Translate

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Arael Zurli, „Bagienna niezapominajka. Nieznane życie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”




W tej książce znajdziemy zupełnie nowe spojrzenie na postać poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jest to spojrzenie bez lukru i hagiografii typowej dla pióra jej siostry Magdaleny Samozwaniec. 

Córkę Wojciecha Kossaka, Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, zwaną też Lilką, znamy głównie z biograficznych opowieści jej siostry zawartych w tomach „Zalotnica niebieska” oraz „Maria i Magdalena”. Wyłania się z nich piękna, eteryczna kobieta, prawie anioł z urody i charakteru, obdarzona niezwykłymi talentami (literackim i plastycznym), uwielbiana przez rodzinę i otoczona rojem adoratorów. Magdalena przedstawia ją jako jedną z największych, a kto wie, czy nie największą poetkę swojego pokolenia, z która nikt i nic równać się nie może. 

Magdalena z pewnością miała jak najlepsze intencje, pisząc w taki sposób o swej starszej siostrze i całej rodzinie Kossaków (Tatko Wojciech wspaniały, Matka Maniusia – piękna, dobra, wręcz cudowna i tak dalej). Jednak – z drugiej strony – stworzyła w ten sposób pewien wzorzec pisania o Kossakach, którego do tej pory nikt nie odważył się złamać. 

 I w tym momencie nadeszła pora na Arael Zurli!

 Od razu mówię: nie wiem, kto kryje się pod tym pseudonimem. Nie wiem nawet, czy to kobieta, czy też mężczyzna. Mam już pewne podejrzenia, ale o tym potem.

 W każdym razie – Arael Zurli wziął się/wzięła ostro za eteryczną Lilkę. Widać, że autor zwyczajnie jej nie lubi, jednak z pewnością nie rzuca słów na wiatr. Wszystkie sądy i opinię Araela Zurli na temat Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej mają twarde umocowanie w dokumentach. „Bagienna niezapominajka” napisana jest na podstawie listów wymienianych przez członków rodziny Kossaków, wspomnień różnych osób, które znały Lilkę, a także jej własnych notatkach, które czyniła pod koniec życia. Arael Zurli przyjrzał się/przyjrzała Lilce z nietypowej strony, czyli od strony sakiewki. To może być nowy nurt w biografistyce, pisać na temat „artysta i pieniądze”. Bo „artysta w łóżku” to już banalne i oklepane… 

Jaka Lilka wyłania się z tych papierów? Cóż, zupełnie inna niż w „Zalotnicy niebieskiej” czy „Marii i Magdalenie”.  Aż przykro mi o tym pisać, ale cóż, Lilka sama się podłożyła. A więc – według wyżej wspomnianych dokumentów nie była to eteryczna i zwiewna poeta, a jeśli była zwiewna, to dlatego, że drapowała się w chusty i szale, które miały ukryć jej garb. Czyli brutalnie mówiąc – była garbata. Do tego tak niska, że Wojciech Kossak musiał podkładać zupełnie dorosłej kobiecie poduszki pod tyłek, bo tylko głowa wystawała jej ponad stół przy jedzeniu przy gościach. Prócz tego - wiecznie marudząca, jęcząca i rozczulająca się nad sobą. Złośliwa wobec ludzi. Straszliwa bałaganiara (to było także cechą jej siostry Madzi, o czym pisze wielu świadków, w tym jej drugi mąż Zygmunt Niewidowski), po której zawsze sprzątała służąca albo mąż. Potwornie rozrzutna i do tego pazerna. To też, jak się zdaje, było typowe dla Madzi, bo – teraz uwaga! – stojący już nad grobem Wojciech Kossak, w wieku 80. lat płacił bardzo wysoką miesięczną pensję dorosłym już córkom. Do tego kupował im drogie prezenty, jak futra i biżuterię. Naciągały go nieustannie na różne wydatki, choć miały już mężów, a do tego same zarabiały pieniądze swoim pisaniem. Tak było do początku II wojny światowej, kiedy Lilka i Madzia miały już około 50. lat. Wojciech narzekał na rozrzutność córek w listach do żony, ale cóż, kiedy trzeba było kasy, to brał zamówienia i trzaskał portreciki znajomych oraz ułanów z dziewczyną dla patriotów na ścianę. 

