Translate

sobota, 10 stycznia 2015

Wacław Gąsiorowski, „Emilia Plater”



Uczyliście się w szkole o Łatgalii? Nie? Ja też nie! A o Inflantach Polskich? Bo właśnie dawne polskie Inflanty nazywają się obecnie Łatgalią. 
 
Parę wieków temu kraina ta była zamieszkana głównie przez Polaków. Stolicą Inflant Polskich był Dyneburg. O tym właśnie skrawku dawnej Polski traktuje powieść Wacława Gąsiorowskiego „Emilia Plater”. Największą jej wartością jest prawie dokumentalny opis tej krainy i jej mieszkańców. Utwór zaczyna się od opisu jarmarku w miasteczku Iłłukszta: „Iłlukszta od wieków szczerze polską była. Na półtora tysiąca mieszkańców, szaraków i majsterków ledwie z mendel Łotyszy liczyła, z kopę Niemców, a Żydków aby tylu, bez ilu herbowi posesorowi okoliczni obejść się nie mogli.” W okresie jarmarku Iłłukszta „zamieniała się w ciżbę tak różnojęzyczną a zmieszaną, jakby wszystkie nacje tu, na granicy Inflant Polskich spotkanie sobie wyznaczyły.” 

Mieszkańcy Polskich Inflantów połączeni byli skomplikowaną siecią pokrewieństwa i powinowactwa. Każdy nieznajomy spotkany w karczmie bywał dokładnie wypytany, skąd pochodzi i jak nazywała się jego matka z domu, a jak jej matka i tak dalej. Dochodzenie trwało tak długo, aż została znaleziona niteczka wspólnej krwi łączącej rozmówców. 

Inflanty Polskie to kraina dworów i rezydencji szlacheckich i magnackich. Tam i lud był polski, i szlachta, i magnaci. Tam właśnie również kwitły fortuny spolszczonych i służących Polsce potomków dawnych Kawalerów Mieczowych, a więc rody Rejtanów (Tadeusz Rejtan!), Tyzenhauzów, Denhoffów, Romerów, Mohlów, Manteufflów i Platerów. Rody te miały olbrzymi wpływ na naszą historię, ich członkowie wchodzili w związki małżeńskie z Polakami, pełnili ważne urzędy na dworze królewskim w Warszawie. 

Z takiego właśnie spolszczonego rodu arystokratycznego o niemieckich korzeniach pochodziła tytułowa bohaterka tej książki, Emilia Broel-Plater, córka hrabiego Franciszka Ksawerego i Anny z Mohlów. Z Emilią jest trochę kłopot, bo ta polska Joanna d’Arc należy do naszych postaci mitycznych i nie wiadomo właściwie, co w jej życiu było prawdą, a co legendą. W sferę wiecznych polskich mitów przeniósł ją słynny wiersz Adama Mickiewicza „Śmierć pułkownika”. Gąsiorowski natomiast starał się nieco zdjąć Emilię z piedestału. Jego bohaterka to nie anioł zemsty z mieczem w ręku, lecz ładna, zdrowa, żywa i samodzielna dziewczyna z krwi i kości, co to i w salonie umie się zachować i rzekę Dźwinę wpław wraz z koniem przepłynie. 

Powieść zaczyna się latem 1830 r. Emilia mieszka z ciotką w pałacu w Liksnie, jeździ konno, na własną rękę studiuje nauki ścisłe oraz taktykę wojskową, za mąż się raczej nie wybiera, choć wszyscy wokół mówią o tym, że potrafi zawrócić mężczyznom w głowie. „Panna Emilia Plater, oficerska żmijka! Czterech poruczników ususzyła, generała, komendanta fortecy trubadurem zrobiła, cały sztab drugiej dywizji rozkochała, a teraz artyleryjskiego kapitana, baronka, piecze sobie gołąbeczka na męża.” 

