Translate

piątek, 20 kwietnia 2018

Gabriel Garcia Marquez, „Sto lat samotności”, czyli przeżyjmy to jeszcze raz




Wróciłam do Macondo po prawie czterdziestu latach. Wróciłam do najbardziej magicznej książki mojej młodości, książki, którą czytałam chyba ze sto razy, a może więcej.

I co?

I nico!

Nie podoba mi się już! Nie daję rady tego czytać w ogóle. Nudzi mnie?

W moim wieku, czyli w przededniu 60. czyta się już tylko wspomnienia i pamiętniki, a jak prozę to raczej tylko realistyczną albo kojącą (kojące są czytadełka :))) 

Męczy mnie ta gęsta, tropikalna, nasączona znaczeniami i skomplikowaną symboliką powieść, którą napawałam się w wieku 17-24 lat. A tak się napawałam, że po okładce nie ma już śladu i zamiast niej zeskanowałam tylko stronę tytułową mojego egzemplarza, który zresztą jest też nadgryziony przez myszy. Jak się wprowadziłam do nowego mieszkania w wieżowcu w 1979 roku, to mieliśmy tam myszy, które wędrowały po rurach. Weszły do tapczanu, zjadły schowane tam przez moją matkę cukierki czekoladowe. Schowała je tam przed mną, bym ja nie zjadła. A myszy mnie uprzedziły :))) 

Tak wygląda ten mój Marquez nadgryziony przez myszy:

 Ale i tak dobrze, że to nie mrówki, prawda? Każdy, kto czytał tę powieść, ten wie, o co chodzi :)))
 
Moja matka pracowała wtedy w gastronomii i dzięki temu miała różne możliwości, by wymieniać jedne towary na drugie. Któryś z jej klientów pracował w zakładach cukierniczych "Jutrzenka", wynosił z pracy te cukierki i przynosił do baru "As" na Jachcicach w Bydgoszczy, by je wymieniać na wódkę. Bo wtedy przecież nie można było takich cukierków normalnie kupić w sklepach, wszystko szło na eksport!  Kwitł wtedy handel wymienny! A ja byłam dość łakoma i na pewno bym zjadła od razu, jak podejrzewała moja matka. No to je schowała w tapczanie, bo wiedziała, że tam nie będę szukać. Jak się jej przypomniało o tych cukierkach, to były w połowie zjedzone, w połowie pogryzione przez myszy. Podobnie jak niektóre moje książki, w tym "Sto lat samotności". Jakieś takie to symboliczne, prawda? 

Wracając do Marqueza...
Myślałam, że powrót do tego świata będzie dla mnie przyjemnością, a tu masz! Taka niespodzianka! Zajrzałam do niej, by podejrzeć z czego zrobiona jest saga rodzinna Marqueza, bo zamierzam pisać sagę własnej rodziny i szukam wzorców. Ale to już nie dla mnie, dzisiaj powiem tylko tyle: to nie moje klimaty. Już nie moje klimaty! Bo kiedyś były moje. Kiedyś z zapamiętaniem i w kółko czytałam niezwykłe, fantastyczne historie o miłości i śmierci na tle bujnych tropików. Dzisiaj mnie to już nie obchodzi. Miłość i śmierć w wydaniu latynoskim już mnie nie kręcą. Ot, tak, po prostu!

Chociaż ciągle mam świadomość, że jest to wielkie arcydzieło literatury światowej.

Żadnej książki nie przeczytałam tyle razy, ile „Sto lat samotności”. Na drugim miejscu w moim rankingu jest chyba „Stary Testament” w wydaniu dla dzieci, który czytałam wiele razy, jak byłam chora w podstawówce i leżałam w łóżku z kolejnym zapaleniem gardła czy anginą. Potem – „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza, „Historia amuletu” Edith Nesbit, „Wyspa skarbów” Roberta L. Stevensona, „Książę i żebrak” Marka Twaina oraz „Wujku, dlaczego kąpiesz się w spodniach” („My z wyspy Saltkrakan” – inny tytuł) Astrid Lindgren. Dobra, stara klasyka dziecięca, którą miałam i czytałam w kółko przy okazji każdej choroby, a było tych chorób bardzo wiele.

Przy okazji ponownej lektury „Sto lat samotności” zajrzałam do internetu i obejrzałam sobie miejscowość Aracataca w Kolumbii, czyli rodzinną wioskę Gabriela Garcia Marqueza. Tam się urodził, wyrósł i ta właśnie wioska była pierwowzorem powieściowego Macondo. Niewiele jest tam do oglądania. Jedną z największych atrakcji turystycznych jest kościół, w którym zostal ochrzczony mały Marquez. Widziałam na YT filmik, na którym miejscowy proboszcz pokazuje dziennikarce wpis w księdze parafialnej dotyczący chrztu Marqueza. W Aracataca są domy, na których wypisano cytaty z książek „Gabo” oraz smętny dworzec kolejowy, który przypomina dworce ze spaghetti-westernów w stylu „Za garść dolarów” itp. Z takiego dworca to tylko uciec w daleki świat i nigdy tam nie wracać!

