Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UPA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UPA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 października 2021

Nr 26/2021 Justyna Białowąs, „Wołyńska gra”, czyli głos w dyskusji o ludobójstwie na Kresach

 

„Wołyńska gra” Justyny Białowąs to jedna z ważniejszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku. Jej lekturę polecam wszystkim Kresowiakom i ich rodzinom, a zwłaszcza osobom, których przodkowie uciekli spod ukraińskiej siekiery w czasie ludobójstwa na Kresach. Bo to jest bardzo ważny głos w dyskusji o naszej historii, choć ukryty pod płaszczykiem powieści kryminalno-sensacyjnej.

Tytułem wstępu wyjaśnię, że osobiście nie jestem Kresowianką, ani nie mam nic wspólnego z Kresami w sensie rodzinnym. Ani jednego genealogicznego korzonka kresowego nie posiadam, przynajmniej takiego, o którym bym wiedziała. A jednak odkąd jako nieletnie dziecię przeczytałam „Trylogię” Henryka Sienkiewicza, tematyka kresowa w literaturze niezwykle mnie pociąga. Jej efektem są setki przeczytanych książek o Kresach (historycznych i beletrystyki), a także moja własna książka o zjawiskach paranormalnych na Kresach („Duchy Kresów Wschodnich”) wydana w 2018 roku przez wydawnictwo von Borowiecky.  

O tym, jak banderowcy i inni ukraińscy bandyci w czasie II wojny światowej zabijali Polaków na Ukrainie (piszę ogólnie „na Ukrainie”, bo to działo się nie tylko na Wołyniu jak myśli wielu Polaków) dowiedziałam się dość późno, bo dopiero po 2000 roku, kiedy przeprowadziłam się z Bydgoszczy do Malborka. Wcześniej nie miałam do czynienia z Wołyniakami, a tutaj, nad Nogatem, wpadłam od razu w towarzystwo (sąsiedztwo!) ludzi pochodzących właśnie stamtąd. To właśnie do Malborka już w maju 1945 roku przyjechał pierwszy kolejowe transport Wołyniaków, którzy się cudem uratowali przed śmiercią z rąk Ukraińców w wiosce Przebraże koło Łucka. To Wołyniacy po wojnie zasiedlili moje miasto i okoliczne wioski. Nie wiem, czy ktoś to kiedykolwiek obliczył, ale szacunki „na oko” podają, że około 70 procent współczesnych Malborżan ma swoje korzenie na Wołyniu.

No, więc, jak tu zamieszkałam te dwadzieścia jeden lat temu, to zdarzało mi się często-gęsto usłyszeć piękną wymowę kresową, a zwłaszcza dźwięczne „h” i wspaniałe, tylnojęzykowe „ł”, które znałam tylko z przedwojennych polskich filmów. Dzisiaj już nikt tak nie mówi na co dzień, a szkoda. Bo tak właściwie powinno się mówić prawidłowo, bez pójścia na łatwiznę. Tak mówią inni Słowianie, np. Rosjanie czy Ukraińcy. Tak mówiono wszędzie w Polsce przedrozbiorowej. Później do polszczyzny zaczęło wkradać się tzw. „wałczenie”, czyli wymawianie „ł” jak „u”, robienie ze spółgłoski „ł” takie jakby półsamogłoski. Najpierw mówili tak tylko prości chłopi, później ta maniera wkradła się do wymowy klas wyższych i tam już została. A na oddalonych Kresach, niczym w muzeum, zachowała się dawna, staropolska wymowa „ł”. To samo dotyczy dźwięcznego „h”, które w kresowej wymowie odróżnia się od „ch”. Ja się tym zachwycam, tą starą wymową, bo ja polonistka jestem, wyczulona na takie rzeczy. No i właśnie po tym „h” i „ł” rozpoznawałam w Malborku Wołyniaków. Mówili tak nie tylko ludzie z pierwszego pokolenia, ale także drugiego, czasem nawet ci, którzy już się urodzili tutaj, na Ziemiach Odzyskanych. Ta cecha wymowy zatraca się, moim zdaniem, dopiero w trzecim pokoleniu.

