Translate

niedziela, 18 września 2016

Piotr Zychowicz, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”



„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotra Zychowicza to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów wschodnich, choć Autor nie lubi tej nazwy i konsekwentnie nie używa jej w swojej książce, zastępując ją nazwą „Polska”. Dla Zychowicza bowiem słowo „kresy” oznacza marginalizowanie całych terenów, na których kiedyś żyli Polacy. Powołuje się przy tym na cytat z pamiętników Michała K. Pawlikowskiego, który pisał tak: 

„Wyraz „Kresy” oraz urzędowe „Ziemie Wschodnie” po prostu mnie mierżą. Do roku z grubsza 1914 mówiliśmy Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. I oto nagle po roku 1918 ograniczyliśmy pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie litewski do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim. Ten lęk przed nazwą „Litwa” i ukucie niezgrabnych eufemizmów „Ziemie Wschodnie” lub „Kresy” trącą zaściankiem i kompleksem niższości. Dla mnie istnieją: Korona i sfederowane z nią Wielkie Księstwo Litewskie. Nie możemy z dnia na dzień zmieniać terminologii, która wytrzymała pięćsetlenią próbę historii.” (Zychowicz, s. 31)

Tematem tej książki jest tajny (właściwie jakby utajniony przez oficjalną wersję historii po dziś dzień!) układ pomiędzy Józefem Piłsudskim a bolszewikami, na mocy którego Piłsudski dwa razy wstrzymał wojska polskie, które miały szansę ruszyć na pomoc konającej armii białej Rosji i ostatecznie dobić bolszewików. Taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy w 1919 roku, kiedy to wojska bolszewickie zostały z trzech stron otoczone przez armie białych Rosjan i Polaków. Z południa znajdowała się armia generała Antona Denikina (przypomnijmy, był to pół-Polak, syn polskiej krawcowej z Włocławka i rosyjskiego wojskowego), ze wschodu armia Aleksandra Kołczaka, z północy armia generała Jewgienija Millera, z północnego wschodu armia generała Nikołaja Judenicza. I to wszystko razem parło na Moskwę. Gdyby tylko jeszcze dopomogło polskie wojsko idące w tym samym momencie z zachodu, można było dobić „czerwoną zarazę” (jak pisze autor) od razu. Wystarczyłoby tylko, by Polacy zajęli miasto Mozyrz na Polesiu i zadali ostateczny cios sowieckiej 12. Armii, a śmiertelny pierścień wokół wojsk Lenina-Trockiego zamknąłby się raz na zawsze. Między Polakami a Moskwą nie stała wtedy żadna poważna siła. 

Piłsduski wstrzymał jednak pochód polskich wojsk na wschód, choć o pomoc błagał go wtedy generał Denikin. Piłsudski nie chciał jednak pomagać carskiemu generałowi, bo ten wypowiadał się za przywróceniem dawnego imperium rosyjskiego, a Polskę widział na jej etnicznym terytorium. I bez tej polskiej pomocy wojskowej, wiosną 1920 roku, w Noworosyjsku nad Morzem Czarnym armia Denikina została dobita. Ale wcześniej, w trakcie wstrzymania polskiego frontu (dokładnie w dniach 22 -30 lipca 1919 roku), w Białowieży odbyła się pierwsza runda rozmów polsko-bolszewickich. Ze strony radzieckiej brał w nich udział polski komunista Julian Marchlewski. Sowieci obiecywali, że w zamian za zaniechanie dalszego pochodu wojsk polskich, gotowi są zrzec się na naszą korzyść całej Litwy i Białorusi, czyli terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. 

Druga runda tych rozmów odbyła się 19. października 1919 roku w Mikaszewiczach (powiat łuniniecki) na Białorusi, na zapleczu polskiego frontu. Tym razem Marchlewski przywiózł ze sobą żonę i córkę, a także kilku innych komunistów. Ze strony polskiej w rozmowach brali udział Michał Kossakowski oraz dwóch zaufanych oficerów Piłsudskiego: kapitan Ignacy Boerner i porucznik Mieczysław Birnbaum (jako oficer wywiadu polskiego był tam obecny Stanisław Baczyński, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Piłsudski wolał układać się z bolszewikami niż z Denikinem, bo chciał, by dawna, carska Rosja została dobita. Zresztą, jako były socjalista, miał jakąś dziwną słabość do czerwonych, z których zresztą wielu znał osobiście. Siedział przecież jako więzień polityczny na zesłaniu za udział w spisku mającym na celu zabicie cara Aleksandra II (mordercą cara był brat Lenina, Aleksander, a jego towarzyszem był brat Piłsudskiego, Bronisław). Socjaliści znali się także z rozmaitych spotkań i zjazdów partyjnych. W pewnym więc sensie bolszewicy byli starymi znajomymi Piłsudskiego. 