Znalazłam też piosenkę inspirowaną dziejami Macondo, którą nagrał meksykański piosenkarz Oscar Chavez:



Tekst tej piosenki jest taki:

Macondo Los cien años de macondo sueñan, sueñan en el aire, y los años de Gabriel Trompetas, trompetas lo anuncian, encadenado aa macondo sueña, don José Arcadio, y aunque él la vida pasa haciendo, remolino de reacuerdos. Las tristezasa de Aureliano, el cuatro, la belleza de Remdios, violines, las pasiones de Amaranta, guitarras, el embrujo de Melquiades, obóes, Ursula cien años, soledad macondo, Ursula cien años, soledad macondo eres, epopeya de un pueblo olvidado, forjado en cien años de amores a historia, eres epopeya de un pueblo olvidado, forjado en cien años de amores a historia, Y me imagino y vuelvo a vivir, en mi memoria quemada al sol, mariposas amarillas, Mauricio Babiloniaaaa, mariposas amarillas, que vuelan liberadas, mariposas amarillas, Mauricio Babiloniaaaa, mariposas amarillas, que vuelan liberadas. 

Filmu na podstawie „Stu lat samotności” nie znalazłam, ponieważ go jeszcze nie nakręcono. Podobno „Gabo” nie chciał tej ekranizacji. Postawił taki warunek, że jeśli będzie zrobiony taki film, to nie wolno go pokazać w całości. Można go wyświetlać tylko przez dwie minuty dziennie i to na przestrzeni stu lat. Na inne ekranizacje swoich powieści zgodził się dla pieniędzy. 

A „Sto lat samotności” miało pozostać tylko na papierze. 

Taki mi jakoś dziwnie, że ja już nie pasuję do tego świata… Zestarzałam się? Magia już nie działa?

Na pociechę mam jeszcze jedną piosenkę Oscara Chaveza:


Fajne te piosenki! Dzisiaj podobają mi się bardziej niż proza Marqueza!



Marquez Gabriel Garcia, „Sto lat samotności”, tłum. Grażyna Grudzińska i Kalina Wojciechowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974

wtorek, 17 kwietnia 2018

Martyna Bunda, „Nieczułość” (feministyczna saga rodzinna o trzech siostrach)



Jak nie czytałam, to nie czytałam, a jak czytam, to czytam. Czytam i zaraz piszę o tym, co przeczytałam. 

Właśnie skończyłam fajną sagę rodzinną o matce i trzech siostrach. Rzecz się dzieje na Kaszubach w Dziewczej Górze czy jakoś tak. Matka Rozela, a także siostry Gerta, Truda i Ilda borykają się z życiem w czasach przedwojennych, wojennych i powojennych. Zwłaszcza powojennych. Żyją, kochają, hodują świnie, uprawiają ogród i tak dalej. Całość jest napisana w takim słodko-gorzkim, smutno-śmiesznym stylu. Ma też w sobie coś z realizmu magicznego, a nawet baśni. 

Ta powieść jest wspaniała pod względem formalnym. Została znakomicie i precyzyjnie obmyślana i skomponowana, a także napisana świetnym stylem, takim jakby słownym staccato. Ma bardzo misterną konstrukcję, w której koniec odpowiada początkowi (pod względem formalnym). Zachwyciła mnie ta forma. Autorka jest wprawdzie debiutantką, bo to jej pierwsza powieść. Ale pisze od lat, była dziennikarką i reporterką, obecnie jest kierownikiem jakiegoś działu w tygodniku „Polityka”. I widać, jak bardzo jest „rozpisana”. Nie dręczy czytelnika nadmiarem słów czy emocji jak inni, pożal się Boże, polscy autorzy współcześni, których zdarzyło mi się czytać, a także tutaj opisywać. Litościwie przemilczę nazwiska tych, których mam na myśli. 

Zachwyciła mnie forma „Nieczułości” i tę naprawdę zapamiętam. Jednak treść? Cóż, treść jest taka sobie, bardzo zwyczajna i nie wiem, jak na jak długo zatrzymam ją w pamięci. Takich kobiet jak te trzy siostry borykające się z życiem było w PRL-u wiele i pewnie też je znałam. Nie wiem, czy zapamiętam losy powieściowych sióstr. Ale wiem jedno – jestem ciekawa kolejnych książek Martyny Bundy. Przy takiej dyscyplinie formalnej, jaką reprezentuje ta autorka, mogą być tylko lepsze. Brawo ta pani! 

No i ta okładka! Czyż nie jest wspaniała? 

Tu macie próbki tekstu i dalej coś o autorce:






Bunda Martyna, „Nieczułość”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017