Może uogólniam, ale mam wrażenie, że ludzie z Wołynia w ogóle dużo mówią, dużo opowiadają, są bardziej kontaktowi niż przeciętny Polak. Rozmawiałam z nimi czasem na przystankach, w autobusach, w kolejkach do lekarza czy na cmentarzu. Opowiadali mi sąsiedzi z działki i z mojej kamienicy, opowiadała fryzjerka, księgowa, optyczka i sklepowa… To były takie dziwne historie: o dzieciach nabitych na sztachety, o brzuchach ludzkich rozpłatanych nożem i wyciągniętych płodach (w wersji żeńskiej) albo jelitach (w wersji męskiej), o poderżniętych gardłach, spalonych wioskach i potwornym strachu przed Ukraińcami. Nikt z moich rozmówców z Malborka na Ukrainę nie jeździł, bo wszyscy się bali. Bały się kolejne pokolenia. Miałam wrażenie, jakby ofiarami Ukraińców nie byli tylko ci pomordowani, ale też ich uratowani potomkowie, bo drugie, trzecie czy czwarte pokolenie rosło z tymi opowieściami, słuchało ich od dziecka i uczyło się tego strachu przed ukraińskim rezunem.

Justyna Białowąs (rocznik 1983), autorka „Wołyńskiej gry”, także rosła z takimi właśnie rodzinnymi przekazami, podobnie jak mieszkańcy Malborka. W jakimś wywiadzie powiedziała, że pisanie tej powieści było dla niej rodzajem egzorcyzmów. Swoją książkę zadedykowała swojej „rodzinie, którą zamordowali Ukraińcy” i
Ukraińcom, których zamordowała jej rodzina”. Jest to opowieść o tym, jak trzydziestoparoletnia Jagoda, pracownica banku PKO BP, dobrze zarabiająca specjalistka od reklamy, potomkini pomordowanych przez Ukraińców, chce uciec od historii, ale ta historia i tak ją dopada. Cała ta powieść jest właściwie o tym. A także o tym, że Ukraińców to również dotyczy w niemniejszym stopniu niż Polaków.

Uwaga, teraz mogą być spoilery!

Jeśli ktoś traktuje „Wołyńską grę” wyłącznie jako sensację czy kryminał, to proszę dalej nie czytać! Bo może zdradzę niechcący coś, co Wam zepsuje lekturę? Ale - jeśli traktuje tę książkę tak jak ja, która uważam ją za rozpisaną na dialogi interesującą dysputę o trudnej polsko-ukraińskiej historii, to zapraszam dalej!

Jagoda od dziecka słyszała o ukraińskich rezunach, a do tego jej ojciec jest działaczem kresowym. Ale ją to nie obchodziło, dopóki nie pojechała do Sanoka na warsztaty ludowego śpiewu w jakimś skansenie. Po drodze zepsuł się jej samochód, nieoczekiwanie pojawił się jakiś Ukrainiec i zaoferował pomoc, potem pojawił się drugi, trzeci i w końcu była już cała masa tych Ukraińców, którzy przyjeżdżają do Polski jako emigranci zarobkowi. I tak właśnie niczego nieświadoma bohaterka została wkręcona w śmiertelną „wołyńską grę”, w której zostały użyte karty z namalowanymi ukraińskimi motywami (mniej więcej takie jak na okładce tej książki).

