Translate

wtorek, 20 lutego 2018

Maria Daniel, „Wspomnienia z czasów wojny. 1939-1945”






Szukając wspomnień z okresu II wojny światowej w Bydgoszczy, Toruniu i okolicach, natrafiłam na arcyciekawy pamiętnik Marii Daniel z domu Kocińskiej (rocznik 1928), której ojciec był przed wojną oficerem Wojska Polskiego. 

Autorka urodziła się w domu dziadków w Grudziądzu, potem mieszkała z rodzicami tam, gdzie jej ojca rzucała służba wojskowa. Najpierw było to na kresach wschodnich - w Żytyniu w okolicy Równego na Wołyniu, a potem w Tarnopolu, bo tam właśnie służył jej ojciec, Feliks Kociński, który był członkiem Korpusu Obrony Pogranicza. Tuż przed wojną, w 1938 roku, rodzina Kocińskich przeniosła się do Bydgoszczy, gdzie zamieszkała w kamienicy przy ulicy Śniadeckich. Feliks Kociński był wówczas oficerem w 61. Pułku Piechoty, który stacjonował w koszarach na Osiedlu Leśnym. 

Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa, autorka wraz z matką zostały ewakuowane razem z innymi rodzinami wojskowych z Bydgoszczy na wschód. Jechały dość długo koleją w bydlęcych wagonach. Dotarły do wioski Horodło nad Bugiem (tej samej, gdzie w XV wieku podpisano Unię w Horodle) i były tam świadkami dalszej ewakuacji na wschód wojska polskiego, a potem jego ucieczki z powrotem na zachód, już po wkroczeniu na nasze tereny Sowietów. W tym czasie Feliks Kociński wyprowadzał swoich żołnierzy z Bydgoszczy i znalazł się przy tym w ogniu niemieckiej dywersji, kiedy to Niemcy, ukryci gdzieś na strychach domów i wieżach kościołów strzelali do wycofujących się polskich żołnierzy, szerząc przy tym chaos, panikę i zamieszanie w szeregach naszego wojska. Potem Kociński dostał się do niemieckiej niewoli, ale Gestapo wkrótce wyciągnęło go z oflagu. Został nawet postawiony przez niemieckim sądem w Bydgoszczy jako osoba zamieszana w tamte wydarzenia. Niemcy bowiem uważali, że to Polacy byli winni śmierci niemieckich cywilów w dniu 3 września 1939 roku. Zemścili się zresztą za to krwawo, rozstrzeliwując tydzień później, w niedzielę 10 września, wielu polskich zakładników na Starym Rynku w Bydgoszczy. 

Mała Marysia Kocińska wraz z matką dotarła z tego Horodła z powrotem w rodzinne strony. Całą wojnę przeżyły w Grudziądzu razem z dziadkami ze strony matki. Opis wojennej rzeczywistości w tym mieście wcielonym do III Rzeszy to bardzo cenny zapis historyczny. Wojna przeważnie kojarzy się Polakom z tym, co było w Generalnej Guberni, bo tak pokazywano ją w niezliczonych książkach i filmach. Mało jednak wiadomo, jak wyglądało życie Polaków w miejscowościach, które zostały wcielone do Rzeszy. Warto przeczytać tę książkę, by poznać tamte trudne realia. 

Publikacja ta została wydana w wydawnictwie naukowym. Wstęp i opracowanie to dzieło wnuczki autorki doktor Aleksandry Burdziej, germanistki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Narracja jest opatrzona licznymi przypisami i wyjaśnieniami. Czyta się to bardzo dobrze, Maria Daniel ma dar opowiadania, znakomitą pamięć do szczegółów (po tylu latach!) i wlała w swą historię tyle osobistych emocji, że jej lektura przypomina czytanie jakiejś pasjonującej powieści wojennej. 

