Translate

sobota, 24 grudnia 2016

BOŻE NARODZENIE 2016 (kartki świąteczne – zjawisko zamierające)




Uwielbiam kartki świąteczne i w ogóle wszelkie pocztówki. Martwi mnie, że tradycja wysyłania kartek zanika z zastraszającą szybkością. Pamiętam, jak jeszcze kilkanaście lat temu wysyłałam 20, 30 kartek na święta Bożego Narodzenia (zaczynałam je pisać jeszcze w listopadzie!). Dostawałam też sporo kartek od różnych osób, a nawet instytucji. Jednak coraz więcej moich korespondentów wśród rodziny i znajomych przenosi się na tamten świat, skąd ewentualnie mogliby dać znać pukaniem lub innymi efektami paranormalnymi (co bardzo interesuje mnie teoretycznie, lecz w praktyce wolałabym tego unikać).

Co roku kartek jest coraz mniej i mniej. Nawet ja sama, fanka papierowej korespondencji, nieraz sama zaczynam już mówić do siebie, że koniec, w tym roku już nie kupuję i nie wypisuję kartek, bo jestem przecież coraz bardziej chora, starzeję się i nie daję rady pisać ręcznie. Ale z drugiej strony – od lata już ćwiczę mięśnie prawej ręki, by móc wypisywać te kartki. Od lata zajmuję się bowiem kolorowankami, maluję kredkami, wzmacniam rękę i nawet są efekty, piszę bowiem ręcznie z mniejszym trudem niż kiedyś.

Wracając do kartek… W tym roku bilans jest taki: wysłałam 10, dostałam 7 (na razie!).

Na początku tego wpisu, u góry, widoczna jest kartka od zaprzyjaźnionej blogerki z Krakowa (toprzeczytałam.blogspot), która przysyła mi na każde święta przepiękne kartki, własnoręcznie zaprojektowane i wykonane. Są to zwykle fotografie obrazujące krakowskie zwyczaje świąteczne. Dziękuję serdecznie za te niepowtarzalne pocztówki, Małgosiu!




A to kartka od Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt OTOZ Animals, którzy pamiętają o mnie, bo od lat przekazuję im 1 procent mojego podatku (przy okazji składania corocznego zeznania podatkowego). Czasem też przekażę im jakąś drobną kwotę w ciągu roku na pieski i kotki ze schronisk. 



Serce mi się kroi, kiedy pomyślę o tych biednych zwierzakach w klatkach.  Byliście kiedyś w schronisku dla zwierząt? Widzieliście te oczy, pyski, łapy, ogony - wszystko smutne i tęskniące do człowieka, do tego by do kogoś należeć, by ktoś zabrał ich z tego więzienia... Do domu wziąć żadnego nie mogę, bo kto by wychodził z psem na spacer, kiedy ja chora? Więc chociaż w taki sposób uspokajam swoje sumienie…




Powyżej jest kartka wykonana własnoręcznie przez podopiecznych Warsztatów Terapii Zajęciowej, w których szefową jest moja dobra znajoma, zresztą wspaniała osoba.

I inne – od rodziny i przyjaciół:



Kartka z okazji świąt Bożego Narodzenia lub Wielkanocy jest często jedyną formą kontaktu z niektórymi osobami. Dlatego też martwi mnie nieobecność kartki od rodziny z Nowego Jorku. Zawsze była podpisana przez małżeństwo kuzynów, ostatnio jednak na Wielkanoc kuzynka podpisała się sama z dziećmi. Czyżby chłop ją zostawił??? Oj, szkoda… Tylko mogę się domyślać… Niedobrze…

Niepokoi mnie także brak kartki od znajmej emerytowanej nauczycielki z Solca Kujawskiego, która zawsze, ale to zawsze przysyłała kartkę na Boże Narodzenie, czasem nawet pod koniec listopada. Pisała ich całą masę i robiła to z dużym wyprzedzeniem. Ostatnio jej pismo zrobiło się takie jakieś mniej wyraźne. Choroba czy co gorszego? Martwię się…

No i tak!