I teraz – jakbym to czytała jako kryminał, to pewnie bym porzuciła tę powieść gdzieś w połowie, bo to wszystko wydawało mi się mało prawdopodobne. Ta Jagoda może przecież w każdej chwili wycofać się z tej gry, nikt jej tam na siłę nie trzyma, a brnie dalej i nie wiem po co? Wkurzała mnie ta bohaterka i jej niewinna bezmyślność, która nasuwała mi porównania do heroin osiemnastowiecznych powieści grozy. Tylko, że tamte łaziły gdzieś nocą po ruinach narażając się na spotkanie z duchem (lub mordercą), a Jagoda zadaje się z potomkami rezunów. Ale ja nie dlatego brnęłam przez tę dość obszerną przecież powieść, by dowiedzieć się, czy cnota oraz życie bohaterki zostały uratowane, tylko po to, by poczytać te polsko-ukraińskie dialogi i spory historyczne.

Autorka bardzo dobrze odrobiła swoją lekcję, widać, że siedzi mocno w temacie polsko-ukraińskim, bo przywołała prawie wszystkie kluczowe problemy, jakie pojawiają się w literaturze źródłowej na ten temat, a nawet przewijają się w dyskusjach w zamkniętych „kresowych” grupach na Fejsbuku. Bo ja też należę do tych grup i wiem, co się tam pisze. I jakim językiem. Brawo za research! Dlatego z ogromnym zainteresowaniem połykałam tę książkę, nie zwracając uwagi na występujące tam niedociągnięcia fabularne i „papierowość” niektórych bohaterów (postać pracownika policji na przykład jest papierowa, moim zdaniem). Byłam ciekawa, jak autorka rozwikła cały ten problematyczny węzeł i do jakich wniosków dojdzie.

A teraz jest ten główny spoiler!

W sensie historycznym autorka postawiła na symetryzm. Co właściwie nie powinno być dla czytelnika zaskoczeniem, bowiem przecież zapowiedź tego symetryzmu widoczna jest już w dedykacji tego tekstu, o czym pisałam powyżej. A więc – oni mordowali i my mordowaliśmy. Oni byli źli, bo i my byliśmy źli. Nie ma ofiar ani katów. Są tylko same ofiary. A tak w ogóle to ani Polacy nie są źli, ani Ukraińcy, tylko „nacjonaliści” polscy i ukraińscy. Bo ludzie to w ogóle są dobrzy z natury. Tylko ci wredni nacjonaliści, prawicowcy religią podszyci wszystko psują. Zwróciłam uwagę, ze autorka konsekwentnie i świadomie nie używa określenia „patrioci”, jakby czegoś w szkole jej nauczyli. Albo jakby chodziła do szkoły w czasach, gdy patriotyzm był niemodny.

I ja się teraz zastanawiam, dlaczego właśnie tak? Skąd ten symetryzm? Skąd pochwała kresowej doktryny Jerzego Giedrojcia? Dlaczego w powieści pojawia się sugestia, że „pogódźmy się, pokochajmy się”, a będzie dobrze? Bo tak jest poprawnie politycznie? Modnie? Bo w innym wypadku tak poprawnościowe wydawnictwo jak „Znak” z Krakowa by tego nie wydało? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co myśleć.

Jak wspomniałam na początku, nie jestem Kresowianką. Oczywiście - jako Polkę - boli mnie to ludobójstwo na Kresach. Oczywiście, identyfikuję się z naszymi ofiarami, jestem całym sercem po ich stronie i chciałabym, aby Ukraińcy przeprosili nas za te zbrodnie. Ale mimo wszystko, z powodu braku związków krwi z Kresami, nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do oceny tej powieści. A może właśnie dobrze się stało, że taki właśnie temat trafił do literatury popularnej, że przemówił także do nieświadomych czytelników nie mających pojęcia o krwawej polsko-ukraińskiej historii? Zastanawiam się nad tym.

Dlatego bardzo zależy mi na tym, by włączyli się tutaj Kresowiacy i ich potomkowie. Może przy okazji takiej właśnie sensacyjnej powieści warto przedyskutować, czy na miejscu jest symetryzm historyczny, jaki postuluje autorka.  Czy rzeczywiście my Polacy możemy być uważani za katów? A może jednak lepiej byłoby wymusić na Ukraińcach przyznanie się do winy? Można by to zrobić przy pomocy ekonomii, mniej im pomagać, a więcej wymagać. Jak myślicie?

