo sami go sobie wybrali.  Mimo wszystko istnieje coś takiego jak sprawiedliwość dziejowa, chociaż czasem oparta jest ona na zbiorowej odpowiedzialności. Ale przecież sami Niemcy stosowali wobec nas odpowiedzialność zbiorową. Więc niby dlaczego nie powinni posmakować tego samego? 

Czytamy w tej książce o tym, jak podle zachował się wobec Polaków bliski kumpel Forstera (to znaczy Forster wynajmowal pokój w jego mieszkaniu, jak przyjechal do Gdańska), czyli gdański biskup Carl Maria Splett, który od początku wojny likwidował polski Kościół Katolicki na Pomorzu; jak Niemcy wysiedlali Polaków z Pomorza, jak dokonywali zbrodni w Lasach Piaśnickich i pod Starogardem, gdzie zabili tysiące ludzi; jak Forster próbował zbudować w nową Gdańsku „stolicę niemieckiego Wschodu”, a potem jak kończyło się niemieckie panowanie nad Bałtykiem, jak wyglądało wyzwolenie Gdańska, wysiedlenie jego niemieckich mieszkańców, pojawienie się nowych polskich mieszkańców i jak wyglądała odbudowa Gdańska z ruin. 

Właściwie wcale mogło nie dojść do tej odbudowy, bo Gdańsk był dla Polaków symbolem nienawistnej, zbrodniczej niemczyzny. Zdarzały się na przykład takie głosy jak posła na Sejm Edmunda Osmańczyka, który w kwietniu 1945 roku pisał:

„I oto leży miasto zabite. Trup Gdańska (…) Tu w Gdańsku sumuję na chłodno zniszczenia. Może jestem barbarzyńcą, ale  kiedy prof. Jan Kilarski, zasłużony historyk polskości Gdańska mówi o niemożności odbudowania Marienkirche, jest we mnie słona radość. Jeśli już spłonęły i padły w gruzy wszystkie zaułki starego Gdańska, jeśli zatonęły pod uderzeniem bomb spichrze – gdańskie żurawie, jeśli zginęło to wszystko, co przesycone było krzyżackim charakterem władztwa u ujścia Wisły, to my tego odbudowywać nie będziemy, ani nad zgliszczami łez ronić. (…) z Gdańska pozostało tylko to, co posiada każdy międzynarodwy port, a więc urządzenia portowe, stocznie, fabryki, przedmieścia robotnicze. Więcej nam nie trzeba. Gdańsk zbudujemy wreszcie sami na polską modłę a nie na krzyżacką butę.” (s. 238)

Autor wykorzystał w swej pracy ogrom materiałów źródłowych, od starych tekstów z czasów PRL-u po najnowsze opracowania i wywiady. Właśnie te ostatnie mnie najbardziej zszokowały. Zdziwiły mnie na przykład wypowiedzi gdańskich Niemek, że po wojnie nie urodziło się w Gdańsku ani jedno mongolskie dziecko, mimo, że Niemki były jakoby masowo gwałcone przez skośnookich żołnierzy Armii Czerwonej. Jak to się stało? Ano, pomogli litościwi Szwedzi z Czerwonego Krzyża, którzy zawitali do zrujnowanego Gdańska wiosną 1945 roku. Szwedzcy lekarze dokonywali masowych aborcji ciężarnych Niemek. Załatwiono to po cichu, pod pretekstem badań lekarskich. Trudny moralny orzech do zgryzienia dla katolików, prawda? Zwłaszcza niemieckich katolików!  

Jeszcze słówko o autorze. Wyguglowałam sobie Marka Wąsa z Gdańska i okazuje się, że został on parę lat temu wyrzucony z pracy w gdańskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. No cóż, to dla mnie wspaniała rekomendacja! Czekam na kolejne książki tego autora. A „Gdańsk wojenny i powojenny” chyba sobie kupię, bo czytałam egzemplarz z biblioteki. Myślę, że będę jeszcze korzystała z tej książki i chciałabym mieć ją pod ręką. 