Ta decyzja układania się z czerwonymi przyniosła taki efekt, że zdążyli okrzepnąć po walce z białymi i latem 1920 roku ruszyli na Polskę, niszcząc wszystko po drodze i niosąc na zachód światową rewolucję. W sierpniu 1920 roku Polacy zwyciężyli bolszewików pod Warszawą i popędzili ich z powrotem na wschód. A potem sytuacja się powtórzyła. Front polski na wschodzie w pewnym momencie stanął, mimo, że o pomoc błagał teraz Polaków generał Piotr Wrangel, dowódca Sił Zbrojnych Południa Rosji, zwany Czarnym Baronem. Warto zaznaczyć, że Wrangel obiecywał Polakom więcej niż Denikin, jeśli chodzi o nasze ziemie wschodnie. Ale i tym razem Piłsudski był nieugięty wobec carskiego wojskowego. Nie ufał bowiem rosyjskim generałom. Zdecydowanie wolał bowiem bolszewików. I tak, 12 października 1920 roku zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy między Polską a bolszewikami. Dzięki temu mogli oni, nie obawiając się ciosu z zachodu, spokojnie zająć się unicestwieniem armii generała Wrangla. 12 listopada czerwoni wdarli się na Krym, który był ostatnim bastionem carskiej Rosji. 

„Walka o wolną Rosję była przegrana. Obóz białych – który można porównać z naszymi żołnierzami wyklętymi lub francuską Wandeą – poniósł ostateczną klęskę. Rosja przestała istnieć na zawsze” (Zychowicz, s. 195)

Autor tej książki uważa, że gdyby w październiku 1920 roku Piłsudski ponownie nie wstrzymał pochodu polskich wojsk, Polacy wraz z Wranglem weszliby do Moskwy i ostatecznie zwyciężyli bolszewików. Ale tak się nie stało. Zamiast triumfalnego zwycięstwa (to hipotetyczne wzięcie Moskwy przez Polaków zostało opisane na początku książki w konwencji political fiction) był traktat w Rydze, traktat, w którym strona wygrana (Polacy) robiła ustępstwa na rzecz strony przegranej (bolszewików). Traktat ten nazywa Zychowicz czwartym rozbiorem Polski, bo Polska zrzekła się wówczas sporej części swojego terytorium, oddając zamieszkałych tam Polaków na pastwę czerwonego terroru. Traktat ryski był też swojego rodzaju rozbiorem Litwy, Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a Sowdepię. 

No i te błędne decyzje Piłsudskiego krwawo się potem zemściły. Ale nie na nim, bo zdążył już umrzeć. Zemściły się na Bogu ducha winnych Polakach. Czyżby była to jakaś karma, jaką musimy odcierpieć za to, że spowodowaliśmy cierpienia innych (zarówno Polaków, jak i Rosjan, Rusinów, Białorusinów i Litwinów)?

Konsekwencje traktatu ryskiego były straszliwe. W jego efekcie bolszewicy  wyniszczyli w latach 1930. Polaków z tzw. dalszych kresów wschodnich, weszli do Polski we wrześniu 1939 roku, no dalej nie ma co pisać, bo wszyscy to wiedzą. Skutkiem traktatu ryskiego były wywózki na Syberię, do Kazachstanu, zamordowanie Polaków w Katyniu, w końcu całkowite odebranie nam Kresów wschodnich po II wojnie światowej i to wszystko, co działo się dalej. 

To nie jest popularna czy też kanoniczna wersja historii. Wiele z powyżej przedstawionych faktów jest celowo przemilczanych lub inaczej interpretowanych przez historyków głównego nurtu. Paktowanie Piłsudskiego z wysłannikami Lenina i Trockiego było przemilczane już w okresie międzywojennym. Zychowicz napisał tę książkę pod prąd oficjalnej wersji, opierając się na dokumentach z epoki, wspomnieniach i pamiętnikach, których lista jest bardzo długa. Najważniejsza z nich jest książka Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, która w konwencji literackiej opowiada o paktowaniu marszałka z Sowietami na zgubę Polski. 