 Kiedy ojca nie stało, Lilka wyłudzała kasę od męża, czyli Stefana Jasnorzewskiego, zwanego przez Kossaków Lotkiem. Lotek zdradzał Lilkę z kim popadnie, ale z drugiej strony kochał ją nieprzytomnie i nawet na emigracji w Anglii odejmował sobie od ust, by tylko ona mogła kupić sobie nowy ciuszek. Lilka do ubrań stosunek miała taki, że nie lubiła zakładać na siebie tego, co nosiła wcześniej, wciąż potrzebowała nowych i nowych sukien, butów, pończoch, futer i tak dalej. 

 A właśnie – wojna! Arael Zurli pisze głównie o tym okresie życia Lilki, który nie został opisany przez Madzię. Jak pamiętamy, historia przedstawiona w „Marii i Magdalenie” kończy się pod koniec sierpnia 1939 roku, kiedy cała rodzina Kossaków spędza wakacje w Juracie, a na wieść o zbliżającej się wojnie spłoszona Lilka jedzie do męża do Warszawy. Tak dobrze pamiętam, bo jestem świeżo po lekturze „Marii i Magdaleny”, którą w ogóle do tej pory czytałam nieskończoną ilość razy. Teraz, przed przeczytaniem „Bagiennej niezapominajki” także złapałam się za Samozwaniec. 

 „Bagienna niezapominajka” to dalsza historia Lilki. Już po Juracie i po ostatecznym rozstaniu się z rodziną. Czytamy o jej ucieczce z mężem samochodem przez Zaleszczyki do Rumunii, o pobycie w domu rumuńskiej tłumaczki wierszy Lilki (poetka opisze ją potem jako grubą, wścibską babę, której tusza drażniła jej poczucie estetyki), we Francji i w Anglii, gdzie Lotek pracował jako mechanik na lotnisku, a Lilka mieszkała w pensjonacie w Blackpool. W tym pensjonacie strasznie się jej nie podobało, wiemy o tym dobrze, bo wymieniała na ten temat morze listów z mężem. A więc: po pierwsze drażnili ją rodacy, których nazywała brzydko Polactwem i Polaczkami. Uważała ich za tępych, głupich i w ogóle za niższy gatunek człowieka niż ona sama. Drażniło ją to, że Polaczki rodzaju męskiego latają za młodymi Angielkami i umawiają się z nimi na randki, a ona, piękna poetessa, przyzwyczajona do hołdów, schnie w samotności. A Polaczki rodzaju żeńskiego są jeszcze gorsze! Wypowiedzi Lillki o Polakach są tak pełne jadu i żółci, że naprawdę przykro to czytać. 

Pojąć nie mogę, jak to się stało, że kobieta, która wyrosła w domu dwóch pokoleń malarzy ŻYJĄCYCH Z PATRIOTYZMU, malujących te Olszynki Grochowskie, te obrony Lwowa, tych dziarskich polskich ułanów na koniach i bez koni, może ziać taką nienawiścią do całego polskiego rodu. Czy może zaważyło tutaj to, że ani Lilka ani Madzia nie miały praktycznie żadnego wykształcenia szkolnego (zorganizowanego), że rodzice trzymali je pod kloszem, powierzając ich edukację cudzoziemskim bonom, które co najwyżej nauczyły je mówić po angielsku, francusku i niemiecku, ale niewiele więcej poza tym. Widać, że w domu Kossaków malowało się te konie i żerowało na patriotycznych uczuciach Polaków, by im te konie wtrynić, ale nie uczyło się dzieci patriotyzmu. Ani ta cudowna matka, ani jeszcze bardziej cudowny ojciec tego nie uczynił. Ani babcia, ani dziadek Juliusz. Cóż, przykre. Jeszcze jedna warstwa lukru spadła z rodziny Kossaków.