Wąs Marek, „Gdańsk wojenny i powojenny”, wyd. Bellona, Warszawa 2016


piątek, 1 września 2017

II wojna zaczęła się w… Tczewie




Wciąż dokładnie nie wiadomo, gdzie i kiedy zaczęła się druga wojna światowa. Mieszkańcy Tczewa uważają, że to ich miasto było pierwszym miejscem, na które spadły niemieckie bomby. Tczew został zaatakowany nieco wcześniej niż Westerplatte. 

Pisałam na ten temat tekst w 2001 roku. Pracowałam wtedy jako terenowa korespondentka gdańskiego „Głosu Wybrzeża”. Rozmawiałam wówczas z ludźmi, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń. Dzisiaj pewnie już nie żyją. 

Chciałabym go tutaj przytoczyć w całości:

„Wojna zaczęła się w… Tczewie

Druga wojna światowa wybuchła w Tczewie - uważa Kazimierz Ickiewicz, tutejszy historyk oraz autor książki pod takim właśnie tytułem. - Bombardowanie Tczewa rozpoczęło się 11 minut wcześniej niż atak Niemców na Westerplatte. Na poparcie tej teorii mam stosowne dokumenty. Na Westerplatte zaczęło się o 4.45, zaś w Tczewie o 4.34. Jednak Westerplatte i tak jest najważniejszym symbolem początku tej wojny.

Naocznym świadkiem wybuchu drugiej wojny światowej w Tczewie był prawie 90-letni dziś Henryk Lemka, który w 1939 roku pracował w urzędzie miejskim. - Pełniłem dyżur nocny w magistracie, bo już spodziewaliśmy się ataku Niemców - opowiada wiekowy tczewianin. - Nad ranem nadleciały samoloty. Słychać było potężny huk silników. Okna kancelarii wychodziły na Wisłę. Widziałem dokładnie most kratownicowy. Kiedy tak siedziałem i wpatrywałem się w most i rzekę, nagle usłyszałem potężny huk, potem następny i następny. Postępowały po sobie w dość równych odstępach, z dość dużą częstotliwością. Myślałem wówczas, że Niemcy bombardują mosty. Ucieszyłem się, kiedy po opadnięciu kurzu zobaczyłem, że stoją nienaruszone.

Okazało się, że Niemcy bombardowali teren przed mostem w celu uszkodzenia kabla podłączonego przez polskich saperów do ładunków wybuchowych umieszczonych na przęsłach mostu. Chodziło o uniemożliwienie wysadzenia mostu. Niemcy chcieli opanować mosty. Do tego celu użyli pociągu pancernego. - Na szczęśnie nasi saperzy pokrzyżowali te plany. Na własne oczy widziałem, jak wysadzali most - mówi Henryk Lemka.

Feliks Noetzel ze Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych w chwili wybuchu wojny miał 15 lat. W działaniach wojennych w Tczewie brał udział jego brat, Brunon, podporucznik dowodzący pierwszym plutonem III kompanii Batalionu Strzelców w Tczewie.

- Brunon w 1939 roku bronił miasta nie na moście lecz od strony Gdańska, w okolicy dzisiejszego hotelu "Karina" - mówi Feliks Noetzel. - 1 września o godzinie 17.00 został ranny w twarz, potem dostał się do niewoli niemieckiej. Natomiast ja, wraz z matką i młodszym bratem, uciekaliśmy w stronę Warszawy. Nasz ojciec był kolejarzem. Ojciec już dwa dni wcześniej, w środę, wyjechał do Lublina, my mieliśmy jechać za nim pierwszego września, w piątek, o godzinie 5.00. Byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia na dworzec, kiedy rozpoczęło się bombardowanie. Uciekliśmy do piwnicy. O 10.00 bombardowanie powtórzyło się, a jak już wyszliśmy z tej piwnicy, w mieście był bałagan i chaos. Nie było już żadnych władz, każdy uciekał, gdzie mógł na własną rękę. Ruszyliśmy w stronę Osieka. Mama z bratem na wozie, ja - na rowerze.