Znałam wcześniej ten utwór Mackiewicza, czytałam także niektóre z cytowanych przez Autora memuarów z epoki. Ale wszystko zebrane razem w postaci jasno zrozumiałego wykładu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam tę emocjonalnie napisaną książkę jednym tchem, wspólnie z Autorem rozpaczając dzisiejszej nocy nad tragicznymi konsekwencjami błędnych decyzji marszałka Piłsudskiego, który lekką ręką oddał na zmarnowanie ogromne terytorium należące niegdyś do Polski wraz z mieszkającymi tam ludźmi, a także zaprzepaścił niezwykłą szansę na odrodzenie imperium polskiego w granicach przedrozbiorowych. 

Zychowicz pisze o sobie, że jest polskim patriotą imperialnym i należy temu przyklasnąć. Dlaczego nie wykorzystać szansy, by zostać państwem wielkim i niezwyciężonym? Piłsudski tę szansę zaprzepaścił! Powstaje pytanie: czy ten człowiek naprawdę zasługuje na to, by stawiać mu pomniki i nazywać jego imieniem ulice i inne rzeczy? To jest temat pod rozwagę.

A Zychowiczowi za tę książkę należy się miejsce nie tylko w kresowym panteonie ale również w kresowym raju, jaki zapewne istnieje na tamtym świecie. Brawo ten pan!  

Zychowicz Piotr, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”, wyd. Rebis, Poznań 2016


sobota, 10 września 2016

Aleksy Tołstoj, „Droga przez mękę”




Chcąc pozostać w tematyce około rewolucyjnej i porównać wizję końca carskiej Rosji zobrazowaną w „Białej gwardii” Michaiła Bulhakowa z innymi tekstami z epoki, sięgnęłam po „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. Była to moja trzecia próba zmierzenia się z tym tekstem. Pierwszy raz czytałam to na studiach w latach 80., w stanie wojennym, w czasie kiedy w telewizji leciał radziecki serial zrobiony na podstawie tej powieści. 

Pamiętam, że wtedy, kiedy słyszałam oryginalny tytuł „Chożdienije po mukam”, myślałam sobie: „po mukam”, „po mukam” i widziałam ślady bosych stóp widoczne na podłodze pokrytej rozsypaną mąką. „Muka” to po rosyjsku zarówno „mąka” jak i „męka”.  Teraz jednak podczas lektury widziałam w wyobraźni, że owe ślady bosych stóp wśród mąki pokryte są krwią. Z tej pierwszej lektury zapamiętałam głównie ciężkie koleje losu dwóch sióstr Katii i Daszy, no i że było dużo o wojnie, czy też o rewolucji. Kawałki o wojnie spokojnie sobie opuszczałam, śledząc tylko zagmatwane dzieje nieszczęśliwych kobiet i ich skomplikowane perypetie miłosne oraz piękne fragmenty  opisujące przedrewolucyjną Rosję: mistyczny, pełen błądzących we mgle zjaw, Petersburg, gwarną Moskwę, położoną w głębi Rosji Samarę, uroczą Eupatorię na Krymie, a także obraz podróży wycieczkowym statkiem po Wołdze.

„Droga przez mękę” powstawała dość długo. Pierwszy tom powieści pod tytułem „Siostry” został napisany jeszcze podczas pobytu autora na emigracji. Z pewnością dlatego jest on najlepszy artystycznie i chyba najbliższy obiektywnej prawdzie o klęsce carskiej Rosji i rosyjskiej inteligencji. Stanowi właściwie zamkniętą całość i jeśli ktoś chce, to może na nim zakończyć lekturę tej trylogii (z korzyścią dla całości). W drugim i trzecim tomie Dasza i Katia schodzą na plan dalszy, a na plan pierwszy wysuwają się postaci rzeczywiste: „biali" generałowie Korniłow, Kołczak i Denikin, a także anarchista Nestor Machno.  Trochę trudno się połapać w ich działaniach bojowych i opisach wojny domowej na południu Rosji. Całość podporządkowana jest z góry założonej tezie, że rewolucja bolszewicka była najlepszym, co mogło zdarzyć się w Rosji.  Powieść kończy się sceną, w której ważną rolę gra Lenin. I co z tym zrobić? Czytać czy nie czytać? Odsiewać piękne literacko fragmenty od ideologicznego bełkotu czy też w całości wywalać na śmietnik historii? Zdaje się, że ta powieść nie była nawet wydana u nas po 1989 roku, tak więc, jeśli ktoś chce ją poznać, musi sięgnąć po stare wydania. A było ich w Polsce wiele. Ja czytałam wydanie czternaste!  

