Translate

wtorek, 26 września 2017

Dariusz Rosiak, „Biało-czerwony. Tajemnice Sat-Okha” (polski Indianin czy zwykły mitoman?)




Któż w młodym wieku nie zaczytywał się w książkach o Indianach? Któż nie chciał być jak Winnetou, szlachetny Indianin z powieści Karola Maya? Któż nie słyszał o polskim Indianinie, który nazywa się Sat Okh? 

Sat Okh był współpracownikiem niezwykle popularnego pisma „Świat Młodych”, które w czasach PRL-u ukazywało się trzy razy w tygodniu, występował w telewizyjnych programach dla dzieci i młodzieży, wydawał niezwykle poczytne książki. Z mojego pokolenia słyszeli o nim chyba wszyscy.

Sat Okh opowiadał o sobie, że jego matka Stanisława Supłatowicz była działaczką PPS z Radomia i jeszcze w czasach carskich została skazana na zesłanie na Syberię, w okolice Irkucka i że stamtąd uciekła, przedostając się po lodzie przez Cieśninę Beringa do Kanady, gdzie znaleźli ją tamtejsi Indianie i uratowali od niechybnej śmierci z głodu i wycieńczenia. Zaopiekował się nią wódz plemienia, który się z nią ożenił i spłodził z nią troje dzieci. Najmłodszym z nich był właśnie Sat Okh, którego w okresie międzywojennym matka zabrała ze sobą do Polski. Przyjechali z krótką wizytą, ale wybuchła wojna i nie mogli już wrócić do Ameryki. Sat Okh nazywał się w Polsce Stanisław Supłatowicz, czyli nosił nazwisko nieżyjącego, polskiego męża swojej matki, Leona Supłatowicza, działacza socjalistycznego z Radomia. W czasie okupacji uczył się na tajnych kompletach, potem był aresztowany przez Niemców, uciekł z pociągu jadącego do Auschwitz, później był w lesie, w partyzantce, a jeszcze później został marynarzem, najpierw we flocie wojennej, potem handlowej. Gdzieś tak mniej więcej w latach 1960. stał się sławny jako polski Indianin, syn indiańskiego wodza z Kanady. Był znany i ceniony jako autor takich książek jak „Ziemia słonych skał”, „Biały mustang” czy „Fort nad Atabaską”.  

Historia nieprawdopodobna, ale za komuny wierzyło w nią masę ludzi. Niby dlaczego nie mieli wierzyć? W tamtych czasach nie było Internetu i naprawdę trudno było sprawdzić pewne informacje. Autor tej książki także wierzył w mit polskiego Indianina, bowiem od dziecka był zafascynowany postacią Sat Okha. Jednak jako dorosły człowiek powiedział „sprawdzam” i zaczął tropić przeszłość Sat Okha niczym wytrawny detektyw.  Rozpoczął od opisu pogrzebu swojego bohatera, który niedawno zmarł na raka trzustki i został pochowany na jednym z trójmiejskich cmentarzy. 

Nie chciałabym psuć Wam lektury tej książki, więc właściwie nie powinnam pisać nic więcej, bo czyta się ją niczym najlepszy kryminał. Aczkolwiek, już coś tam wcześniej podejrzewałam, że z tym Sat Okh jest coś nie tak. Od dawna słyszało się że złośliwi mówią, że został Indianinem, kiedy obejrzał film amerykański „Ostatnia walka Apacza” z 1954 roku. Postać indiańskiego wojownika zagrał tam Burt Lancaster. Pamiętam, że artykuły demitologizujące postać polskiego Indianina zaczęły ukazywać się na łamach gdańskiej prasy już w latach 1990. 

Dariusz Rosiak podróżował śladami swojego bohatera, rozmawiał z ludźmi, którzy go znali i pamiętali. Zaczął od spotkania z trzecią żoną Stanisława Supłatowicza, dotarł do jego dzieci z pierwszego małżeństwa, licznych wielbicieli i kolegów z partyzantki, ghostwriter’ów, którzy pisali za niego jego liczne książki, a także ludzi mocno rozczarowanych postacią i działalnością Sat Okha, takich jak Leszek Michalik ze Sztumu, szefa Stowarzyszenia Żółwi, to jest Koła Zainteresowań Kulturą Indian (tak się składa, że poznałam kiedyś Leszka Michalika, pisałam o nim duży materiał do „Czwartego Wymiaru”, a potem coś jeszcze do „Głosu Wybrzeża”, byłam w jego domu i długo rozmawiałam, pamiętam, że kiedy pytałam o postać Sat Okha, to w ogóle nie chciał o nim rozmawiać).  