Białowąs Justyna, „Wołyńska gra”, Kraków 2021

 

 

 

piątek, 29 czerwca 2018

„Taki był Malbork. Wspomnienia”, oprac. Bogusław Krauze i Piotr Topolski - chwalę i ganię



Przeczytałam właśnie dwa tomy wspomnień dawnych i obecnych mieszkańców Malborka. Jestem dosłownie porażona ogromem nieszczęść, jakie w XX wieku spotkały ludzi zamieszkujących obecnie Ziemie Odzyskane! Moja wiekowa mama też czytała te dwie książki i wzruszyła się niezmiernie przy tej lekturze. W drugim tomie znalazła ze zdziwieniem wspomnienia pana Tadeusza Struzika, który pochodzi z tej samej wsi, co ona, czyli z Osieka nad Wisłą. Mama chodziła do szkoły i przyjaźniła się w dzieciństwie z jego siostrą, Jadzią Struzikówną. 

W Malborku, podobnie jak i na całych Ziemiach Odzyskanych, po 1945 roku nastąpiła całkowita wymiana ludności. W styczniu 1945 roku, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Prus Wschodnich i Zachodnich, większość ludności niemieckiej uciekała jak mogła (wozami konnymi, pieszo i na statkach) na zachód. Ta ewakuacja była masowa i chaotyczna. Władze III Rzeszy przeprowadziły ją zbyt późno i po prostu źle. Polityka Adolfa Hitlera była taka, że do końca chciał utrzymać te tereny w rękach niemieckich, nie dbając o los własnej ludności cywilnej. Jeśli chodzi o Malbork, to podobno istniał nawet jakiś ułożony wcześniej plan niemieckiej ewakuacji, ale nie został zrealizowany w najmniejszym stopniu. Niemcy w styczniu 1945 roku uciekali przed Rosjanami na własną rękę na zasadzie „ratuj się, kto może!”.  

Miejsce niemieckiej ludności najpierw zajęli Rosjanie, a raczej żołnierze radzieccy, którzy przyszli tu z Armią Czerwoną. Wiosną 1945 roku w Malborku była radziecka komendantura wojskowa, którą dowodził podpułkownik A. Denisow. I tu stawiam wszystkim pytanie za 100 punktów: kto wie, jak pułkownik Denisow miał na imię? Wiemy tylko tyle, że zaczynało się na „A”. A co dalej? W wydanej przed laty książce „Żuławiacy” (wspomnienia pierwszych osadników z Żuław pod red. Józefa Pawlika) znalazłam informację, że pułkownik Denisow był Sybirakiem, do tego bardzo przystojnym i sympatycznym mężczyzną, znającym trochę język polski. Nie mówił wprawdzie po polsku, ale wszystko prawie rozumiał. Był dość życzliwie nastawiony do Polaków, można było z nim załatwiać różne trudne sprawy bytowe. Może miał jakieś polskie korzenie, skoro był z Syberii, gdzie przecież znalazło się tylu polskich zesłańców? Warto byłoby to sprawdzić! Oto ciekawe zadanie dla miłośników historii! Przyznam, że sama już szukałam i mimo znajomości języka rosyjskiego nie udało mi się tego odkryć. Może inni będą lepsi! 

Radziecka komendantura wojskowa przekazała władzę w Malborku Polakom w czerwcu 1945 roku. To była wielka uroczystość, która miala miejsce w dawnej Fabryce Cygar przy ulicy Grunwaldzkiej, w tym samym lokalu, gdzie obecnie mieści się Spółdzielnia Socjalne Fabryka Inicjatyw, gdzie w ostatni poniedziałek odbyła się promocja kwartalnika „Prowincja”. Pisałam o tym tutaj. To bardzo ciekawe i oryginalne miejsce na kulturalnej mapie naszego miasta i zasługuje chociażby na tablicę upamiętniającą to historyczne wydarzenie. Apeluję do władz miasta, by o to zadbały i umieściły stosowny napis o tym przekazaniu władzy na budynku Fabryki Cygar. 

