Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańskiego Południa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańskiego Południa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

Nr 22/2020 Frances Mayes, „Pod drzewem magnolii”


Któraż z nas, kobiet po przejściach, nie zachwycała się wspaniałą amerykańską filmową komedią romantyczną „Pod słońcem Toskanii”, którą nakręcono według książki Frances Mayes pod tym samym tytułem? Piękna, samodzielna i zamożna kobieta w średnim wieku postanawia zmienić swoje życie po rozwodzie – w tym celu wyjeżdża do Włoch, kupuje tam dom, remontuje go za pomocą robotników z Polski i znajduje w Italii miłość swojego życia…

No, a tutaj, „Pod drzewem magnolii” (czyż nie cudna okładka z tymi magnoliami?) mamy jakby ciąg dalszy tamtej włoskiej opowieści. Ciąg dalszy, a może raczej „prequel”? Bo jest to znowu opowieść autobiograficzna, ale o latach wcześniejszych, to jest o dzieciństwie i młodości pisarki i profesora literatury Frances Mayes, która przyszła na świat w 1940 roku w mieście Fitzgerald w stanie Georgia jako trzecie z kolei dziecko w rodzinie fabrykanta tkanin bawełnianych (no bo przecież Georgia to stan bawełny!). Jej rodzice pobrali się z wielkiej miłości, jednak już po roku małżeństwa zaczęli toczyć nieustanne kłótnie, spierali się i bili, a ojciec często popijał i zdradzał matkę. Zmarł na raka, kiedy Frances miała kilkanaście lat. Została w domu z owdowiałą matką, która nie potrafiła sobie dać rady w życiu i także ostro popijała. Żyły z tego, co łaskawie wydzielił im na utrzymanie dziadek-fabrykant… Niby bogate, ale właściwie to biedne i na cudzej łasce, jak w powieściach Karola Dickensa… 

Matka Frances i ona sama w młodości były tym, co amerykańscy południowcy określali mianem „southern belle” (południowa piękność). Chodzi o piękną młodą kobietę z wyższych sfer, uroczą kokietkę żyjącą według pewnych zasad obowiązujących w ich klasie towarzyskiej. Literackim przykładem „southern belle” była Scarlett O’Hara, główna bohaterka powieści „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. W tej książce znajdziemy opis takich właśnie wyższych sfer, ale jakby od podszewki, bardziej krytyczny niż u Margaret Mitchell. Frances przedstawia swoją rodzinę jako dysfunkcyjną, ujawnia różne rodzinne tajemnice i sekrety, które w innych rodzinach pewnie nigdy nie wychodzą na światło dzienne. Podczas lektury jesteśmy świadkami dojrzewania autorki, kibicujemy jej latom szkolnym i studenckim, pierwszym miłościom i fascynacjom erotycznym, a rozstajemy się z nią w pierwszych latach jej pierwszego małżeństwa. 

Urzekły mnie w tej książce różne rzeczy. Po pierwsze – niezwykle sensualne, zmysłowe opisy rzeczywistości otaczającej autorkę, tych wszystkich południowych nasyconych barw, zapachów, smaków, krajobrazów itd. Po drugie – sprawne poradzenie sobie z rodzinnymi sekretami (wiem jakie to trudne!). I po trzecie – jako wielbicielka „Przeminęło z wiatrem” stałam się dawno temu wielbicielką amerykańskiego Południa. Dlatego chłonę z zachwytem utwory literackie dziejące się właśnie tam.  Wspomnienia Frances Mayes pełne są literackich nawiązań i aluzji do twórczości Williama Faulknera, Margaret Mitchell czy Carson McCullers. Mnie kojarzą się jeszcze z takimi utworami jak „Zabić drozda” Harper Lee i „Smażone, zielone pomidory” Fannie Flagg.

Czytało mi się to bardzo dobrze, myślę, że jeszcze nieraz wrócę do tej książki, tak jak wracam do „Pod słońcem Toskanii”, choć to jest jednak kompletnie inny klimat. „Pod drzewem magnolii” jest książką głębszą, trudniejszą, bardziej osobistą i skłaniającą do refleksji niż słoneczny romans z Toskanią w tytule.

Mayes Frances, „Pod drzewem magnolii”, tlum. Edyta Jaczewska, Warszawa 2014






piątek, 4 maja 2018

Margaret Mitchell, „Przeminęło z wiatrem”, czyli być jak Scarlett O’Hara!




„Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell to moja ukochana powieść, którą czytam sobie co parę lat, jak już nieco ją zapomnę. Taka lektura wypada u mnie średnio co 4 – 5 lat. Po jej odbiorze obserwuję jak się zmieniam wewnętrznie, bo za każdym razem wynoszę z niej co innego. To jedna z najważniejszych powieści świata! Utwór pozornie wiktoriański, ale z nowoczesną, silną bohaterką!

Po raz pierwszy usłyszałam tytuł „Przeminęło z wiatrem” jako mała dziewczynka od mojej matki, która z zachwytem opowiadała o filmie, który dawno temu widziała w kinie. Pamiętam, że miała schowany wycinek z gazety na temat tego filmu. Był tam artykuł, którego nie czytałam, bo jeszcze nie umiałam czytać (to było w czasach przedszkolnych) i obrazek przedstawiający jakąś parę tańczącą na balu. Potem dowiedziałam się, że ta para to był Rett Butler tańczący ze Scarlett O’Hara na balu dobroczynnym w Atlancie. 

Pamiętam, że później, kiedy już chodziłam do szkoły, moja matka czytała tę powieść i opowiadała o niej. W tamtych czasach (końcówka lat 1960.) kupienie egzemplarza „Przeminęło z wiatrem” w księgarni graniczyło z cudem. Matka czytała książkę pożyczoną z biblioteki miejskiej, jakiś poszarpany egzemplarz, na który się czekało w kolejce i który bibliotekarka odkładała dla kolejnych czytelników. W pamięci mojej matki powieść Margaret Mitchell zapisała się jako jedna z najlepszych książek świata. 

Ja sama sięgnęłam po tę książkę po raz pierwszy dopiero w ogólniaku. Też czytałam egzemplarz biblioteczny. Co tam czytałam! Pochłaniałam! Z ogromnym napięciem i wypiekami na twarzy. Oczywiście leżałam sobie wtedy w łóżku z jakąś grypą czy innym przeziębieniem. Przy tamtej lekturze najbardziej interesowały mnie romansowe losy Scarlett, przejmowałam się jej miłością do Ashleya i obserwowałam rozwijający się ognisty romans z Rettem Butlerem. Postać Scarlett zachwyciła mnie od pierwszego czytania. Chciałam być wtedy taka jak Scarlett, a przynajmniej umieć tak flirtować i owijać sobie mężczyzn wokół palca. Szczerze mówiąc, ani Ashley ani Rett nie przypadli mi do gustu… Rett zawsze mnie przerażał, a Ashley to takie ciepłe kluchy!

Później były kolejne lektury, najpierw jeszcze czytałam egzemplarze biblioteczne, a w 1988 roku udało mi się kupić własny egzemplarz w księgarni, bo wtedy akurat został wydany w nakładzie 250.320 egzemplarzy. Tak! Ponad dwieście tysięcy egzemplarzy. I to się błyskawicznie rozeszło. W końcówce PRL-u ludzie byli spragnieni tej opowieści, chcieli czytać o romansach Scarlett, o wojnie secesyjnej i o tym, jak przetrwać w trudnych, powojennych czasach. Wtedy właśnie znowu zapragnęłam być jak Scarlett O’Hara, ale nie chodziło mi tym razem o umiejętność flirtowania. Tego się jakoś sama nauczyłam. Tym razem chodziło mi o coś innego. Mianowicie o niezwykłą zdolność (a może umiejętność?) dzięki której Scarlett zawsze potrafiła spaść na cztery łapy jak kot. Krótko mówiąc, potrafiła przetrwać. Cokolwiek by się działo, Scarlett przetrwa i nic jej nie złamie. 

Tak właśnie sama wpadłam na trop, jaki zawarła w tej powieści jej autorka. Kiedy pytano ją, o czym jest „Przeminęło z wiatrem” mówiła, że jej głównym tematem jest „survival”, czyli przetrwanie (na drugim miejscu stawiała zabezpieczenie, jakie dawało posiadanie własnej ziemi). I że napisała powieść o trudnych czasach, kiedy jedni byli bardziej zaradni, a drudzy mniej… No, a Scarlett, była, oczywiście, najbardziej zaradna ze wszystkich. Instynktownie zaradna – bo nikt przecież jej tego nie uczył. Aby przetrwać, Scarlett gotowa była kłamać i zabijać. Miała w sobie ten niezwykły pęd życiowy, dzięki któremu zawsze i wszędzie wybijała się na prowadzenie. 