Taka mała chwila zadumy nad kartkami…

Piszcie kartki do bliskich na święta! To takie miłe i mało kosztowne zajęcie, daje kontakt z ludźmi i wzmacnia różne, nawet odległe więzi. Nie zastąpi ich żaden kontakt elektroniczny ani nawet rozmowa telefoniczna. Naprawdę! Kartka jest namacalnym dowodem pamięci!



ZDROWYCH i WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA WAM ŻYCZĘ!!!



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Anna Kamińska, „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”


Wreszcie wpadła w moje ręce w bibliotece wydana w zeszłym roku biografia kolejnej kobiety z rodziny Kossaków! Tym razem jest to opowieść o Simonie Kossak, córce Jerzego, wnuczce Wojciecha i prawnuczce Juliusza, która miała być synem i czwartym Kossakiem, a została biologiem i naukowcem w Puszczy Białowieskiej.

Zdradzę Wam, że jestem pies na Kossaków! Odkąd w wieku 11 czy 12 lat przeczytałam „Marię i Magdalenę” Magdaleny Samozwaniec i dałam się zauroczyć tej przecudnej opowieści, rzucam się na wszystko, co napisano o tej niezwykłej rodzinie, mając wrażenie, jakbym poznawała kolejne odcinki jakiejś skomplikowanej sagi rodzinnej. 

A więc, zanim powiem, jakie mam wrażenia z książki o Simonie, przypomnę, z jakim bagażem wiadomości przystępowałam do jej lektury.

Wcześniej czytałam bowiem (to tylko wybrane tytuły, cytuję z pamięci):

- Jurgała-Janeczka Joanna, „Kobiety Kossaków”
- Kossak-Szczucka Zofia, „Pożoga”
- Miliszkiewicz Janusz, „Polskie gniazda rodzinne” (szkic o domu Kossaków w Krakowie)
- Niewidowski Zygmunt, „30 lat życia z Madzią”
- Podraza Rafał, „Córka Kossaka”
- Samozwaniec Magdalena, „Maria i Magdalena”
- Samozwaniec Magdalena, „Zalotnica niebieska”
- Pryzwan Mariola, „Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach i listach”
- Szatkowska Anna, „Był dom. Wspomnienia”
-  „Zniknę jak obłok”. O Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Wspomnienia i wiersze. Zebrała i opracowała Mariola Pryzwan
- Zurli Arael, „Bagienna niezapominajka. Nieznane życie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”

Wysłuchałam też reportażu radiowego:

„Siostry z Kossakówki”, reportaż Magdaleny Wadowskiej, Polskie Radio, Program 2, 05.11.2008

O Simonie Kossak, bratanicy Lilki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Madzi Samozwaniec czytałam w latach 1990. (1994 lub 1995) jakiś reportaż w „Twoim Stylu”. Pamiętam, że go sobie wtedy wycięłam i wsadziłam do jakiejś książki Madzi. Zapamiętałam z niego piękne zdjęcia starszej już, rudowłosej kobiety z burzą loków, która żyje samotnie w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej w otoczeniu zwierząt i kwiatów. Zaintrygowała mnie ta pani, więc kupiłam sobie jej książkę pt. „Opowiadania o ziołach i zwierzętach” (bardzo przyjemne gawędy o różnych gatunkach roślin, ziołach, drzewach i dzikich zwierzętach żyjących w lasach). 





No i mając to wszystko „za plecami”, zaczęłam czytać książkę pani Anny Kamińskiej, dziennikarki mediów głównego ścieku („Wysokie Obcasy”, „Pani”, „Zwierciadło”). I powiem tak: przeczytać można. Nawet przyjemnie mi się czytało. Ale nie mogę powiedzieć, bym się wiele nowego dowiedziała z tej książki. Autorka raczej mało pisze o rodzinie Kossaków. Zdziwiło mnie to, że nie ustawiła swej bohaterki bardziej na tle tego fascynującego rodu. No, niby coś tam pisze, ale nie powaliła mnie tymi swoimi wiadomościami. 