W tym czasie w mieście była już spora grupa Polaków. To byli różni ludzie ze wszystkich stron. Pierwsza ważna grupa to robotnicy przymusowi wywiezieni tutaj do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy, którzy po zakończeniu działań wojennych nie mieli dokąd wracać, więc tu zostali. 

Druga grupa, chyba sporo większa od tej pierwszej, to repatrianci zza Buga, głównie Wołyniacy, cudem uratowani spod banderowskiej siekiery, głównie ludzie z Łucka, Równego i okolic. W tej grupie były osoby, które przeżyły napaści banderowców w najlepszym na Wołyniu ośrodku polskiej samoobrony, czyli we wsi Przebraże kolo Łucka, gdzie schroniło się około 20 tysięcy Polaków. Dawni Przebrażacy i ich rodziny osiedlili się przeważnie na tzw. drugich Piaskach w Malborku, w poniemieckich małych domkach z ogródkami. Wiem, że gdzieś tam postawili nawet kamień upamiętniający bohaterską obronę Przebraża. Nie bylam tam, ale się wybieram na wycieczkę.

Poza tym, zaraz po wojnie przyjeżdżali do Malborka (jak i na całe Ziemie Odzyskane) szabrownicy z Warszawy i całej Polski centralnej. Jak im się tu spodobało, to zostawali na zawsze. Przyjeżdżali też ludzie „zza Wisły”, to jest Kaszubi i Kociewiacy, którzy znali te tereny z okresu międzywojennego, kiedy to jeździli na bogate Żuławy „na saksy”. Zaraz po wojnie trafiali do Malborka także ludzie, którzy z różnych powodów ukrywali się przed nową władzą ludową, m. in. żołnierze AK i inni partyzanci. Swoją kryjówkę mieli w Malborku przy ulicy Rodziewiczówny członkowie grupy majora Łupaszki. Dobrze byłoby zlokalizować również i ten dom, jeśli jeszcze istnieje. Przydałaby się tam jakaś tablica upamiętniająca działalność majora Łupaszki. To mogłaby być kolejna atrakcja turystyczna naszego miasta. Nie samym zamkiem Malbork żyje!

Byli tu również, niestety, prawdziwi bandyci i mordercy Polaków, to jest posługujący się fałszywymi dokumentami członkowie band UPA i własowcy. O tych fałszywych dokumentach i zmienionych nazwiskach różnych Ukraińców, którzy udawali Polaków (może nawet ukradli dokumenty zamordowanym przez siebie ludziom z Wołynia?) sama słyszałam tu i ówdzie już dawno, a w tej książce znalazłam namacalne potwierdzenie tych plotek. Opowiada o tym jedna z pań, która pracowała w jakimś urzędzie i miała dostęp do dokumentów.  Czyli to nie jest żadna lokalna „urban legend”! Jeszcze niedawno tu byli ludzie, którzy mówili o tym szeptem i z wielkim strachem przed tymi bandytami. Podobno byli wśród nich mordercy ich rodzin. 

Prócz tego, była tu jeszcze niewielka grupa Niemców, zwanych wtedy autochtonami. Byli to ludzie, którzy albo tu zostali, albo uciekli zimą 1945 roku na zachód, a tam nie mieli z czego żyć i wrócili w rodzinne strony. Ta grupa stopniowo topniała, bo Niemcy wyjeżdżali z Polski w latach 1940. i 1950. Zostały tylko te osoby, które związały się z Polakami, przeważnie były to młode kobiety, które dzięki małżeństwom miały już nowe polskie nazwiska i otrzymały polskie obywatelstwo. 