Przeczytałam tę książkę z prawdziwą przyjemnością, tym bardziej, że pani Maria Daniel była przez wiele lat mieszkanką mojej rodzinnej Bydgoszczy. Pracowała w banku PKO jako naczelniczka wydziału kredytów. Pewnie się nigdy z nią nie zetknęłam osobiście, bo nie brałam kredytów w tamtym banku (w ogóle nigdy w życiu nie wzięłam żadnego kredytu!), ale z pewnością chodziłyśmy po tych samych ulicach. Może nieraz minęłyśmy się na ulicy? Z kolei do Malborka, gdzie obecnie mieszkam, mała Marysia Kocińska przyjeżdżała w czasie wojny po zaopatrzenie do sklepów spożywczych. Polacy mieli wtedy bardzo małe przydziały żywności i by przeżyć, musieli kombinować i przemycać żywność skąd się dało. To bardzo ciekawe, poczytać jak wygądała „hamsterka” w wykonaniu małego dziecka. 

Niedawno czytałam powieść autobiograficzną „Most Królowej Jadwigi” Jerzego Sulimy-Kamińskiego i ciekawie jest tak zestawić sobie te dwie książki opowiadające o latach okupacji na Pomorzu.  Jak się pomyśli, że bohater Sulimy-Kamińskiego został w czasie wojny folksdojczem i należał do Hitlerjugend, a Maria Daniel i jej rodzina to byli polscy patrioci, którzy tej volkslisty nie podpisali, to trudno się powstrzymać od emocjonalnych ocen…  

Szukam takich świadectw z czasów wojny, bo nadal piszę tę moją książkę o mojej rodzinie i o mojej babci, co to nie podpisała volkslisty. Jej niezłomna, patriotyczna postawa wpłynęła na wojenne losy całej naszej rodziny… Czytam, myślę, porównuję różne postawy ludzkie. Ta właśnie lektura dała mi wiele tematów do rozważań! 


Daniel Maria, „Wspomnienia z czasów wojny. 1939-1945”, wstęp i opracowanie Aleksandra Burdziej, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2017

sobota, 17 lutego 2018

Dodie Smith, „Zdobywam zamek” ("Piszę, siedząc na kuchennym zlewie")




„Zdobywam zamek” Dodie Smith to jedna z najbardziej uroczych powieści brytyjskich, jakie w życiu czytałam! 

Jest to klasyczny „Bildungsroman”, czyli powieść o dojrzewaniu. Można ją postawić na jednej półce z takimi tekstami jak „Buszujący w zbożu” J. D. Salingera, "Sekretny dziennik Adriana Mole'e" Sue Townsed czy „Szklany klosz” Sylvii Plath. Wydawca na okładce reklamuje tę powieść jako „coś dla miłośniczek „Błękitnego zamku” Lucy Maud Montgomery”. Może być i tak, choć ten ostatni utwór nie jest dla mnie przyciągający, pamiętam go bardzo słabo i musiałam zajrzeć do Wikipedii, by skojarzyć o czym to było. Chyba nigdy nie byłam jego miłośniczką! Na szczęście, w powieści Dodie Smith nie ma tego drażniącego cukierkowego melodramatyzmu i sentymentalnej nuty typowej dla autorki „Ani z Zielonego Wzgórza”. Zamiast tego mamy tu wiele gorzkiej ironii , sporo groteski i krytycznego spojrzenia na dorastające panienki.

Narratorką „Zdobywam zamek” jest siedemnastoletnia Cassandra, która chce zostać pisarką, a na razie wprawia się w stenografowaniu. Pisze więc pamiętnik o sobie i swojej rodzinie. Jej ojciec jest pisarzem, który zasłynął z napisania jednej książki „Boje Jakuba”, zarobił na niej sporo pieniędzy, po czym chciał kupić dom gdzieś w Anglii. Zamiast tego wynajął na czterdzieści lat siedlisko ze zrujnowanym zamkiem i domem zbudowanym w jego obrębie. Rodzina Cassandry składa się obecnie z ojca, starszej siostry Rose, młodszego brata Thomasa i macochy Topaz (matka zmarła wkrótce potem jak rodzina zamieszkała w zamku i ojciec ożenił się po raz drugi). Mieszka z nimi także służący Stephen, syn zmarłej pokojówki, którą się zaopiekowali po jej śmierci. 