Kiedy jesienią 1830 roku w Warszawie wybucha powstanie listopadowe, Emilia zaczyna jeździć po okolicy i odwiedzać rezydencje zaprzyjaźnionych i spokrewnionych rodzin. Prowadzi potajemne narady z kuzynami służącymi w Szkole Podchorążych w Dyneburgu. Przygotowuje plan odbicia z rąk Rosjan twierdzy w Dyneburgu. 





Na początku 1831 r. hrabianka obcina długie włosy, zakłada męski strój, formuje własny oddział i przyłącza się do powstańców. Towarzyszy jej Anetka Prószyńska, córka jednego z pracowników w majątku w Liksnie. Żołnierze Emilii zajmują kilka miejscowości, w tym Dusiaty, Dangiele i Jeziorosy. Atak na Dyneburg nie udaje się.

Równolegle do wątku Emilii przedstawił Gąsiorowski wątek fabularny związany z Juliuszem Grużewskim, którego serce jest rozdarte pomiędzy młodzieńczym afektem do Marii Raszanowiczówny a podziwem dla efektownej i mądrej hrabianki Plater. Grużewski także walczy w powstaniu, do oddziału powstańczego wstępuje również Raszanowiczówna, która później stanie się nieodłączną towarzyszką broni Emilii. 

W powieści mamy pokazany przebieg powstania listopadowego w Polskich Inflantach, początkowe sukcesy, w tym wciągnięcie do powstania chłopstwa, i późniejsze represje carskich władz wobec Polaków. Rosjanie stosowali tam sprawdzoną taktykę spalonej ziemi, pacyfikowali dwory i wsie. „Imbrody legły w gruzy, Marynia Mohlówna z bratem i jego drobiazgiem ledwie uszła do Antuzowa, do Gasparów. W Dusiatach kamień nie został na kamieniu. Rakiszki, Porakiszki, Dowgiele, Sołoki… Zgroza wspomnieć… Morykoni, dziedzic Sół, magnat nad magnaty, tuła się na sędziwe lata w puszczy świadoskiej… Co w Antuzowie? Żyją pod grozą jutra. Kabłukow przechodził z dywizją, ale nie pozwolil tknąć pałacu. (…) Litwinow dotąd omija Antuzowo. Ten najgorszy. On  i Werculin. Z Liksny wszystkie zapasy zabrano do Dyneburga. Lud głodem przymiera na przednówku. Ba, i nowego nie będzie, bo nie ma komu zebrać. W Szlosbergu połowę ludzi wytrzebiła zaraza.”

Powstanie listopadowe w Inflantach Polskich zostało przegrane, tak jak wszędzie. Jego uczestników i ich rodziny spotkał smutny los. Wielu zostało wywiezionych na Sybir. Niektórzy szczęśliwcy umknęli do Prus. Polskie dwory i majątki w tej okolicy zniszczono. W czasie konnych wędrówek i ucieczki przed rosyjskimi żołnierzami Emilia Plater przeziębiła się, rozchorowała i zmarła z wyczerpania. Jej śmierć wyglądała inaczej, niż to opisał Mickiewicz. Zmarła zwyczajnie, w jednym z dworów, gdzie udzielono jej schronienia. Ukrywano ją przed Rosjanami, w czasie kontroli wmawiano carskim urzędnikom, że to chora nauczycielka dzieci leży w bocznym pokoiku. Jej ciało zostało chyłkiem przewiezione do Kopciowa, gdzie do dziś znajduje się jej grób. Juliusz Grużewski uciekł przed carskimi represjami do Szwajcarii, gdzie został wspólnikiem w firmie produkującej słynne później zegarki Patek. 