Autor tej książki opisał także dokładnie rosyjski, a może raczej radziecki okres jego kariery literackiej, bowiem jego książki nie tylko były tłumaczone na rosyjski, ale także powstała jedna książka (nie tłumaczona na polski), którą jakoby napisał z radziecką pisarką Antoniną Leonidowną Rasulową. Nosi ona tytuł „Dorogi schodiatsja” i opowiada o losach dwojga zesłańców na Syberię, to jest matki Sat Okha i wuja Rasulowej, która była podobno faktyczną autorką tej książki. Rasulowa pisząc ją, poszukiwała własnej tożsamości. Uważała bowiem, że była dzieckiem adoptowanym, a jej prawdziwymi rodzicami byli właśnie ów wuj i Stanisława Supłatowicz, późniejsza matka Sat Okha, która miała urodzić ją na Syberii i tam pozostawiać komuś, kiedy zdecydowała się na ucieczkę z zesłania. Podobno Rasulowa przedstawiała się jako siostra Sat Okha, a on temu nie zaprzeczał. 

Bardzo interesujący jest także epizod, w którym autor konfrontuje barwne opowieści Sat Okha z wypowiedziami autentycznych kanadyjskich Indian, do których pojechał i rozmawiał z nimi, dotarł nawet do tych, którzy poznali polskiego marynarza, który w pewnym momencie przylgnął do nich na zawsze.  

Czy Dariusz Rosiak wyświetlił wszystkie tajemnice Sat Okha, jak to zapowiada w tytule? Tego nie wiem, ale niektóre z nich są takie, że naprawdę szczęka opada podczas lektury. Aczolwiek w końcu i tak nie otrzymujemy ostatecznej odpowiedzi na pytanie, kim był Sat Okh. Stopniowo dowiadujemy się, kim nie był. Ale kim był? Czyim dzieckiem był naprawdę? Czy jego matka w ogóle była jego matką, czy po prostu przywiozła do Polski z Rosji po I wojnie światowej jakieś znalezione po drodze bezdomne dziecko, których wówczas, w okresie tuż po rewolucji październikowej, było tak wiele? Ale… Czy ta matka w ogóle była na zesłaniu na Syberii? Może wcale nie spędziła paru lat w Rosji? Dlaczego później kłamała w zeznaniach u notariusza, gdzie podawała pewne fakty o swoim życiu? Tak naprawdę największą tajemnicę stanowi życie jego matki, a dopiero później jego samego. Czy to Stanisława Supłatowicz stworzyła mit polskiego Indianina, wmawiając swemu synowi, że nie jest takim sobie zwyklym chłopcem, tylko synem walecznego indiańskiego wodza? Trudno mi uwierzyć, że był jej rodzonym synem, mało kobiet rodzi dzieci w wieku 45 lat... 

 Ta książka to jedna z najlepszych biografii, jakie ostatnio czytałam. Widać w niej taką pewną zawziętość autora, aby dokopać się do prawdy, jaka by ona nie była.  I mam wrażenie, że to jeszcze nie jest cała prawda o tej barwnej postaci, jaką był Sat Okh. 

Jest film dokumentalny o tym zagadkowym człowieku:



Dariusz Rosiak, „Biało-czerwony. Tajemnice Sat-Okha”, wyd. Czarne, Wołowiec 2017



niedziela, 24 września 2017

Marek Koprowski, „Kobiety kresowe” (a zwłaszcza Irena Sendecka, ostoja polskości w Krzemieńcu)



„Kobiety kresowe” Marka Koprowskiego to kolejna, znakomita książka polskiego dziennikarza i historyka specjalizującego się w kresowej tematyce. 