Jest okres tuż po II wojnie (powieść wyszła po raz pierwszy w 1949 roku). Rodzina Cassandry nie ma z czego żyć. Żyją praktycznie w nędzy. Biedują i głodują, i to w sensie dosłownym. Ojciec już dawno nie napisał niczego, nie zarabia więc żadnych pieniędzy. Siedzi w swoim gabinecie urządzonym w pokoju nad bramą zamkową i całymi dniami czyta kryminały, które przynosi mu wioskowa bibliotekarka. O to, by rodzina miała co jeść, dba tylko Topaz, która przed ślubem była wziętą modelką modnych angielskich malarzy. Teraz nie zarabia już nic, ale umie gotować i zrobić coś z niczego. Thomas jeszcze chodzi do szkoły, zaś Rose i Cassandra siedzą w domu i czekają na mężów niczym panny Bennett z „Dumy i uprzedzenia”. W pewnym momencie Rose żartem mówi, że sprzedałaby nawet duszę diabłu, byle tylko wyjść bogato za mąż, by pomóc sobie i rodzinie. Jak na zawołanie – zaraz po tym zjawiają się dwaj bracia, bogaci Amerykanie, którzy – jak się okazuje – są spadkobiercami pobliskiej posiadłości, której właściciel niedawno zmarł. A ich matka jest wielbicielką talentu pisarskiego ojca Cassandry. Takie jest zawiązanie akcji. No, a potem to się dzieje!

W tekście są widoczne aluzje do klasycznych powieści angielskich, przede wszystkim utworów Jane Austen i sióstr Bronte, ale także powieści Williama Thackeray’a. W pewnym momencie pastor określa Cassandrę jako „Jane Eyre z domieszką Becky Sharp”. Są tu też nawiązania do „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta i opowieści biblijnych. Z tym, że nie jest to w żadnym razie jakaś literacka bajaderka, czyli zmieszanie starych wątków i podanie ich w nowym opakowaniu. Dodie Smith wykorzystuje tamte klasyczne teksty w sposób twórczy i kreatywny. 

Czyta się to znakomicie. Powieść przyciąga uwagę od pierwszego zdania do ostatniego. Już początek jest niesamowity i zaskakujący: „Piszę, siedząc na kuchennym zlewie.”, a dalej jest jeszcze bardziej ciekawie. Cassandra jako narratorka naprawdę daje się lubić, jest niezwykle oryginalna i ekscentryczna. W ogóle, wszyscy bohaterowie są bardzo ekscentryczni, jak to na Anglików przystało. Jestem pewna, że będę wracać do tej książki, tak jak wracam do opowieści Jane Austen. A tak długo czekała na swoją kolej. Kupiłam ją za 10 złotych na jakiejś wyprzedaży w Kauflandzie i odłożyłam do moich zapasów do czytania w przyszłości. No i po paru latach przyszła na nią kolej. To była naprawdę niezapomniana lektura! 

W 2003 roku powieść ta została zaliczona do listy 200 najlepszych książek według BBC. Znajduje się tam na 82. miejscu. Warto dodać, że Dodie Smith, jest najbardziej znana jako autorka książki dla dzieci „101 dalmatyńczyków”, którą wydała w 1956 roku. 

Na podstawie „Zdobywam zamek” w 2003 roku powstał brytyjski film w reżyserii Tima Fywell’a, rolę Cassandry zagrała tam Romola Garai. Zdaje się, że kiedyś go widziałam, ale nie pamiętam już dokładnie.
  