Chwilami miałam wrażenie, że ja sama wiem o Kossakach więcej niż ta pani. Znałam przecież opinię Madzi Samozwaniec o Jerzym, ojcu Simony, który był uważany przez nią za głupie beztalencie, marnujące dorobek artystyczny swego ojca i dziada. Znałam historie o kłótniach o majątek na Kossakówce po śmierci Wojciecha Kossaka i o tym, jak Madzia została wręcz wyrzucona z własnego domu przez drugą, młodą żonę swego brata; czytałam jak tamta rozpanoszyła się na Kossakówce i tak dalej. Madzia i jej drugi mąż Zygmunt Niewidowski opisywali to ze szczegółami. W ich relacji młoda bratowa Madzi, to jest matka Simony, była uzurpatorką, która wdarła się na Kossakówkę i tam osiadła. 

I teraz chętnie bym poznała dokładnie drugą stronę tego strasznego sporu w rodzinie Kossaków, te walki o schedę,  te kłótnie o jakieś rodzinne antyki i tak dalej. Chętnie bym się dowiedziała, jak to było z córką Madzi, która w czasie okupacji wyszła za Niemca i z którą rodzina zerwała kontakty. Poznałabym z chęcią historię pierwszego małżeństwa Jerzego Kossaka, ojca Simony, który – jak wszyscy w tym rodzie - zdradzał żonę i jeszcze za jej życia nazywał ją nieboszczką. Dlaczego? Poczytałabym sobie o pierwszej córce Kossaka. Co się z nią dalej stało? A tu nic! Autorka nie pisze prawie nic o walce Kossaków krakowskich z Madzią. Wspomina tylko, że Elżbieta Kossak, czyli żona Jerzego, zabroniła Madzi pisać o niej i jej córkach. Zaś sama Simona podobno nie lubiła ciotki Madzi, a ciotki Lilki nigdy nie poznała. I tyle.  

No, ale może pani Kamińska nie chciała tego opisywać ze względów prawnych? Może jeszcze jakieś spory się toczą? Kossaki nie mają chyba szczęścia do biografów. Zdarzały się bowiem takie kFiatki, jak to, że jeden pan (nie ujęłam go w mojej liście lektur kossakowskich, bo uważam, że na to nie zasłużył) piszący o Madzi podkradał drugiemu z książki zdjęcia i ciekawe njusy, a kto inny (mężczyzna czy kobieta? Oto tajemnica!) wyciągał na świat dzienny same brudy. 

Co do historii samej Simony, to nie mam większych zastrzeżeń. Autorka zrobiła, co należy w takich wypadkach zrobić, by opisać uczciwie swą bohaterkę. Dotarła do dokumentów urzędowych ze szkoły, studiów i z pracy, porozmawiała z żyjącymi jeszcze koleżankami i znajomymi Simony. Ale też, jak zauważyłam, prześlizgnęła się nad aryciekawą sprawą, o której tylko wspomina w kontekście opisu jej pracy w Białowieży. Tam był jakiś proces prawny z pracodawcą, jakieś kłótnie, spory i Bóg wie co… Ale tylko o tym jest jakieś drobne napomknięcie…

Za to czytamy wiele o różnych bzdurach i bzdetach. Autorka zagłębiła się np. w gazety z epoki i opisywała z detalami szczegóły krakowskiego życia okupacyjnego w czasie, kiedy rodziła się Simona. A ja się pytam po co? Miałam wrażenie, że to taka wata, która ma dodać objętości książce. A nie można było zamiast tego napisać coś o Kossakach i tam wsadzić zamiast tych durnych rozważań, jaką fryzurę lub sukienkę mogła lub nie mogła nosić matka Simony, albo co widziała na Plantach jak szła z wózkiem. Albo nie widziała… Autorka pisze, jakie ogłoszenia były w tym czasie w gazetach… No, ludzie, trzymajcie mnie! A co mnie to obchodzi! Czy takie pierdoły to jest nowa moda pisania biografii? Z doświadczenia wiem,  że tak się pisze, jak się nie ma nic konkretnego do powiedzenia, w celu nadmuchania treści. Taki książkowy pop-corn to jest. Nie lubię. 

Ogólnie, to zdanie mam takie: można tę książkę przeczytać i przyjemnie spędzić parę godzin. Ale jak się tego nie zrobi, to też szkody nie będzie, bo to rzecz typowo przyczynkarska. Jakby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej o Kossakach, polecam zamieszczoną powyżej listę lektur.  

Kamińska Anna, „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”, Wyd. Literackie, Kraków 2015