Słów kilka należy się też autorowi…

Aleksy Tołstoj to ten trzeci Tołstoj, który został literatem. Prócz niego był jeszcze jeden Aleksy Tołstoj, dziewiętnastowieczny arystokrata, autor znakomitej noweli „Rodzina wilkołaka” oraz posągowy Lew Tołstoj, autor „Wojny i pokoju”. Aleksy Tołstoj drugi przyszedł na świat w atmosferze straszliwego skandalu. Wiadomo, że był synem Aleksandry Leontiewny z domu Turgieniew, początkującej pisarki, która w młodości wyszła za hrabiego Nikołaja Tołstoja i urodziła mu troje dzieci, a potem zostawiła je i odeszła od męża do kochanka, właściciela ziemskiego Aleksiego Bostroma. Tołstoj wezwał rywala na pojedynek i strzelał się z nim w pociągu jadącym do Syzrania. Już po rozwodzie hrabiostwa Tołstojów, w 1882 roku, wiarołomna hrabina urodziła syna Aleksego i podała, że jego ojcem jest jej eks małżonek.  Jednak w tym czasie żyła już z Bostromem. Tak więc, ojcostwo Tołstoja, jak również błękitna krew samego Aleksego są bardzo niepewne i raczej dyskusyjne. Matka wychowała go jednak w przekonaniu, że jest synem rosyjskiego arystokraty.  Domniemany ojciec musiał mu przekazać nie tylko tytuł hrabiowski, ale i 30 tysięcy rubli w spadku. W czasie rewolucji październikowej Aleksy uciekł za granicę, ale wrócił do Rosji, to jest do Związku Radzieckiego w 1923 roku i wiernie służył nowej, władzy, opiewając zarówno rewolucję, jak i komunistycznych przywódców, zwłaszcza Józefa Stalina, którego opisał pod postacią bohatera tytułowego powieści „Piotr I”.

Zerknęłam też na filmowe adaptacje tego dzieła. Pierwsza, trzyczęściowa, nakręcona była w 1957 roku, zaś 13-odcinkowy serial w 1977 roku. Pamiętam, że kiedyś ten serial obejrzałam w całości i bardzo mi się podobał. 
To jest wersja starsza:


A to nowsza:


Na koniec powiem: nigdy, przenigdy nie czytajcie Aleksego Tołstoja po Bułhakowie! Nie popełniajcie mojego błędu! W porównaniu z autorem "Mistrza i Małgorzaty" brzmi on bowiem tak fałszywie, że aż zęby bolą! 


Tołstoj Aleksy Tołstoj, „Droga przez mękę”, przekład Władysław Broniewski i  Wacław Rogowicz, RSW „Prasa-Książka-Ruch”, Warszawa 1984


sobota, 3 września 2016

Michaił Bułhakow, „Biała gwardia” (lektura dwujęzyczna powieści i filmy na jej podstawie)




Po raz kolejny przeczytałam „Białą gwardię” Michaiła Bułhakowa (na zdjęciu powyżej) i tym razem w była to lektura naprzemienna: po polsku i po rosyjsku. I powiem Wam, że jest to powieść wspaniała! Bardziej to widać, jak się czyta po rosyjsku, ale po polsku też nie jest zła. 

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz sięgnęłam po ten tekst, a było to jakoś tak w okolicy roku 1989, to niewiele z niej zrozumiałam. Znudziła mnie nawet. Nie znałam wtedy zupełnie jej kontekstu historycznego, zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Co oni robią? Z kim walczą? Itd…  I dopiero jak zanurzyłam się na dobre w polskich wspomnieniach i pamiętnikach z okresu tuż po rewolucji październikowej, przeczytałam memuary Zofii Kossak-Szczuckiej, Marii Dunin-Kozickiej, Pawła Jasienicy, Jarosława Iwaszkiewicza, wówczas nagle „Biała gwardia” Bułhakowa stała się dla mnie jasna i czytelna. 

Bo ta powieść autobiograficzna młodego Bułhakowa dotyczy przecież tego samego okresu, o jakim pisali Polacy, a jej akcja rozgrywa się w Kijowie, tym samym Kijowie, do którego ściągali przerażeni polscy ziemianie z okolicy (bo zbuntowane chłopstwo paliło ich dwory i mordowało szlachtę), do którego ewakuowali się uciekinierzy z ogarniętego rewolucją Piotrogradu, w tym także Polacy. W porównaniu z resztą Rosji Kijów w 1918 roku był oazą spokoju, do którego można było się schronić. Był  także wówczas przystankiem w podróży na Zachód Europy. W mieście pod niemiecką okupacją prężenie działały gazety, teatry i kabarety (to właśnie wtedy powstał słynny kabaret „Liliowy Negr”, w którym śpiewał Aleksandr Wertyńskim). W tym czasie pod niemieckim protektoratem w Kijowie ustanowione zostało tzw. Państwo Ukraińskie, którego hetmanem ogłosił się carski generał Paweł Skoropadski, który nagle odkrył w sobie wewnętrznego Ukraińca. 