Smith Dodie, „Zdobywam zamek”, tłum. Magdalena Mierowska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2013

czwartek, 15 lutego 2018

Witold Banach, „Radziwiłłowie. Burzliwe losy słynnego rodu”




Rzadko to mówię, ale tym razem muszę! Uwaga – to jest naprawdę dobra książka! Nie dość, że znakomita, to jeszcze smakowita! Obfitująca w różne anegdoty, smaczki i ciekawe historyjki wygrzebane z mroków historii. Połknęłam ją jednym tchem. I jeszcze mi mało! Żal, że już skończyłam…

Z początku nie było tak dobrze. A nawet byłam nieco zawiedziona… Co to ma być? Książka o Radziwiłłach, a gdzie Lizdejko, Barbara Radziwiłłówna, Radziwiłł Czarny, Radziwiłł Rudy (Rudy jest, ale inny i dużo później), Radziwiłł Sierotka i Radziwiłł Panie Kochanku? Nie ma! Czyli nie ma tych osób, które w polskiej świadomości kojarzymy z Radziwiłłami. Nie ma co najmniej połowy tych, o których pisał Stanisław Cat-Mackiewicz w swojej kapitalnej książce „Dom Radziwiłłów”. A na to chyba jakoś podświadomie liczyłam. Czyli na jakąś powtórkę z rozrywki, to jest z Mackiewicza. 

A tu nie ma nawet indeksu osobowego, więc trudno w ogóle sprawdzić, kto jest. Książka Witolda Banacha zaczyna się tak jakby od środka. Bez żadnego wstępu wkraczamy w historię dwunastego pokolenia Radziwiłłów (taka jestem mądra, bo sprawdziłam w Wikipedii, tam są te wszystkie pokolenia wyszczególnione, w haśle „Radziwiłłowie”). Początek jej narracji wyznacza ślub Antoniego Henryka Radziwiłła i Luizy Pruskiej (Hohenzollern), który odbył się pod koniec XVIII stulecia. Od tamtej pory Radziwiłłowie przestali być polskim rodem z kresów wschodnich i stali się polskim rodem z kresów zachodnich. Antoni Radziwiłł żeniąc się z księżniczką pruską podpisał intercyzę, w której przyrzekł, że nie będzie się szwędał nigdzie poza granicami państwa pruskiego, wobec tego postawił sobie pałac w Berlinie i nabył różne posiadłości na jego terenie. Posiadłości, o których wiedzą chyba tylko lokalni regionaliści, bo ogół Polaków kojarzy Radziwiłłów głównie z Nieświeżem i Ołyką. A Radziwiłłowie to także Wielkopolska i Dolny Śląsk, o czym zapominamy. 

No więc mamy najpierw opowieść o małżeństwie Antoniego Radziwiłła, potem leci niesamowity i mało znany w Polsce melodramat historyczny związany z miłością jego córki Elizy Radziwiłłówny i pruskiego następcy tronu, przyszłego cesarza niemieckiego Wilhelma I. Wielka miłość i piękna historia, ale niestety, wielbiciel Elizy nie kochał jej tak namiętnie jak król Zygmunt August Barbarę Radziwiłłównę. Eliza nie została niemiecką cesarzową, tylko zmarła w smutku i staropanieństwie na suchoty czy coś w tym rodzaju. Przez wojną Niemcy zrobili o tym film z Lidą Baarovą w roli Elizy, jest kawałeczek na YT, warto zerknąć: 



Potem czytamy o niezwykłej księżnej Dino (Dorota de Talleyrand-Perigord z księstwa żagańskiego i jej powiązaniach z Radziwiłłami. Dalej jest przedstawiona jej wnuczka Maria Dorota Radziwiłłowa z domu Castellane, żona Antoniego Wilhelma Radziwiłła, która w drugiej połowie XIX wieku zabrała się za remont i restaurację niszczejącego zamku Radziwiłłów w Nieświeżu. Była matką Stanisława Wilhelma Radziwiłła, adiutanta Józefa Piłsudskiego oraz Jerzego Fryderyka Radziwiłła, XV ordynata na Nieświeżu. 

