Translate

wtorek, 21 października 2014

Oni czekali, a Polska do nich nie przyszła. „Pożoga” - Zofii z Kossaków pamiętnik krwią pisany



Ta książka była zakazana w PRL-u, gdyż opowiadała o wydarzeniach, które władza komunistyczna chciała przed nami ukryć. Dzisiaj też jest tekstem niewygodnym, bo w dużym stopniu narusza obowiązujące tabu poprawności politycznej. 

„Pożoga” to debiut literacki Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowskiej. Rzadko się zdarza, by młoda, trzydziestoparoletnia kobieta, pisała i wydawała pamiętniki. Ale Zofia z Kossaków miała za sobą takie przeżycia, które domagały się uwiecznienia i upublicznienia. Jej wspomnienia otwiera rodzaj inwokacji, poetycki wstęp będący przypominający minioną wiejskiej Arkadii, w jakiej żyła rodzina Szczuckich w majątku Nowosielice niedaleko Starokonstantynowa na Wołyniu. 



Zofia (na zdjęciu) miała wówczas dwadzieścia kilka lat i była szczęśliwą żoną Stefana Szczuckiego, administratora dóbr Potockich. Jej teść pracował jako lekarz w Antoninach, pięknym i kwitnącym majątku Potockich. Jej wspomnienia zaczynają się wiosną 1917 roku, niedługo po rewolucji lutowej i abdykacji cara Mikołaja II: „Potężna fala rewolucji rosyjskiej nie od razu odbiła się o brzegi naszego kresowego życia. (…) Świadomie z pełnym przeczuciem tego, co miało nastąpić, cieszyli się wyłącznie Żydzi. Pamiętam owe pierwsze dni marcowe 1917 roku. Zabłoconą i niechlujną ulicą Starokonstantynowa przeciągał pierwszy „pochód wolnościowy”. Składał się on z kilkunastu uczniów i kilkudziesięciu Żydów i Żydówek. (…) Z okna Towarzystwa Rolniczego powiatowy marszałek szlachty, Szumatow, młody, zdolny dyplomata, machał ku niemu batystową chusteczką, ruchem pełnym wytwornej kurtuazji. Na chodnikach stali nieruchomo chłopi. Z niemożliwym do oddania wyrazem ironii i lekceważenia patrzyli na czerwony symbol Rewolucji i rozkrzyczanych Żydziaków. Przechodząc mimo, zamieniliśmy z nimi powitania i uwagi o niebywałym znaczeniu: - Ne bude dobra z toho, pani!... Bez cara ani poriadku, ni tołku. Ktoż bude hołowoju w hosudarstwie?... – mówili kiwając z zafrasowaniem głowami.”

Jednak nie minęło wiele miesięcy, kiedy ci sami, na początku rozsądnie myślący Rusini (dzisiaj zwani Ukraincami), podburzani przez bolszewickich agitatorów przybyłych z Piotrogradu, ruszyli palić, mordować i rabować dworu, a ich właścicieli obdzierać żywcem ze skóry. Dokładnie tak samo jak ich przodkowie podczas powstań kozackich. Chcieli ziemi i pańskiego dobra. Jak czegoś nie mogli zabrać, to złośliwie to niszczyli. Szczuccy wkrótce musieli ewakuować się ze swego malowniczego domku otoczonego kwiatami, w którym mieszkali wraz dziećmi. Przenieśli się do pałacu, którego mocne mury, kraty w oknach i żelazne wrota miały strzec ich przed chłopskimi rabusiami. Spali ubrani, z nabitą bronią w zasięgu ręki.

Przez pewien czas ich bezpieczeństwa strzegli „biali” żołnierze rosyjscy, jednak jesienią 1917 roku napady na dwory polskie w okolicy nasiliły się i Szczuccy musieli uciekać przed żądnymi krwi Ukraińcami. W tym czasie zostały obrabowane i zrujnowane polskie dwory w całej okolicy: „Runęły zburzone Samczyńce, Beregiele, cudna Eliaszówka z pałacem włoskim tak pięknym, że zdawał się zjawą (…), Semerynki (…) Werborodyńce (…), Derkacze o starym parku w stylu XVIII wieku (…) Wyższa Pohoryła, niegdyś bogata rezydencja Czetwertyńskich; Ładyhy, rodowa własność Szaszkiewiczów, Werchniki, Małaszyha, Swinna, Dmitrówka, Łahodyńce…” – czyż ta wyliczanka autorki „Pożogi” nie brzmi jak tren żałobny na śmierć polskiej cywilizacji i kultury jaka niegdyś kwitła na Kresach?