Są to portrety sześciu kobiet, pisane w formie pierwszoosobowej wypowiedzi. Te kobiety to już ostatnie strażniczki polskości na naszych dawnych kresach wschodnich. Ich postawy urzekają swoim patriotyzmem i głęboką religijnością. Przywiązanie do polskości i religii katolickiej to podstawa ich bytu. Takich ludzi jest coraz mniej, dlatego warto dokumentować dokonania tych ostatnich, którzy przetrwali na Kresach w czasach, kiedy Polacy byli tam prześladowani za samą tych swoją narodowość, w czasach okrutnego Związku Radzieckiego, a potem niepodległych państw Litwy, Białorusi i Ukrainy, które także – mimo swoich deklaracji o przyjaźni z Polską – tępią na swoim terenie wszelkie oznaki polskości. 

Bohaterki tej książki przeszły całą kresową polską drogę krzyżową, to jest prześladowanie i wywózki Polaków za „pierwszych” Sowietów, Niemców, „drugich” Sowietów i w okresie powojennym. Tylko jedna z nich, czyli Barbara Powroźnik z Bilewiczów, opuściła Kresy i osiedliła się w Polsce. Inne trwały tam, na swoim ostatnim kresowym posterunku, niczym polscy rycerze z powieści Henryka Sienkiewicza. 

Najbardziej zapadła mi w pamięć postać Ireny Sendeckiej z Krzemieńca na Wołyniu, która przez wiele lat była tam dosłownie człowiekiem-instytucją. Mieszkała w dworku, w którym niegdyś mieszkał światowej sławy botanik, wykładowca liceum krzemienieckiegp Wilibald Besser. Sendecka pochodziła z Humania, gdzie urodziła się w 1912 roku. Jej rodzina przeniosła się na Wołyń po I wojnie światowej, kiedy po zawarciu traktatu ryskiego Humań i okolice pozostały po wschodniej stronie granicy, stały się własnością Związku Radzieckiego. Jej matka została nauczycielką w liceum krzemienieckim. Irena uczyła się tam na miejscu, potem studiowała pedagogikę, filozofię i język angielski na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po studiach pracowała jako nauczycielka w Równem na Wołyniu, potem przeniosła się do Krzemieńca.

Latem 1939 roku wyjechała jako instruktorka harcerska na szkolenie do Belgii, gdzie zastał ją wybuch wojny. W tej sytuacji miała pełne moralne prawo nie wracać do kraju, ona jednak, okrężną drogą przez Francję, Szwajcarię, Włochy, Węgry i Rumunię popędziła do swoich. Jechała dokładnie w odwrotnym kierunku niż uciekające wówczas z Polski nasze władze i dyplomaci. Zdążyła dotrzeć do Lwowa, kiedy miasto zaczęło być atakowane przez Niemców. Organizowała i prowadziła kuchnię polową dla polskich żołnierzy broniących Lwowa. Po wejściu Niemców do Lwowa, przedostała się do Krzemieńca do matki, której nie widziała od kilku miesięcy. A na Wołyniu rozpoczęło się właśnie mordowanie Polaków przez ukraińskich nacjonalistów. Chłopi ukraińscy napadli na Krzemieniec w przeddzień wkroczenia tam wojsk sowieckich. Podobne wypadki miały miejsce w Poczajowie i wielu innych wsiach w okolicy. Ukraińcy wyłapywali też polskich żołnierzy i wydawali ich w ręce sowieckie.  Jeszcze gorzej było po wejściu Niemców, kiedy Ukraińcy chcieli utworzyć na dawnych polskich kresach „samostijną” Ukrainę. 

Bandy UPA szalały w okolicy tak okrutnie, że nawet niemieccy okupanci powołali w 1943 roku w Krzemieńcu Komiet Opieki nad Uchodźcami, w którym działała także Irena Sendecka.  Taka instytucja była bardzo potrzebna, bo do miasta przybywało coraz więcej uciekinierów z polskich wsi mordowanych i palonych przez UPA. Tych ludzi trzeba było gdzieś położyć, nakarmić itd., czyli zorganizować jakoś dla nich pomoc.  Polacy koczowali wtedy w kościołach w Krzemieńcu, byli goli i bosi, bo tak jak stali, często nocą, uciekali spod ukraińskiej siekiery. Sandecka zorganizowała wtedy specjalny konwój z Krzemieńca do pobliskiej wsi Wisznia, który przywiózł tym ludziom ze wsi, z ich domów, ciepłą odzież i potrzebne rzeczy. Później organizowała przewożenie dzieci z matkami do Generalnej Guberni, gdzie było dla Polaków bezpieczniej. Kilka takich transportów polskich dzieci z Wołynia wyjechało do Krakowa do klasztpru Albertynów, gdzie mieściła się siedziba Polskiego Komitetu Opiekuńczego. Dalsze losy Sendeckiej były bardzo dramatyczne: mieszkala w obleganym przez Ukraińców Krzemieńcu, potem przebywała w  Zbarażu, gdzie także groziła Polakom śmierć z rąk band UPA.