Jeszcze bardziej niezwykłą kobietą z rodu Radziwiłłów była Katarzyna Radziwiłłowa, córka Adama Rzewuskiego, awanturnica, oszustka i skandalistka, do której autor ma wyraźną słabość. Jej losy nadawałyby się na film przygodowy albo szpiegowski. Wydana za mąż w wieku piętnastu lat, urodziła Radziwiłłowi kilkoro dzieci, a potem zaczęła fruwać po świecie. Była niezwykle płodną pisarką i dziennikarką, autorką czterdziestu książek, pisała m. in. reportaże z różnych stolic Europy, spłodziła fikcyjne listy Eweliny Hańskiej (Ewelina była jej ciotką!) do pisarza Honore de Balzac oraz fikcyjny wywiad z generalissimusem Józefem Stalinem. Zdaje się, że mogła mieć coś wspólnego z "Protokołami Mędrców Syjonu", a przynajmniej wiedziała dużo na ten temat. Nazywano ją „królową Rodezji”, bo pojechała, by uwodzić i oskubać z pieniędzy Cecila Rhodes’a, słynnego brytyjskiego polityka i przedsiębiorcę. Tak wyglądała:



Dalej mamy słynne złote wesele Ferdynanda i Pelagii Radziwiłłów, które odbyło się latem 1914 roku w Ołyce i które zakończyło pewną epokę w historii tego rodu. Bo to była jeszcze cisza przed burzą. Zaraz potem wybuchła I wojna światowa, niektórzy goście nie zdążyli nawet dojechać do domu z tej uroczystości! Także w okresie międzywojennym Radziwiłłowie byli czynni: najbardziej dali o sobie znać dwa synowie tej pary, która obchodziła złote gody, to jest starszy i zły syn Michał Radziwiłł zwany Rudym, który został pozbawiony swoich praw pierworodnego (a naprawdę na to sobie zasłużył) i jego młodszy brat, szanowany polityk i dyplomata Janusz Radziwiłł, XIII i ostatni ordynat na Ołyce. Losy tych braci tak się ułożyły, że Michał uważał się za Niemca, zaś Janusz za szczerego Polaka. 

Po wojnie Radziwiłłowie nadal szokowali. W latach 1960. cały świat czytał w gazetach o księżnej Lee Radziwiłł, żonie Stanisława Radziwiłła. Ona była celebrytką, która korzystała z tego, że poprzez małżeństwo została arystokratką, zaś on wchodząc w ten związek został szwagrem amerykańskiego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Lee była bowiem siostrą Jackie Kennedy. 

Na koniec autor pisze o własnych, rodzinnych związkach z Radziwiłłami. Jakiś jego krewny był przed wojną szoferem w pałacu Radziwiłła Rudego w Ostrowie Wielkopolskim. Widać niesamowitą fascynację Witolda Banacha dziejami tego rodu i ta fascynacja autora udziela się czytelnikowi tej książki. Dzięki temu książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, niczym jakąś powieść historyczną. Dodatkową jej wartością jest to, że pobudza do internetowych poszukiwań historycznych. Można sobie jeszcze to i tam wyszukać i uzupełnić. Z tej racji, że mamy teraz dostęp do sieci, można wybaczyć autorowi brak indeksu osobowego i jakiegoś rozrysowania genealogii Radziwiłłów. Ale jakby dał w książce ich drzewo genealogiczne, to bym się nie obraziła. 

Jest to bardzo wartościowa książką, z pewnością będę do niej wracać! Dobrze by było, gdyby inne słynne polskie rody także doczekały się takich opracowań. No i żeby te przyszłe książki były podobnie napisane jak ta, to jest bez przynudzania i z biglem!       

Banach Witold, „Radziwiłłowie. Burzliwe losy słynnego rodu”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018

Źrodło ilustracji: Wikipedia, File:Princess Catherine Radziwiłł.jpg