Powieść Bułhakowa rozpoczyna się na początku grudnia 1918 roku, w momencie, kiedy wojska niemieckie ewakuują się z Kijowa, a wraz z nimi hetman Skoropadski, pozostawiając miasto na pastwę rozbestwionej, okrutnej armii ukraińskich rezunów, którą dowodzi Simon Petlura. Mieszkańcy „Miasta” (bo tak właśnie określa Bułhakow Kijów w tej powieści) są przerażeni. W mieszkaniu Turbinów przy ulicy Aleksijewskij Spusk 13 (to prawdziwy kijowski adres Bułhakowa) siedzi wieczorem troje rodzeństwa: najstarszy brat, Aleksiej Turbin, 28-lekarz lekarz (porte parole samego autora), jego siedemnastoletni brat, junkier Nikołka (chodzi o Nikołaja Bułhakowa, późniejszego emigranta) i ich siostra, 24-letnia Elena Turbin-Talberg. Rodzeństwo jest osierocone, bo niedawno w krótkim czasie umarli ich rodzice. Mąż siostry, Siergiej Iwanowicz Talberg (naprawdę Leonid Karum) to rosyjski oficer pochodzenia kurlandzkiego, który postanawia ewakuować się wraz z Niemcami do Berlina. Wpada na chwilę do domu, żegna się z żoną, zabiera trochę rzeczy i wyjeżdża. 

W tę noc do mieszkania Turbinów schodzą się ich przyjaciele, dawni koledzy szkolni Aleksieja Turbina. Są to oficerowie: Wiktor Myszłajewski, Leonid Szerwiński i Fiodor Stiepanow, pseudonim Karaś. To jedno z ostatnich spotkań rosyjskiej inteligencji w starym stylu. Scena początkowa jest niczym z Czechowa: wszyscy siedzą przy stole, piją różne trunki, śpiewają, grają na fortepianie, rozmawiają o życiu.  Rankiem wszyscy mężczyźni postanawiają zameldować się u pułkownika Myłyszewa, który dowodzi obroną miasta. Chcą bronić Kijowa przed barbarzyńcami, to jest przez wojskami Petlury. 

Stawiają się w jednostce, ale już jest za późno na organizowanie obrony. Hetman Skoropadski uciekł, wojsko w rozsypce, nie ma kto dowodzić. Są oficerowie, są młodzi junkrowie, ale brakuje prostych żołnierzy, którzy już dawno odeszli podbuntowani przez bolszewickich agitatorów. Generał Małyszew rozkazuje wojsku odpruć oficerskie pagony i wrócić do domów (motyw pagonów jest tu bardzo ważny!). Jedynym oficerem, który próbuje walczyć do końca jest Feliks Naj Turs, ideał rosyjskiego żołnierza, którego prototypem był prawdopodobnie hrabia Fiodor Keller albo Nikołaj Szykarenko. Pod uwagę brany jest także tajski arystokrata, wychowanek petersburskiego korpusu paziów, który nazywał Naj Pum. Ostatecznie, obrona Miasta nie udaje się, wchodzą petlurowcy i rozpoczynają rzeź rosyjskich oficerów i młodziutkich junkrów. Obaj Turbinowie cudem uchodzą z życiem.

W „Białej gwardii” znajdziemy trochę motywów polskich. W narracji wspomina się o Henryku Sienkiewiczu (we śnie Aleksego Turbina Sienkiewicz stał na chmurze w odległej Warszawie i uśmiechał się jadowicie, patrząc na to, co się dzieje w Kijowie), mowa jest o nowym, właśnie powstającym państwie polskim, przez które uciekano z Rosji do Niemiec, jak również o Polakach w carskiej armii (postać Studzińskiego, nerwowego  adiutanta pułkownika Małyszewa, któremu ze stresu w pewnym momencie „akcenty poprzestawiały się wszystkie na przedostatnią sylabę”. 