Tak więc po 1945 roku przyszli tu różni ludzie z różnych stron. Jak wynika z opowieści zebranych przez autorów tej książki, właściwie nikt nie przybył tu dobrowolnie i dlatego, że mu się Malbork tak spodobał. Wszystkich zagnała tu historia i fatalny los. W Malborku po wojnie było strasznie: morze ruin, głód, nędza, panował tyfus. Nie było tu wtedy nic do podobania!

 Historie opowiadane przez ludzi w tej książce są tak tragiczne, że właściwie połowa z nich nadawałaby się na scenariusz dramatycznego wojennego filmu: II wojna, wysiedlenia, pożary, ucieczki i wywózki na roboty przymusowe do Niemiec przez III Rzeszę i na Sybir przez Związek Radziecki (to ci z Kresów Wschodnich). Największe wrażenie na mnie wywarły dwa rodzaje opowieści: te o ludobójstwie, jakiego dokonali Ukraińcy wobec ludności polskiej na Wołyniu, i te o pobycie w straszliwym NIEMIECKIM (podkreślam to, bo teraz jest różnie z tą pamięcią historyczną) obozie koncentracyjnym Stutthof na Żuławach, jednym z najstraszniejszych obozów, jakie stworzyła III Rzesza.

Autorzy książek z serii „Taki był Malbork. Wspomnienia”, to jest Piotr Topolski i Bogusław Krauze dokonali gigantycznej i mrówczej pracy docierając do autorów tych opowieści i spisując je. Wielkie brawa dla tych panów za ich zaangażowanie i ogrom włożonego wysiłku. Na spotkaniu promującym drugą z tych książek Autorzy opowiadali jak i gdzie wyszukiwali swoich bohaterów. Zaczepiali starsze osoby na ulicy, na poczcie, na rynku, w sklepie. Szukali ich w szpitalach i w przychodniach. Pytali, skąd kto pochodzi i kiedy przyjechał do Malborka. Dlatego mówię: „Czapki z głów!” – za tę trudną i żmudną pracę. Wiem dobrze, jaki to wysiłek, bo wiele lat pracowałam w mediach i zdaję sobie sprawę jak nieraz jest ciężko znaleźć odpowiednią osobę, a potem jeszcze namówić ją do opowiedzenia o własnych traumatycznych życiowych przeżyciach. A panowie Topolski i Krauze nie są przecież, jak się zorientowałam, ani dziennikarzami, ani historykami, ani też polonistami… 

No i właśnie!


Muszę tu teraz dodać pewną kroplę goryczy do tej beczki miodu, w której kąpię Autorów tej książki. 



Gorycz tę, a może raczej krytykę, kieruję jednak nie do Autorów, ale do wydawcy tych publikacji, to jest do Urzędu Miasta w Malborku. 


Panie Burmistrzu Marku Charzewski, na Boga! 

Czy to był naprawdę taki wielki problem finansowy, aby do wydania tej publikacji zatrudnić redaktora i korektora? 

Czy naszego miasta (w którym ja płacę podatki, przypominam!) naprawdę nie stać na niewielkie honorarium dla osoby, która by „ogarnęła” ten gigantyczny i bardzo wartościowy (nieoceniony!) materiał  zebrany przez panów Topolskiego i Krauzego? 

Czy to było takie trudne, by wynająć do tej pracy jakiegoś specjalistę (redaktora-korektora-polonistę), który by mógł zrobić z tego materiału istną perełkę wydawniczą, która byłaby książką uniwersalną, ogólnopolską, a nie tylko lokalną ciekawostką?    

Bo przecież ta książka nie ma w ogóle żadnej redakcji! Teksty drukowanych w niej wspomnień publikowane są jakby w formie „in extenso”, bez żadnego podredagowania, uporządkowania czy skrótów. Tak jakby ktoś to spisał bezpośrednio z taśmy magnetofonowej i tak podał do druku. W książce nie ma nawet porządnego podziału na akapity, a w przypadku dłuższych tekstów na podrozdziały czy części.