Polacy w dawnych Inflantach zostali ostatecznie spacyfikowani przez władze radzieckie w latach 40. XX wieku. Wielu z nich spotkały wywózki i śmierć. Ale jeszcze trochę ich zostało w okolicy Dyneburga. Największe skupisko polskie jest właśnie w Iłłukszcie.  Poznałam kiedyś starszego Łotysza z tamtych stron, który nazywał się Dąbrowski. Rozmawiałam z nim po rosyjsku, mówił, że dziadkowie i rodzice byli Polakami. Nie uczyli go naszego języka, bo się bali władzy radzieckiej. W Liksnie, w dawnej rezydencji hrabianki Plater, znajduje się piękny park krajobrazowy z interesującymi, nietypowymi rzeźbami plenerowymi. Zdjęcia są w sieci, łatwo więc o wirtualną wycieczkę. 

Powieść Wacława Gąsiorowskiego o Emilii Plater została wydana po raz pierwszy w 1910 roku. Wznowiono ją w wydaniu zeszytowym (3 zeszyty na marnym papierze gazetowym) na fali odwilży pod koniec lat 80. zeszłego wieku. Może jakiś wydawca się zlituje i wyda ją ponownie? Jest to tekst wciąż żywy i nadający się do czytania.  Ma duże walory poznawcze i edukacyjne. Może ktoś się odważy?  

Gąsiorowski Wacław, „Emilia Plater”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Sergiusz Piasecki, , „Żywot człowieka rozbrojonego”


„Żywot człowieka rozbrojonego” Sergiusza Piaseckiego to znakomita, napisana w pierwszej osobie autobiograficzna powieść o człowieku, który w 1920 r. poświęcił życie dla ojczyzny, wstępując do polskiego wojska i broniąc Polski przed bolszewikami, a potem ta ojczyzna kopnęła go w tyłek i wyrzuciła na śmietnik. Stał się człowiekiem niepotrzebnym. Na przykładzie swego bohatera pokazał autor losy całego pokolenia takich Polaków, dla których nie było miejsca w odrodzonej ojczyźnie i aby przeżyć, musieli bardzo rozpychać się łokciami, albo też zejść do przestępczego półświatka. 

Wilno, wczesne lata 20. Młody Michał Łubień zostaje zdemobilizowany w kwietniu 1921 r. i nie wie, co ze sobą zrobić. Od momentu wyjścia z wojska błąka się po mieście, prowadząc żywot włóczęgi. Jego dom i krewni zostali po drugiej stronie nowej granicy polsko-radzieckiej, na terenie Sowietów. W Polsce nie ma nikogo. Jest zmęczony, głodny i bezdomny. Aby zarobić parę groszy na jedzenie, sprzedaje handlarzowi starzyzną swoje jedyne kalesony. Jedyną osobą, która udziela mu jakiejś pomocy jest umierająca prostytutka, która przyjmuje go pod swój dach i dzieli się swym posiłkiem.

Przed wojną Łubień skończył Szkołę Nadzorców Telegrafów i pracował jako starszy monter w Mińsku Litewskim. Jego pracodawcą był Zarząd Wileńskiej Dyrekcji Poczt i Telegrafów. Zwolnił się z pracy, by wstąpić ochotniczo do wojska. Dlatego to właśnie tam kieruje swe pierwsze kroki w poszukiwaniu pracy. Jest przekonany, że firma powinna go przyjąć, skoro zrzekł się etatu w celu służenia ojczyźnie. Jest gotów pracować nawet jako prosty robotnik. Ale gdzie tam! Wielokrotne próby nie udają się. Spotyka go tylko upokorzenie. Szuka więc pomocy u swego byłego dowódcy z wojska, który na pożegnanie obiecywał swoim podwładnym, że zawsze mogą na niego liczyć. Dowódca także jest zdemobilizowany i zajmuje wysokie stanowisko w jakimś urzędzie w Wilnie. Brudnemu i śmierdzącemu włóczędze nie udaje się jednak nawet przedostać do jego gabinetu. 