Powieść wyszła drukiem  1925 roku i była pierwszym radzieckim utworem na temat klęski carskiej Rosji i wielkiej przegranej rosyjskiej inteligencji. Dopiero później był Aleksy Tołstoj i jego „Droga przez mękę” oraz Borys Pasternak i „Doktor Żywago”. Wkrótce Bułhakow przerobił powieść na sztukę „Dni Turbinów” i – jak wieść niesie – był to ulubiony spektakl teatralny Józefa Stalina. Podobno Generalissimus zjawiał się zwykle na drugi akt i z upodobaniem oglądał scenę, kiedy w obliczu klęski Miasta Aleksy Turbin (w sztuce autor połączył trzy postaci w jedno, to jest działania Naj Tursa i generała Małyszewa przypisał Turbinowi)  przemawia do junkrów i oficerów, każe im zdjąć te swoje cenne pagony i kryć się po domach przed Petlurą. A potem Stalin wychodził. Czyżby chodziło po prostu o przyjemność napawania się przegraną białych oficerów?  

Jak wspomniałam, czytałam „Białą gwardię” na przemian po polsku i po rosyjsku. Zdaje mi się, że tylko tak, poznając jednocześnie oryginał i przekład, można naprawdę wgryźć się w tekst i zrozumieć go. A jest to tekst niełatwy. Bułhakow w ogóle pisze po rosyjsku jakąś taką dość trudną dla mnie frazą. Do tego ta powieść jest pełna rozmaitych aluzji nie zawsze zrozumiałych, zdania są długie i skomplikowane, poza tym, to nie jest tekst realistyczny, ale zawierający w sobie fragmenty fantasmagoryczne, jakieś sny (jak np. wizja Naj Tursa w raju, jaka śni się Aleksemu Turbinowi) i przywidzenia (zapowiedź fantasmagorii z „Mistrza i Małgorzaty”?), są tam kawałki pisane w stylu reportażu, ale są też miejsca przepojone liryzmem typowym dla poezji. No i dlatego tak czytałam to długo i skrupulatnie, ze słownikiem w ręku, porównując oryginał z przekładem. I powiem wam, że przekład polski jest cudowny, po prostu doskonały! I wiele mi pomógł w zrozumieniu niektórych językowych trudności („Jak jest po ukraińsku kot? Kit! A jak kit?”, i to wcale nie chodzi o kit z okien, ale o wieloryba :))).  

Tekst Bułhakowa stal się inspiracją dla trzech filmów:

„Бег", film ZSRR 1970, reż. Aleksandr Ałow i Władymir Naumow
„Дни Турбиных", film ZSRR 1976, reż. Władymir Basow
 „Белая гвардия”, serial telewizyjny, Rosja 2012, reż. Siergiej Snieżkin

Trudno mi powiedzieć, który jest najlepszy, bo wszystkie są dobre. Pierwszy z nich powstał na kanwie trzech tekstów Bułhakowa („Bieg”, „Biała gwardia” i „Morze Czarne”). Drugi to doskonała pod względem aktorskim adaptacja sztuki „Dni Turbinów”. Trzeci zaś, czyli serial telewizyjny, jest dokładną adaptacją powieści Bułhakowa i też został świetnie zagrany. Ten serial jest zakazany na Ukrainie, bo jakoby obraża delikatne uczucia narodowe Ukraińców. Chodzi o scenę, w której młodzi rosyjscy junkrzy idą całą grupą do kina, a tam kierownik kina każe im wstać, bo będą grać na fortepianie hymn tej nowej „Ukrainy” hetmana Skoropadskiego (kino było jeszcze nieme i pokazowi towarzyszyła muzyka na żywo). Młodzi Rosjanie buntują się i wyśmiewają ten pomysł. Niby dlaczego mieliby wstawać z powodu hymnu „Ukrainy”? Dla nich ten twór nie istnieje! Miasto, czyli Kijów, to jest dla nich wciąż Rosja. Scena ta nie występuje w powieści, chyba została dopisana na potrzeby filmu, jednak doskonale oddaje klimat tamtej epoki, pokazuje dobitnie, że „Ukraina” to projekt sztucznego państwa skonstruowanego pod niemieckim protektoratem na złość carskiej Rosji. No, ale przypominanie tego jest nie w smak dzisiejszym Ukraińcom.  

Wszystko można sobie obejrzeć na YT:






Bułhakow Michał, „Biała gwardia”, tłum. Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski, wyda. Czytelnik, Warszawa 1989

Zdjęcie Bułhakowa pochodzi z Wikipedii (File:Bulgakov1910s.jpg)