Te opowieści są często chaotyczne, poplątane, niejasne w warstwie faktograficznej. Wielu rzeczy trzeba się domyślać albo sobie dopowiadać. Brakuje tu przypisów wyjaśniających te różne niejasności (przypominam zasadę, że jak się publikuje pamiętniki, to obowiązkiem wydawcy jest zrobienie tych przypisów), brakuje indeksu osobowego, w wielu przypadkach brakuje podania imion i nazwisk osób udzielających wywiadu. W pierwszym tomie brakuje nawet spisu treści, co uważam już za skandaliczne. W drugim tomie ten spis się pojawił. Może ktoś podpowiedział, że jest taka potrzeba? Słyszałam, że ludzie się na to skarżyli…

Brakuje również zdjęć przedstawiających bohaterów tych opowieści. Sprawę ilustracji ratują jednak stylowe i klimatyczne, stare zdjęcia Malborka pochodzące ze zbiorów kolekcjonerskich Bernarda Jesionowskiego z zamku w Malborku, pasjonata historii lokalnej uważanego za żywą chodzącą encyklopedię Żuław (przy okazji, jego też można odpytać o refleksje na temat Malborka, jakby panowie Autorzy zbierali materiały do trzeciego tomu wspomnień). Niemniej jednak, czytelnik chciałby zobaczyć fotografie osób, które opowiadają o naszym mieście, a nie tylko te piękne zdjęcia ulic i zabytków. Dla tekstów wspomnieniowych ważni są LUDZIE! Ja bym tak bardzo chciała zobaczyć twarze tych ludzi, którzy opowiadali o Malborku panom Topolskiemu i Krauzemu… Może znam ich? Może mijałam ich kiedyś na ulicy? Może mieliśmy obok siebie działki w ogródkach działkowych przy Szopena?

Podkreślam raz jeszcze, nie mam żadnych pretensji do Autorów. Przeciwnie, jako osoba, która zbiera właśnie materiały do książki o historii mojej rodziny, jestem im wdzięczna za te dwa tomy, za kolosalny wkład pracy i za pasję, z jaką tego dokonali. Z pewnością sama będę korzystać i cytować te wspomnienia. Ale mam pretensje do wydawcy,  że nie zadbał o odpowiednią oprawę tych publikacji.

Sprawa wygląda tak, że Autor może oddać tekst do druku w takiej postaci, w jakiej oddali go panowie Topolski i Krauze. Jak pracowałam w gazecie, to ludzie przynosili teksty napisane ręcznie, z błędami ortograficznymi, stylistycznymi i interpunkcyjnymi, a redaktorzy podawali je druku zawsze w poprawnej formie. Bywało tak, że czasem pisali teksty na nowo ;)))

Powtarzam raz jeszcze, obowiązkiem wydawcy jest go później podać czytelnikom w formie przystępnej i atrakcyjnej. A tego wydawca nie dokonał.

Jedyny plus dla wydawcy jest taki, że książka została wydana w twardej oprawie, na dobrym papierze i druk też jest dobry (duży, wyraźny, przyjaznych dla oczu starszych nawet osób, moja mama 88-letnia dała radę to przeczytać w okularach). No i cena tej publikacji też jest przystępna.   

Mam nadzieję, że może ktoś z Urzędu Miasta w Malborku przeczyta te moje uwagi i weźmie je sobie do serca w przypadku kolejnych ważnych publikacji dotyczących naszego miasta.

Raz jeszcze – wielkie brawa dla Autorów!
Urzędzie Miasta w Malborku – poprawcie się!

„Taki był Malbork. Wspomnienia. Część druga”,  oprac. Bogusław Krauze, Piotr Topolski, wyd. Urząd Miasta Malborka, Malbork 2016
„Taki był Malbork. Wspomnienia”,  oprac. Bogusław Krauze, Piotr Topolski, wyd. Urząd Miasta Malborka, Malbork 2018