Po wkroczeniu Sowietów w 1944 roku została aresztowana jako „polska nacjonalistka” i więziona w Krzemieńcu i w Zbarażu.  Siedziała w jednej celi z młodymi Ukrainkami podejrzanymi o przynależność do UPA. Po skończeniu odsiadki nie chciała wyjeżdżać z Krzemieńca, choć wszystkich Polaków namawiano na repatriację i wyjazd „do Polski”. Została tam i do 1969 roku pracowała jako laborantka. W 1946 roku wyjechał z Krzemieńca ostatni proboszcz, wtedy ona zaczęła organizować tam parafię i walczyć o polski kościół.  Potajemnie uczyła polskie dzieci religii, mimo, że w czasach Chruszczowa była z tego powodu szykanowana przez KGB. Swoim uczniom mówiła, że w Archiwum Głównym Akt Dawnych są przechowywane stare dokumenty potwierdzające przynależność Krzemieńca do Polski. Wynikało z nich, że w 1064 roku przybył tam Bolesław Śmiały, któremu ówcześni właściciele Krzemieńca, Makosiejowie i Deniski, przekazali to miasto na własność. Na tej podstawie jest to wciąż polskie miasto.

Walka Ireny Sendeckiej o polskość Krzemieńca nie skończyła się z upadkiem Związku Radzieckiego. Jeszcze gorzej było na niepodległej Ukrainie, kiedy to nagle Ukraińcy odkryli swoją narodowość i chcieli ją na siłę udowadniać kosztem Polaków. W latach 1990. Sendecką przerażała eksplozja ukraińskiego nacjonalizmu i gloryfikacja morderców z UPA. Prawdopodobnie to właśnie taka jej postawa spowodowała, że dzialania Ireny Sendeckiej nie zostały docenione przez polskie władze, które wtedy zabiegały o „przyjaźń polsko-ukraińską” i starały się wyciszyć wszystkie kontrowersyjne problemy, takie jak ludobójstwo Polaków na Wołyniu. W wolnej i niepodległej Ukrainie działania Sendeckiej były kontrolowane i śledzone przez funkcjonariuszy ukraińskich służb bezpieczeństwa tak samo jak wcześniej przez KGB. Sendecka zmarła, nie doczekawszy sławy i uznania ze strony Polski, a przecież na taką sławę i uznanie zasługiwała, będąc przez całe życie wzorem prawdziwej Polki i patriotki.  Może ktoś powinien napisać biografię tej dzielnej kobiety? Poświęcić jej całą ksiażkę? Może na kanwie jej losów powinien powstać polski film historyczny?

Inne bohaterki tej książki to: Barbara Powroźnik z Bilewiczów, Stefania Romer (krewna prezydenta Bronisława Komorowskiego), Paulina Paluszkiewicz, Zofia Hurko i Leonarda Rewkowska. Ich losy były również trudne i dramatyczne. Ale bledną przy tym, co przeżyła w swoim długim życiu Irena Sendecka.

Koprowski Marek, „Kobiety kresowe”, wyd. Replika, Zakrzewo 2015

czwartek, 21 września 2017

Alceo Valcini, „Bal w hotelu „Polonia”” (reportaż z powojennej Warszawy)



Chcecie wiedzieć, jak Warszawa wracała do życia w 1945 roku? W tej książce znajdziecie niezwykle barwny i realistyczny opis, jak wyglądał w Polsce „rok pierwszy” po wojnie, kiedy nasza stolica leżała w gruzach i nie wiadomo było, czy zostanie odbudowana. A mimo to, nawet w tych ruinach, ludzie żyli, pracowali, a nawet bawili się. 

