Translate

niedziela, 20 grudnia 2015

Swietłana Aleksijewicz, „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” i najlepsze filmy o kobietach na wojnie (radzieckie i rosyjskie)




Zbiór reportaży Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” był z pewnością zaskakujący dla odbiorcy radzieckiego w latach 1980. zeszłego stulecia, kiedy to po raz pierwszy ukazał się drukiem. Wojna pokazana bez zbytniego patosu i bohaterstwa to była wówczas nowość.

Jednak dzisiaj, po 30. latach ta wznowiona właśnie na fali Nagrody Nobla (nadana niedawno autorce za całokształt) publikacja nie dziwi i nie zaskakuje już niczym. Od tamtej pory tylu twórców filmowych odeszło od heroizacji wojny, że odbiorca jest przyzwyczajony do wizji wojny w wersji tragicznej, męczącej i brudnej. Tak samo pewne informacje, które mogły być szokujące w czasach Związku Radzieckiego, dzisiaj już nie są niczym nowym. 

Podobnie jak w przypadku innych książek Aleksijewicz, także i ta składa się z szeregu życiowych historyjek, w przeważającej większości bliźniaczo do siebie podobnych. Ale ileż można czytać o tym, że na wojnie jak na wojnie: obcinają dziewczynom długie włosy, nie dają damskiej bielizny, waty, podpasek i mniejszych rozmiarów obuwia, a zabijanie ludzi jest dość trudnych zajęciem?

No, nie powaliła mnie ta książka! Nie powaliła… Spodziewałam się czegoś więcej… 

Tym bardziej, że o wyjątkowych aspektach kobiecego bytowania na froncie Rosjanie jeszcze w czasach ZSRR i później zrobili szereg znakomitych filmów wojennych (bojewików). 

Na przykład słynny film „Tak tu cicho o zmierzchu” z 1972 roku (na podstawie opowiadania Borysa Wasiliewa), który doczekał się dwóch nowych współczesnych adaptacji (jedna chińska, jedna rosyjska):


A tu nowa wersja z 2005 roku, produkcja chińska:


 I trailer najnowszej wersji rosyjskiej z 2015 roku:



Albo świetny serial o kobiecie snajperze „Na bezimiannoj wysote” z 2004:



Czy „Obrona Sewastopola”, biograficzny film o prawdziwej, realnej snajperce Ludmile Pawliczenko (zastrzelila 309 Niemców, w tym 36 niemieckich snajperów), która broniła Krymu przez Niemcami:


Aleksijewicz Swietłana, „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, tłum. Jerzy Czech, wyd. Czarne, Wołowiec 2015

Filmy:
Obrona Sewastopola”, reż. Sergiej Mokrycki, Rosja – Ukraina 2015

 „Tak tu cicho o zmierzchu”, reż. Stanisław Rostocki, ZSRR 1972

А зори здесь тихие” (serial), reż. Mao Wejni, Rosja-Chiny 205

А зори здесь тихие”, reż. Renat Dawletjarow, Rosja 2015

 „На безымянной высоте” (serial), reż. Wiaczesław Nikiforow, Rosja-Białoruś 2004




czwartek, 17 grudnia 2015

Anna Janko, „Mała zagłada”




Z pewną taką niechęcią podeszłam początkowo do książki Anety Jankowskiej, która publikuje jako Anna Janko – jako do autorki związanej ze środowiskiem warszawskiego Salonu. Nie lubię bowiem brać do rąk publikacji tego środowiska… I ta niechęć towarzyszyła mi przez całą lekturę jej książki „Mała zagłada”. 

Dlaczego?

Temat przecież jest arcyciekawy: zagłada wsi Sochy na Zamojszczyźnie. Sochy zostały spalone przez Niemców 1 czerwca 1943 roku, a ich mieszkańcy rozstrzelani. Zginęło wtedy około 200 osób, w tym dziadkowie autorki. Jej matka, Teresa Ferenc, oraz jej młodsze rodzeństwo cudem ocalały z tej rzezi. I to właśnie jest tematem „Małej zagłady”. Autorka pisze o likwidacji wsi na podstawie opowieści swojej matki i kilku osób, którym udało się przeżyć tę pacyfikację. 

I byłoby dobrze, gdyby pozostała w kręgu historycznym i ograniczyła się tylko do odtworzenia tej mało znanej w Polsce tragedii. Jednak poszła dalej, w stronę, nie wiem, jak to właściwie nazwać... Esej? Gawęda? Saga rodzinna z elementami eseju i luźnych wiadomości i refleksji na temat II wojny pozbieranych z różnych lektur? I zrobił się bałagan i chaos. Miałam wrażenie, że pani Janko nie ogarnia tematu w sensie całościowym, że nie może się zdecydować o czym właściwie pisze: o tragedii wsi Sochy, o swojej matce i jej rodzinie, a może o swej własnej traumie związanej z tym, że ona sama, Anna Janko, jest drugim pokoleniem ofiar wojennych. 

Jakby tego bałaganu  było mało, Anna Janko wrzuciła do swej książki Żydów z ich Zagładą (a jakże, jakby mogło tu zabraknąć Żydów, skoro autorka jest blisko z gazetą Adama Michnika), a także jakieś takie bardzo ogólne rozważania o okrucieństwie wojen. Do tego jeszcze dołożyła okrucieństwo ludzi hodujących lisy na futra i zabijających zwierzęta w rzeźniach. W tym momencie zniszczona wioska Sochy nabrała innej perspektywy i rozpłynęła się gdzieś w tym morzu okrucieństwa. 

Jakoś mi to wszystko nie pasuje.  Za dużo tu politycznej poprawności, a cała książka jest napisana tak, by spodobała się wydawcom „Gazety Wyborczej”. Ja to czułam przez skórę już od początku, a jeszcze bardziej czułam w trakcie lektury. 

Szkoda, że taki temat został zmarnowany jakimś takim bałaganiarskim, jakoby eseistycznym podejściem. Szkoda, że te Sochy na Zamojszczyźnie nie mają szczęścia, by wejść do historii II wojny światowej w Europie tak jak weszły czeskie Lidice czy francuskie Oradour, także doszczętnie spacyfikowane przez Niemców w czasie II wojny światowej. 

Cóż, nie ukrywam, że otwierając książkę o tej tematyce liczyłam na więcej, tym bardziej, że też należę do drugiego pokolenia ofiar II wojny światowej. Moi rodzice i cała moja rodzina zostali bardzo poszkodowani przez Niemców i też – podobnie jak autorka – od dziecka słyszałam o niemieckich zbrodniach. Wychowałam się w przekonaniu, że niemiec (tak, tak, właśnie z małej litery) to największy wróg Polaka. Ale rozmywać niemieckie okrucieństwo w morzu okrucieństwa jako takiego, albo tłumaczyć, że niemcy byli tacy okrutni, bo coś tam, to się nie zgadza z moim poczuciem sprawiedliwości. 

Nie żałuję, że przeczytałam, ale jestem bardzo rozczarowana.

Janko Anna (właść. Aneta Jankowska), „Mała zagłada”, Wyd. Literackie, Kraków 2015