Łubień przeżywa gehennę w wileńskim Biurze Pośrednictwa Pracy, gdzie jest stałym gościem i gdzie stoi w tłumie podobnych do siebie biedaków, licząc na łut szczęścia, ale pracy dla nich po prostu nie ma. Jednak w końcu uśmiecha się do niego szczęście. Dostaje propozycję bardzo nietypowego zajęcia: ma być modelem pozującym do zdjęć pornograficznych. Biznes fotograficzny prowadzi Polak-uchodźca z Rosji, który ma już modelkę i szuka odpowiedniego mężczyzny. Fotograf otacza Michała opieką, pomaga mu znaleźć mieszkanie, udziela także pomocy finansowej. No, a potem Michał radzi już sobie sam. Praca modela przynosi mu wymierny sukces finansowy. Następnie pracuje jako naganiacz w lokalu, gdzie gra się w bilard na pieniądze, później sprzedaje Żydom podrobione czeki pieniężne. To ostatnie zajęcie jest bardzo dobrze płatne, ale niezwykle ryzykowne. Przy którejś z kolei próbie sprzedaży, Michał wpada i ląduje na parę miesięcy w areszcie na Łukiszkach. Taki to był żywot człowieka rozbrojonego w Polsce na początku lat 20. 

Utwór Piaseckiego pełen jest gorzkich słów na temat świeżo odzyskanej wolności, które wypowiadają jego bohaterowie. Rozgoryczeni są wszyscy zdemobilizowani żołnierze, nie tylko Michał Łubień. 

Tu garść cytatów:  

„Pokój zawarty z bolszewikami był początkiem mojej klęski.”
„Kiedy szliśmy przez Warszawę na front, w sierpniu 1920 roku, obrzucano nas kwiatami. Dawano papierosy, czekoladę. Całowano. Jakaś dziewczyna zawiesiła mi na szyi kilkadziesiąt srebrnych medalików z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Rozdzieliłem je między kolegów. A potem… wyrzucono nas na śmietnik. Zabrano nawet owijacze, płaszcze, koce, zapasową bieliznę. Nie dano młodym ochotnikom możliwości kształcić się dalej. Nie dano punktu oparcia ani miski zupy. Syte i bezpieczne społeczeństwo nie zainteresowało się losem tych, którzy bronili jego wolności.”
„W czasie rewolucji w Rosji widziałem mnóstwo koni bezpańskich. Chodziły głodne, wychudłe, straszne. Nikt ich nie brał, bo nie było paszy. Zdychały na ulicach. Głodna ludność wycinała z padliny kawały mięsa. Ale skazać na los tamtych koni tysiące młodych żołnierzy to zbrodnia!”
 „Sprzedali nas nasi wodzowie w Rydze. Sprzedali jak barana, by prędzej dorwać się do stanowisk, do rządzenia. A żołnierz? Cóż on ich obchodzi? Żołnierz-ochotnik to naiwniaczek, który w imię wzniosłych celów buduje dla różnych kombinatorów pałace, a dla siebie kryminał. Kiedy żołnierz był potrzebny, to była dla niego żywność, ubranie, broń. Gdy spełnił swe zadanie – nie ma dla niego nic. Idź, bohaterze, kradnij, rabuj albo głoduj! Im lepiej się opłaca walczyć ze zbrodniarzami niż ustrzec ludzi od zbrodni.”

Logika bohatera Piaseckiego jest taka: walczyłem za was, za bogatych ludzi w Polsce, broniłem waszych majątków, teraz jestem głodny i muszę jakoś żyć. Nie dajecie mi pracy? To będę kradł i oszukiwał. Michał Łubień staje się przestępcą, ale nie traci przy tych człowieczeństwa. Całe jego postępowanie nacechowane jest chęcią pomocy biedniejszym od niego. Jego dobrych cech nie niszczy nawet kontakt ze spelunkami, burdelami, oszustami i przestępcami w więzieniu.