 Nieprzyjemne są także uwagi na temat innych członków rodziny, np. Zofii Kossak-Szczuckiej, którą Lilka w listach nazywa „Zosia-Szatkosia” (bo jej drugi mąż nazywał się Szatkowski) i wyraża się o niej w jak najgorszy sposób. W tym zresztą nie była odosobniona, bo Zofii nie znosił także Wojciech Kossak i też pisał o niej nieprzyjemne rzeczy. Lilka miała pretensje do Zofii o to m. in., że jej ojciec, czyli Wojciech, pożyczył dużą kwotę pieniędzy ojcu Zofii, czyli swemu bratu. Był to ładny gest z jego strony, bo podał rękę uchodźcy z Kresów, który stracił cały majątek w czasie rewolucji bolszewickiej, jednak później coś tam było z tymi pieniędzmi, w każdym razie Wojciech chyba nigdy nie doczekał się zwrotu tej sumy. A Lilka miała o to wielki żal. Między innymi o to, bo jeszcze uważała ją za coś gorszego od siebie. Pisała np. o Zofii tak:„ja to jedwab, a ona bawełna. I to przepocona." Albo to: "Niewydarzona kobieta, ma nie biust, ale dwa wory i jest co najgorsze pod wpływem Zosi-Szatkosi tak, że jej głosem czasem gada i jej stylem. Okropne!". 

Ale cóż, skoro sam Wojciech Kossak dawał córkom zły przykład. Pisał np. tak: "paskudna ona i niesympatyczna ta Zofia, ale ostatecznie do blasku tego niezwykłego rodu się przyczynia także".

 Czyli – mamy II wojnę, Lilka siedzi w angielskim pensjonacie, pluje na Polaków, ma pretensje do całego świata, że się starzeje i że nie ma się w co ubrać. Mąż Lotek pisze do niej listy, w których poucza ją jak należy oszczędzać: że na przykład trzeba gasić światło, jak się wychodzi z pokoju i że nie wolno brać nowego mydła do mycia, skoro stare zostawiło się wodzie. Trzeba wyjąć z wody i wysuszyć! Lotek przebywający na kwaterze wojskowej robi dla Lilki zaprawy w słoikach i inne przetwory, a nawet cukierki wielosmakowe. Przysyła kasę na nowe suknie i szlafroki, ona tylko słucha w tym pensjonacie radia, czyta gazety i narzeka na wszystko, a w końcu po długich męczarniach umiera na raka. 

Dobrze się tę książkę czyta, choć nie jest to lektura przyjemna, bo odzierająca poetyczną Lilkę z wszelkich mitów. Widać, że autor tej biografii nie przepada za Lilką i Kossakami w ogóle, ale takiego jego prawo. Jak wspomniałam wcześniej, wszystkie mocne zarzuty wobec Lilki są podparte odpowiednim przypisem lub bibliografią. 

 Zdradzę, iż umieram z ciekawości, kim jest Arael Zurli! Mam poważne podejrzenie, że może to być członek tej rodziny nie lubiący Lilki. Nie jest to z pewnością Rafał Podraza, powinowaty drugiego męża Madzi, który przedstawia się jako jej cioteczny wnuk, bo ten pisze o Madzi i Kossakach pod swoim nazwiskiem i bez jadu, raczej w superlatywach. A tu jest jad. Duuużo jadu. Poszłam tropem tego jadu, zanurkowałam w sieci i doszukałam się ciekawych, a nawet sensacyjnych rzeczy o Kossakach, o czym napiszę następnym razem, bo mi się ten wpis już za długi robi. Ciąg dalszy o Kossakach nastąpi! 

Zurli Arael, „Bagienna niezapominajka. Nieznane życie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”, wyd. Bellona, Warszawa 2015


piątek, 17 kwietnia 2015

2015 – Mój prywatny ROK ROSJI W POLSCE



Rok 2015 miał być rokiem Rosji w Polsce i Polski w Rosji. Miała być wymiana kulturalna, różne imprezy, wykłady, spektakle, spotkania autorskie i tak dalej. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn w połowie 2014 r. Polska odwołała wszystko i zerwała dotychczasowe rozmowy z Rosją na ten temat. Tak więc Polakom chcącym poznawać kulturę rosyjską pozostaje działanie na własną rękę, w warunkach prawie podziemnych. 

Od dawna interesuje mnie, a nawet fascynuje kultura rosyjska. Sądziłam, że polskie instytucje państwowe pomogą mi w poznawaniu tej kultury. Tak się nie stało. A więc – ogłaszam mój prywatny Rok Rosji w Polsce – na moim blogu poświęconym książkom. Będę teraz czytać po rosyjsku i o Rosji, a także oglądać rosyjskie filmy z myślą, że robię to na przekór wszystkim wrednym  i głupim politykom. 