Dawno nie czytałam książki zawierającej tyle miłych słów i sympatycznych sądów o Polsce i Polakach. Włoski dziennikarz Alceo Valcini był zagranicznym korespondentem w okresie międzywojennym, w okresie niemieckiej okupacji i zaraz po wojnie. I właśnie ten ostatni pobyt opisał w swej barwnej reportażowo-gawędziarskiej książce „Bal w hotelu „Polonia””.

Valcini przyjechał do Polski w grudniu 1945 roku, akurat na samo Boże Narodzenie. Podróż pociągiem przez pół Europy, poprzez różne strefy okupacyjne pilnowane przez różne wojska sojusznicze trwała długo, a wautą płatniczą w Polsce były wtedy – między innymi – włoskie pomarańcze, których kilka skrzynek dziennikarz przywiózł ze sobą w kolejowym przedziale.  

Warszawa była wtedy morzem ruin, gruzów i grobów. Działał w niej jeden tylko hotel o nazwie „Polonia” (adres: Aleje Jerozolimskie 45), gdzie mieszkali przedstawiciele zagranicznej dyplomacji i dziennikarze. W hotelowych pokojach „Polonii” mieściły się ambasady takich krajów jak: Argentyna, Austria, Belgia, Bułgaria, Czechosłowacja, Egipt, Finlandia, Niderlandy, Luksemburg, Meksyk, Norwegia, Rumunia, Stany Zjednoczone, Szwecja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania i Włochy. Poza tym, była tam siedziba międzynarodowej organizacji pomocowej UNRRA i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. 

Całe to towarzystwo było bardzo wesołe, stąd prawie codziennie w jakimś pokoju odbywało się przyjęcie. Kwitło tam życie głośne towarzyskie, niczym w studenckim akademiku za czasów komuny. Noce spędzano w hotelu, bo nie było innego miejsca, dokąd można by pójść, by się zabawić. A poza tym, już po zmierzchu robiło się tak niebezpiecznie, że kto nie musiał, ten nie wychylał nosa z bezpiecznego budynku. W nocy na ulicach rozlegały się strzały i nikt z gości „Polonii” nie dociekał, kto i dlaczego strzelał. W dzień w ruinach kwitł czarny rynek, rodziło się nowe życie w rozmaitych masowo powstajacych barach, restauracjach i kafejkach, prowadzonych często przez osoby z polskich wyższych sfer czy nawet arystokracji. A w hotelu „Polonia” kiosk z gazetami prowadziła autentyczna polska hrabina. Jej młody krewniak, też hrabia, imieniem Staś, był jednym z pierwszych warszawskich taksówkarzy. Do szaleństwa kochała się w nim pewna młoda Angielka, urzędniczka brytyjskiej misji dyplomatycznej… 

W kraju było niebezpiecznie, nowa władza walczyła z antykomunistycznym podziemiem. W warszawskich ruinach kwitł czarny rynek, a cała Polska jeździła na szaber na Ziemie Odzyskane, choć było to surowo zakazane i groziły za to surowe kary, do dożywocia włącznie. Sytuacja polityczna była trudna. 

Alceo Valcini: „Moskwa naciskała wówczas, by realizować układ jałtański. Sytuacja była zatem bardzo skomplikowana, a obecność uzbrojonych band na terenie kraju jeszcze ją utrudniała. Powojenny chaos trwał wbrew pozorom normalnej stabilizacji. Władze tego nie taiły. Grupy nie poddających się antykomunistów panoszyły się po wsiach, bandy dezerterów ukraińskich i kryminalistów wszelkiego autoramentu przeżywały ostatnią przygodę dokonując zamachów na państwowe urzędy, banki i gospodarstwa wiejskie. W codziennie powtarzających się zbrojnych starciach między siłami rządowymi i bandami padali z obu stron zabici i ranni. Warszawskie noce budziły poczucie niepewności. W aglomeracjach miejskich dawała się odczuć obecność band wyrostków, tak zwanych bezdomnych, dzieci niczyich, jak „bezprizornych” po rewolucji w Piotrogradzie, którzy przez dłuższy czas widzieli wokół siebie jedynie śmierć i zniszczenie i wybierali bandytyzm jako najlepszy sposób na przeżycie.”   