Trzy lata temu na łamach "Kociewskiego Magazynu Regionalnego" ukazały się wspomnienia Norberta Kunerta, mieszkającego w Wielkiej Brytanii. - Byłem jednym z dwudziestu harcerzy z 45 Drużyny Skautów imienia J. Dąbrowskiego przy Gimnazjum Męskim - pisze Norbert Kunert. - Od maja 1939 roku byliśmy zakwaterowani w dowództwie Kompanii Obrony Narodowej mieszczącej się w tczewskim szpitalu przy ulicy 30 Stycznia, w byłym oddziale chorób zakaźnych. Tam odrabiałem lekcje i spędzałem noce w ubraniu, tylko bez butów, na sienniku wypchanym słomą, gotowy do natychmiastowej akcji. Pamiętam, że rankiem 1 września obudziły nas bomby hitlerowskie, które spadły na dworzec i koszary.


Operacja "Most"

Bezpośrednie przygotowania Niemiec hitlerowskich do agresji na Polskę rozpoczęły się wiosną 1939 roku. Mosty tczewskie stanowiły ważny punkt strategiczny, o czym świadczy fakt dwukrotnego wcześniejszego pobytu w Tczewie generała Władysława Bortnowskiego, dowódcy Armii "Pomorze". Przekazał on podpułkownikowi Stanisławowi Janikowi, dowódcy 2 Batalionu Strzelców, rozkaz przygotowania obrony Tczewa oraz zniszczenia mostów na Wiśle w wypadku wkroczenia Niemców. W tym celu już w marcu 1939 roku przydzielono pułkownikowi Janikowi osiemnastoosobową grupę saperów z Torunia, która przystąpiła do potajemnego zakładania ładunków wybuchowych w komorach filarowych mostów. Już w czerwcu tczewskie mosty były gotowe do zniszczenia. W sierpniu podminowano także strażnice straży granicznej w Tczewie, wiadukty i inne obiekty kolejowe i drogowe.

30 sierpnia ogłoszono w Tczewie mobilizację, którą tegoż dnia odwołano, a następnego ponownie ogłoszono. Natarcie lądowe na Tczew, przewidziane na godzinę 4.45 poprzedził nalot 6 bombowców i 6 myśliwców niemieckich. Eskadrą dowodził porucznik Bruno Dilley. Wystartowała ona o 4.26 z lotniska pod Elblągiem i dla zmylenia nadlatując od południa, o 4.34 zbombardowała dworzec PKP, zachodni przyczółek mostów oraz koszary 2 Batalionu Strzelców. Bomby zrzucono też w centrum miasta, w rejonie elektrowni. Nalot na te obiekty powtórzono dwa razy. Trwał on około 10 minut. Byli zabici i ranni: ludność cywilna, kolejarze i żołnierze.


Zatrzymać pociąg!

Dzień wcześniej, 31 sierpnia, zawiadowca stacji w Malborku zwrócił się do stacji Tczew o przysłanie dwóch parowozów w celu przetransportowania wagonów z bydłem. Mimo napiętej sytuacji tczewscy kolejarze robili wszystko, by nocne pociągi towarowe z Prus Wschodnich do Rzeszy mogły przejechać przez polskie Pomorze. Załogi parowozów udały się więc z Tczewa do leżącego wtedy w Prusach Malborka i już więcej do Tczewa nie wróciły. Polskich maszynistów zatrzymano w Kałdowie i ściągnięto z nich mundury, w które ubrano niemiecką drużynę parowozową.

Pierwszy pociąg tranzytowy z polskim parowozem i niemiecką obsługą w polskich mundurach, wiozący ukrytych w wagonach żołnierzy, miał znienacka przejechać most na Wiśle i opanować tczewski dworzec. Ten plan się nie udał, gdyż asystent kolejowy Alfons Runowski, ostrzegł tczewskich kolejarzy. - Miejcie się dziś na baczności! - rzucił do słuchawki telefonując do Tczewa. - Więcej nie mogę powiedzieć, gdyż mam tu strażnika niemieckiego. - Zaskoczony tym meldunkiem tczewski dyżurny ruchu po pięciu minutach zadzwonił do Szymankowa, ale nie uzyskał połączenia. Zawiadomił więc swoich zwierzchników oraz oficera łącznikowego na stacji Tczew. Natomiast w Szymankowie zawiadowca stacji, Paweł Szczeciński, zauważył rakietę wystrzeloną przez polskiego inspektora celnego w Kałdowie. Błyskawicznie wyczuł niebezpieczeństwo. Podbiegł do nastawni i przestawił zwrotnicę, kierując pociąg na ślepy tor. Powstało w ten sposób nieprzewidziane dla hitlerowców półgodzinne opóźnienie. Potem pociąg ruszył w stronę Lisewa, lecz tam tczewscy kolejarze zapalili czerwone światło. W odwecie za niepowodzenie akcji grupa Niemców, członków NSDAP, wymordowała 1 września polskich kolejarzy z Szymankowa i ich rodziny. Jedni zginęli w miejscu pracy, inni w mieszkaniach. Zabito też pięciu inspektorów celnych oraz ich rodziny. Wszystkich zamordowanych wrzucono do przydrożnego rowu i postawiono tam tablicę z napisem "Tu spoczywa polska mniejszość narodowa".