Tym razem podczas lektury także obserwowałam niesamowitą wolę przetrwania mojej ukochanej bohaterki. Znowu czerpałam siłę i optymizm z czytania o jej dokonaniach (tak, tak, powieść Margaret Mitchell jest krzepicielska, tak samo jak „Trylogia” Henryka Sienkiewicza!), znowu rozmyślałam o tym, że można zestawić poczynania Scarlett po wojnie secesyjnej z tym, czego dokonywały dzielne Polki na kresach wschodnich po powstaniu styczniowym (łączy je ze Scarlett ta sama wola przetrwania i ta sama wola trzymania się zębami i pazurami własnej ziemi, własnego dziedzictwa, którego nie chciały oddać w obce ręce). Tak sobie myślę, że warto by było, gdyby ktoś zajął się analizą krytyczno-porównawczą sytuacji kobiet na amerykańskim Południu po przegranej wojnie secesyjnej i sytuacji polskich kobiet po przegranym powstaniu styczniowym. 

A teraz napawałam się i delektowałam powolną lekturą tej powieści (czytałam ją chyba ze trzy tygodnie), rozmyślając także o tym, czego nie dostrzegałam za młodu, bo ROMANS przysłaniał mi wszystko. Szkoda, że twórcy filmu zniekształcili wymowę tego tekstu robiąc z niego zwykły (choć naprawdę doskonały) melodramat. A tam przecież nie jest wcale ważne, czy Rett wróci do Scarlett czy też nie wróci. Ważne jest to, jak Scarlett będzie sobie dawała dalej radę. Lepiej, żeby Rett wcale nie wracał i poszedł sobie do diabła!

Bo powroty Retta mogą być bolesne. Piszę o tym dlatego, że przy okazji przeczytałam znakomitą biografię Margaret Mitchell („Nie przeminęło z wiatrem” Anne Edwards), z której dowiedziałam się, że to właśnie jej pierwszy mąż był pierwowzorem literackiego Retta. Ten prawdziwy był pijakiem, łajdakiem i oszustem, a kiedy się pojawiał w życiu Margaret to tylko po to, by ją pobić, zgwałcić, zastraszyć albo naciągnąć na pieniądze. Zginął zresztą marnie, w wieku czterdziestu paru lat zapił się, stracił cały majątek i wylądował w jakimś przytułku dla bezdomnych, gdzie wszedł na drabinę przeciwpożarową i spadł z wysokości kilku pięter, zabijając się na miejscu. Od takich mężczyzn lepiej trzymać się z daleka! Z kolei pierwowzorem Ashleya był pierwszy narzeczony Margaret Mitchell, który zginął w czasie I wojny światowej. Natomiast Scarlett to w dużym stopniu projekcja jej samej! Pisarka jednak twierdziła, że Scarlett jest osobą antypatyczną i że prawdziwą bohaterką jej powieści jest Melania, dobra, łagodna, honorowa, a kiedy potrzeba – także twarda jak stal. 

 W książce biograficznej Anne Edwards najbardziej urzekła mnie opowieść o tym, jak Margaret Mitchell od dziecka interesowała się przeszłością Atlanty, swego ukochanego miasta, jak jeździła konno w jej okolicach ze starymi konfederatami, którzy opowiadali jej o dawnych bitwach i potyczkach, i jak matka zawiozła ją kiedyś na wycieczkę szlakiem dawnych plantacji bawełny. Margaret nie chciała chodzić do szkoły i uczyć się arytmetyki. Zaś jej matka, dzielna feministka, wsadziła wtedy córkę do powozu i pojechała z nią na wieś. Pokazując jej stare, zrujnowane lub podupadłe pałace plantatorów bawełny mówiła, że tam wszędzie mieszkali bardzo bogaci ludzie, którym na niczym nie zbywało. Ale przyszła wojna i oni potracili wszystko. Nie mieli już niewolników, złota i pieniędzy. Zostało im tylko to, co mieli w głowach. Dlatego wykształcenie jest najlepszą lokatą kapitału. I dlatego Margaret ma jutro iść do szkoły i nauczyć się arytmetyki, choć jej to się wcale nie podoba! 

Tak wyglądała Atlanta w 1864 roku, kiedy toczyły się bitwy o miasto (zdjęcie z Wikipedii):


A to bitwa pod Atlantą w ujęciu malarskim:
 

A to walc „Lorena” z czasów wojny secesyjnej, który często śpiewano w salonach Atlanty, do melodii tego walca właśnie Scarlett tańczyła z Rettem na balu charytatywnym:




I inne piosenki konfederatów:

Edwards Anne, „Nie przeminęło z wiatrem”, tłum. Anna Soszyńska, wyd. Rachocki i s-ka, Pruszków 1995

Mitchell Margaret, „Przeminęło z wiatrem”, tłum. Cecylia Wieniewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1988, t. 1 – 3

Źródło ilustracji: Wikipedia:
1.      PonderHouse_Atlanta1864
2.      Battle_of_Atlanta