A mimo to, ludzie chcieli się bawić, chcieli tańczyć i świętować powrót do świata bez wojny. Na początku marca 1946 roku, jeszcze w karnawale, dyplomaci mieszkający w hotelu „Polonia” postanowili zorganizować bal. Miał to być pierwszy bal w powojennej Warszawie. Martwiło ich tylko to, że większość dyplomatów to byli samotni mężczyźni, którzy nie zabrali swoich żon do tak niebezpiecznego kraju jak Polska. Skąd wziąć partnerki do tańca? 

„Rozwiązanie jest bardzo proste – powiedział szef misji pewnego kraju Ameryki Łacińskiej. – Jeśli nie chcecie widzieć, jak ambasador brytyjski tańczy tango z przedstawicielem Czechosłowacji, albo jak radca ambasady Włoch walcuje ze szwedzkim ministrem, trzeba zaprosić na bal piękne polskie panie.
Tak właśnie postanowiono. Ze strony dyplomatów dostarczono za darmo pewną ilość butelek znakomitego wina, likierów i klasycznej whisky, która docierała do Polski drogą dyplomatyczną. Wiadomość o balu z wolna rozeszła się po mieście, od zakończenia wojny nie było w mieście podobnego towarzyskiego wydarzenia o charekaterze międzynarodowym, które zapowiadałoby się równie obiecująco.”

Bal udał się nad podziw, piękne Polki w swoich skromnych strojach znacznie przewyższały urodą nieliczne żony zagranicznych dyplomatów w ich wieczorowych kreacjach. Autor reportażu tańczył najpierw z głodną Angielką, która cały czas szeptała mu do ucha, że chce zjeść bułkę z szynką, a potem walcował z Polką imieniem Irena, która przyszła na bal w mundurze wojskowym, a w kaburze miała naładowany rewolwer. Przeżył przy tym niesamowite emocje.  

I to był właściwie koniec wesołego życia zagranicznych dyplomatów w hotelu „Polonia”. Następnego dnia nie było już bowiem ani chwili wolnego czasu, aby skomentować czy oplotkować to wydarzenie. Właśnie wtedy zapadła „żelazna kurtyna” między wschodem a zachodem Europy. Dokładnie 5 marca 1946 roku Winston Churchill wygłosił pamiętne przemówienie, w którym użył słów o żelaznej kurtynie. Ten bal nie był początkiem lecz końcem pewnej epoki. Jedynym jego następstwem było to, że później niejedna piękna Polka wyszła za mąż za zagranicznego dyplomatę i wraz z nim wyjechała za granicę na zawsze.

Książka ta została wydana w pamiętnej, kultowej serii PIW, która nazywała się Klub Interesującej Książki, w skrócie KIK. Seria ta miała jednakową szatę graficzną, bardzo charakterystyczną i rozpoznawalną na pierwszy rzut oka. Zwróćcie uwagę na ilustrację na okładce! Z początku wydawano w niej naprawdę interesujące powieści, z czasem było coraz gorzej. „Bal w hotelu „Polonia”” ukazał się w roku 1983. Tutaj, z tyłu okładki, jest spis wszystkich pozycji 1983 roku:



A ja dopiero teraz natrafiłam na tę książkę. Stało się to zupełnym przypadkiem. Po prostu, niedawno wyciągnęłam ją z kosza z makulaturą w mojej bibliotece. Ktoś ją przyniósł i tam położył. Nigdy wcześniej nie była czytana. Zajrzałam do niej i wpadłam! Nie mogłam się od niej oderwać, więc zabrałam ją do domu i przeczytałam jednym tchem. Niestety, słynny, stary klej z lat 1980. puścił i właściwie prawie całkowicie rozpadła się po pierwszej lekturze. Bardzo mi się ta opowieść przyda, bowiem zbieram materiały do historii mojej rodziny i z pewnością wykorzystać niektóre opowieści Valciniego, kiedy będę opisywać sławetny „rok pierwszy” po wojnie, zwłaszcza te dotyczące szabru, czarnego rynku i ulicznego handlu. 

Książka ta jest dla mnie niezwykłym rarytasem i myślę, że jakieś wydawnictwo mogłoby ją wydać ponownie, a nawet sam PIW, o ile PIW jeszcze cokolwiek wydaje. Z pewnością byłaby czytana przez miłośników współczesnej historii Polski, zwłaszcza historii obyczajów.  

Valcini Alceo, „Bal w hotelu „Polonia””, tłum. Anna Dutka, PIW, Warszawa 1983