Rozkaz:  wysadzić!

O godzinie 4.45 pociąg z Malborka zatrzymał się przed mostem. Pełniący dyżur na stacji w Tczewie kapitan Władysław Monkosa, dowódca 1 kompanii strzeleckiej, postanowił nie otwierać bram mostowych od strony Lisewa przed rozpoznaniem pociągu. Tymczasem w odległości około 100 metrów za pociągiem towarowym jechał motorowy wóz pancerny, a za nim w odległości również 100 metrów, pociąg pancerny wyposażony w lekkie działka. Z pociągu wybiegli niemieccy żołnierze. Wywiązała się walka. Około 5.30 do walczących na zachodnim przyczółku mostu żołnierzy przybył dowódca, podpułkownik Stanisław Janik, dowódca 2 Batalionu Strzelców. Po zorientowaniu się w sytuacji polecił swoim żołnierzom wycofanie się z przyczółka, po czym wydał rozkaz wysadzenia mostu. Wykonał go podporucznik Norbert Juchtman. O godzinie 6.00 wysadzono przyczółek wschodni, zaś 45 minut później zachodni. Zburzone zostały cztery filary. Hitlerowskie dowództwo nie kryło swego niezadowolenia z powodu nieudanej "operacji Dirschau".

Tymczasem w Tczewie walczono dalej. Żołnierze polscy zajęli stanowiska obronne wzdłuż zachodniego brzegu Wisły po obu stronach przyczółka, a także od południa w rejonie dzielnicy Górki, natomiast czołgi i saperów odesłano do Torunia. Największe zagrożenie przedstawiał odcinek północny. Od strony Pszczółek ruszyły na Tczew oddziały SS-Heimwehr Danzin, które wspomagało lotnictwo. Obrona była bezskuteczna, więc w godzinach wieczornych podpułkownik Stanisław Janik wydał rozkaz opuszczenia miasta. Około 22.00 wkroczyły do miasta pierwsze niemieckie oddziały. Dotarły do koszar, zaś następnego dnia rozpoczęły zajmowanie miasta. W południe 2 września przybył do Tczewa dowódca zgrupowania wojskowego Wolnego Miasta Gdańska, generał Eberhardt. Rozpoczęła się okupacja, która trwała do 12 marca 1945 roku.

Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku kolejarze z Szymankowa zabezpieczyli zbiorową mogiłę swoich kolegów z 1939 roku. Fragment przydrożnego rowu został ogrodzony. W 1947 roku ciała pomordowanych ekshumowano i pochowano na cmentarzu zasłużonych w Gdańsku-Zaspie. Natomiast w miejscu wcześniejszego pochówku, w Szymankowie, wzniesiono pomnik z tablicą. Co roku 1 września odbywają się tutaj uroczystości dla uczczenia pamięci pomordowanych kolejarzy. Tablicę pamiątkową wmurowano też na fasadzie budynku stacji w Szymankowie. Alfons Runowski został patronem Zespołu Szkół Kolejowych w Tczewie.

Głos Wybrzeża

Alicja ŁUKAWSKA”

Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Wojna-zaczela-sie-w-Tczewie-n172.html#tri

Mój tekst do dzisiaj „chodzi” po sieci. Czasem spotykam nawet go na jakiś forach dyskusyjnych poświęconych II wojnie światowej.
Znajduje się tutaj:
Wojna zaczeła się w ... Tczewie; Gdańsk, Gdynia, Sopot - Trojmiasto