Los Łubnia/Piasceckiego przypomina los, jaki stał się udziałem innych młodych Polaków, którzy także walczyli w szeregach polskiego wojska z bolszewikami i tę wojnę przegrali, bo ich domy znalazły się za kordonem. Taki los spotkał przecież innych Kresowiaków: Melchiora Wańkowicza (jego majątek pozostał po stronie Sowietów), Floriana Czarnyszewicza (który też po demobilizacji znalazł się w Wilnie, gdzie zaczął pracować w policji, a w końcu wyemigrował za chlebem do Ameryki Południowej), a także Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, który po wojnie z przedwojennego panicza stał się pracownikiem warszawskiej drukarni i reporterem uganiającym się za stołecznymi plotkami.

No właśnie – Dołęga-Mostowicz!
Trudno nie porównywać „Żywota człowieka rozbrojonego” z „Karierą Nikodema Dyzmy”. Michał i Nikodem startują z podobnej pozycji, zaczynają od niczego, po drodze dorabiając się sporej fortuny. Obie powieści piętnują system społeczno-polityczny panujący w Drugiej Rzeczpospolitej. Różni je jedno: bohater Dołęgi-Mostowicza to moralna miernota, zaś Michał Łubień to człowiek z natury dobry, którego nie brudzi kontakt ze złem. Może złudzenia Piaseckiego co do natury człowieka były większe niż Dołęgi-Mostowicza? Michał Łubień w niczym nie przypomina cwanego Dyzmy. Jego konstrukcja przywodzi raczej na myśl idealnego bohatera „Nędzników” Wiktora Hugo, Jeana Valjeana, który wyszedł z nędzy i stał się bogaczem, by pomagać biedniejszym od siebie. W całej tej gorzkiej opowieści o świecie przestępczym Wilna, Michał Łubień pozostaje wewnątrz czysty jak łza. Wydarzenia go niosą, a on płynie na fali. Nie kombinuje i nie gra ze światem jak Dyzma.

Powieść Piaseckiego powstała w więzieniu, podobno napisał ją wcześniej niż słynnego „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Została wydana dopiero po wojnie, na emigracji. Moim zdaniem, jest lepsza od „Kochanka…”, bo głębsza, bardziej drapieżna. Czyta się ją znakomicie. Jest niezwykle wciągająca, i to zarówno z powodu sposobu narracji, a także interesującej akcji, pełnej momentów sensacyjnych (kryminał retro!) oraz romansowych. Jest cenna także dla miłośników Kresów, bo poznajemy dzięki niej półświatek Wilna, czyli społeczność, która już dawno odeszła do historii. A do tego niezwykle aktualna, bo któż nie zna kłopotów z uzyskaniem pracy w Polsce?

„Żywot człowieka rozbrojonego” został po raz pierwszy wydany w Polsce po 1989 r. W latach 90. powstałe jego filmowa adaptacja, w postaci czteroodcinkowego serialu, w którym główną rolę zagrał młody, pełen wdzięku Grzegorz Damięcki. Serial jest dostępny na YT:

 Żywot człowieka rozbrojonego 01 Obcy VHSRip - YouTube

  
Piasecki Sergiusz, „Żywot człowieka rozbrojonego”, wyd. LTW, Łomianki 2013





sobota, 3 stycznia 2015

Barbara Iskra-Kozińska, „Maria”



„Maria” to dalszy ciąg powieści „Czerwone niebo nad Wołyniem” Barbary Iskry-Kozińskiej.  Pierwsza część to opowieść o rodzinie ze strony ojca autorki, czyli Kozińskich ze wsi Okopy na Wołyniu, którzy cudem uratowali się przed śmiercią z rąk Ukraińców. Kozińscy w porę uciekli przed żądnymi krwi wieśniakami ukraińskimi i schronili się w pobliskim lesie, gdzie pod opieką partyzantów przeczekali do końca wojny. Potem wyjechali na Ziemie Odzyskane. 