Utworzyłam na blogu osobną etykietę pt. „Rok Rosji w Polsce” i tam można znaleźć wszystkie opisane przeze mnie teksty i filmy rosyjskie. 

Do tej pory w ramach tej akcji poznałam następujące dzieła (wymieniam w kolejności chronologicznej w jakiej je czytałam):

1.      Grzelak Wojciech, „Szamani, mumie, ałmysy”
2.      Wrzalińska Anna, „Życie rumiane moje”
3.      Puszkin Aleksander, „Barysznia chrestianka” (przeczytane w oryginale)
4.      „Wasilewskij ostrow” – serial rosyjski
5.      „Linija Marty” – serial rosyjski
6.       Aleksijewicz Swietłana – „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”
7.      Kuprin Aleksander – „Olesia” (przeczytane w oryginale)
8.      Moore Lucy, „Niżyński”
9.      Paniuszkin Walery, „Rublowka”
10.  Hugo-Bader Jacek, „Biała gorączka”
11.  Wiernicka Violetta, „Rosjanie w Polsce”
12.  Łotman Jurij, „Rosja i znaki”
13.  Mażewski Lech, redakcja, „System polityczny, prawo i konstytucja Królestwa Polskiego 1815-1830. W przededniu dwusetnej rocznicy powstania unii rosyjsko-polskiej”
14.  „Cziornyj woron” – serial rosyjski
15.  Terlecki Władysław, „Czarny romans”

Nie planuję tego, co przeczytam o Rosji. Po prostu płynę, od jednej książki do drugiej, kierując się intuicją i chwilowym zainteresowaniem. Nie wiem, co mi los przyniesie i co znajdę w bibliotece. Ale mam jednak kilka pewniaków, po które sięgnę na bank. 


Przede wszystkim zamierzam skończyć lekturę „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa w oryginale, obecnie jestem mniej więcej tak w połowie. Czytałam to wiele razy po polsku, ale to nic nie znaczy, dopiero po rosyjsku wychodzi prawdziwe oblicze tej powieści i wykreowanego w niej demonicznego świata. Czytam powoli i się delektuję. 



Na pewno – przeczytam najsłynniejszą książkę podróżniczą po Rosji, to jest dziewiętnastowieczne „Listy z Rosji” Astolphe de Coustine’a. 


Wiele sobie obiecuję po pracy Borysa Jegorowa „Oblicza Rosji”, którą można traktować jako dalszą część wykładu o historii rosyjskiego ziemiaństwa opisanej przez Łotmana w „Rosji i znakach”. 


Przeczytam także Aleksandra Sołżenicyna „Dwieście lat razem” – ostatnie, dwutomowe dzieło noblisty na temat Żydów w Rosji i ZSRR oraz książki Richarda Pipesa na temat Rosji carów i Rosji bolszewików.



Planuję poczytać książki historyczne Lwa Gumilowa o Rosji. Mam słabość do jego eurazjatyckich teorii. Po polsku wydano tylko trzy jego tytuły, ale znalazłam w sieci stronę z innymi jego dziełami. A najbardziej chcę poznać „Od Rusi do Rosji”.  


I na koniec – obietnica, co do której nie jestem pewna, czy uda mi się ją dotrzymać. Obiecuję sobie, że spróbuję zmierzyć się z „Biesami” Dostojewskiego. Podchodziłam do tej powieści kilkanaście razy, po raz pierwszy na początku lat 1980. kiedy to miałam ją w spisie lektur do egzaminu z literatury powszechnej, ale ma ona tak nieprzyjemny klimat, że jakoś nigdy nie mogłam przez nią przebrnąć do końca. W zeszłym roku kupiłam sobie nawet swój egzemplarz (wydanie z „czcionką ułatwiającą czytanie”, tak się reklamują na okładce, pożyjemy, zobaczymy, czy to prawda). Teraz to już naprawdę muszę ją zaliczyć, bo zamierzam obejrzeć jej serialową ekranizację, która podobno jest bardzo dobra.