Z kolei „Maria” to historia Zawadzkich, czyli rodziny matki autorki. Zawadzcy mieszkali na Wileńszczyźnie, tam przeżyli okupację niemiecką, a po wejściu Sowietów zdecydowali się na wyjazd „do Polski”. 

Tytułowa Maria to matka Barbary Iskry-Kozińskiej. W tej opowieści jest młodą dziewczyną, która pomaga niemłodym już rodzicom, a do tego matkuje powierzonym jej opiece trzem małym chłopcom, sierotom po starszej siostrze.  Czytamy o tym, jak Maria wraz z kuzynką wyprawiły się saniami przez las do miasta powiatowego, by uzyskać papiery repatriacyjne, jak było to trudne i najeżone rozlicznymi przeciwnościami. Ale to nie był koniec, gdyż aby uzyskać zgodę władz radzieckich na wyjazd, Maria wraz z ojcem musi jeszcze zimą, w trzaskający mróz, wyrąbać narzuconą wcześniej ilość drzew w lesie.  

Dalej – mamy pożegnanie na zawsze z domem na Kresach, długą podróż do Polski i w końcu osiedlenie się Zawadzkich w Kosarzynie pod niemiecką granicą. Jest to historia, która nieodparcie nasuwa skojarzenia z kultowym filmem „Sami swoi”, z tym, że „Maria” jest utrzymana raczej w tonie poważnym, a nie komediowym. Znajdziemy tu jednak niektóre filmowe motywy, takie jak: wyszukiwanie domów po Niemcach do zamieszkania, dzielenie ziemi między mieszkańców wsi i radość z koni podarowanych przez amerykańską „ciocię Unrrę”. Są też opisane trudne początki na nowym miejscu, kiedy najważniejsze było zapewnienie rodzinie podstawowej egzystencji, by było co włożyć na grzbiet i do garnka.

 Po jakimś czasie do Kosarzyna zjeżdżają także Kozińscy, którzy zostali wyproszeni z poprzedniego miejsca osiedlenia się (na Opolszczyźnie), bo tam, do swoich domów wrócili ich niemieccy właściciele, a polskie władze zgodziły się na ich powrót. Kozińscy musieli więc szukać nowego miejsca na ziemi. Znaleźli je w Kosarzynie, za płotem Zawadzkich. 

Maria dorasta, ale ma bardzo wiele obowiązków. W rodzinie zaczyna gościć choroba i śmierć. Maria ma adoratora, wojskowego, który chce ją porwać ze wsi do miasta, a ona nie potrafi się zdobyć na to, by zostawić rodzinę na pastwę losu. Wybiera życie na wsi. Wkrótce wyjdzie za mąż za  zakochanego w niej najmłodszego syna Kozińskich, Zdzisława. 

Autorka odmalowała w tej książce kawał historii swojej rodziny i rodzinnej wsi, a poprzez to, takze kawal historii Polski. Jest to bardzo plastyczna opowieść, pełna ciepła i drobiazgowych opisów życia codziennego na Ziemiach Odzyskanych w późnych latach 40., 50 i wczesnych 60. Mimo rozmaitych trudności (np. z powstałym we wsi kołchozem, czyli spółdzielnią produkcyjną) życie toczy się dość spokojnie, bez wcześniejszych, wojennych emocji, które obie rodziny, Kozińskich i Zawadzkich, przeżyły na Kresach. „Maria” pozbawiona jest dramatyzmu, jakim charakteryzuje się część pierwsza. Ale może i dobrze. Życie w czasie pokoju też bywa ciekawe. 

Dla mnie lektura tej książki była trochę podróżą w czasie, mogłam dzięki niej przenieść się do wsi sprzed kilkudziesieciu lat, jaką pamiętam z dzieciństwa. Z czułym zainteresowaniem czytałam o rozmaitych, dawno już zapomnianych zwyczajach i obrzędach typowych dla polskiej wsi kilkadziesiąt lat temu.  

Kozińska-Iskra Barbara, „Maria”, wyd. Bellona, Warszawa 2013