Oto jedna z najbardziej przejmujących scen: „Noc ostatnia przed pogromem w znajomym dworze w okolicy Płoskirowa… Wieś zbuntowana stoi na nogach i od rana pije, czekając chwili ruszenia na dwór. We dworze starym, białym, cała rodzina zebrana przy łóżku konającej matki właściciela. Z bohaterską pogodą, wiedząc o zamiarach wsi, kryją przed chorą faktyczny stan rzeczy (…) Dzikie wrzaski i śpiewy już blisko, już w ogrodzie, dają znać, że pogrom się zbliża”. Zaniepokojona staruszka podrywa się wtedy z łoża śmierci, chwyta w ręce krucyfiks i w koszuli nocnej wychodzi na ganek do tłumu: „Ludzie! – woła. – Ja na sąd Boga już idę! Ja za godzinę z Bogiem będę mówić! Jemu samemu na was się poskarżę!... Ja straszyć  po śmierci was będę, wygubię wszystkich… Precz stąd! Precz! … Słyszycie!” – przecież to scena godna Mickiewicza lub Sienkiewicza… Okazało się, że groźba umierającej odniosła skutek, chłopstwo odstąpiło, staruszka faktycznie skonała w godzinę później, a jej syn z rodziną zdążył uciec przed pogromem.

W tej sytuacji Polacy musieli się bronić. Zawiązywały się samoistnie ochotnicze oddziały partyzanckie. Najsłynniejszym z nich był oddział Feliksa Jaworskiego, późniejszego rotmistrza Jaworskiego, który do końca II Rzeczpospolitej cieszył się taką estymą, że jego koń Mars, piękny kasztan, na którym jego pan walczył w latach 1917-1920, dożył swoich dni na łaskawym chlebie w szkole kawalerii w Grudziądzu.

Ale cóż? Nauczanie historii w Polsce jest tak „dobre”, że nikt nie pamięta dziś o rotmistrzu Jaworskim… A Kossak-Szczucka tak pięknie opisała mszę polową III Korpusu Polskiego z jego udziałem, jaka odbyła się w Antoninach wiosną 1918 r., kiedy Polacy na Kresach jeszcze myśleli, że uda im się wybić na niepodległość:
„Pierwszy pluton na karych. Same paradiery – ogromnego wzrostu, potężnej budowy. Jak mora czarna, jak miękki aksamit, połyskuje sierść błyszcząca; wypieszczone ogony, wyskubane grzywy falują leciutko na wietrze…
Prowadzi go Naruszewicz.
Drugi na gniadych.
Myśliwskie typy hunterów; potężne piersi, stalowe pęciny, rozumne oczy, nie znające trwogi; wiśniowo złote połyski na zadach. Żołnierze – prawie sami ochotnicy, krew z krwi, kość z kości ziemi, na której stanęli.
Prowadzi go kornet Szczucki.
Trzeci na kasztanach. Wszystkie konie krwi wysokiej; łabędzie szyje, sarnie nogi, kłąb wydatny. Suche nozdrza z rozkoszą wciągają wicher kresowy.
Prowadzi go Pruszanowski.
Czwarty na siwych, szpakach i tarantach. Pozornie konie drobne, ale gdy z bliska popatrzeć, uderza ich piękność przedziwna. Same to araby Sanguszkowskie ze Sławuty, odebrane chłopom po wsiach okolicznych. Srebrną kaskadą grają wzniesione w górę ogony; czarne oczy, pełne marzeń o przestrzeni wielkiej, płoną. Niespokojnie grzebie ziemię zwięzła, sucha noga. Prowadzi chorąży Tański” – itd. itd.

Zofia Kossak nie malowała koni pędzlem, jak jej dziadek Juliusz i stryj Wojciech, ale umiała oddać ich piękność słowami. Znała się na koniach doskonale, bo wyrosła wśród nich (nawet jej kuzynka Magdalena Samozwaniec pisała, że Zośka to w ogóle nie interesowała się strojami, tylko biegała boso, błyskając bosymi piętami i jeździła na koniu jak Kozak), a potem zajmowała się ich hodowlą. W Nowosielicach miała ulubionego wierzchowca, którego później zarekwirowali bolszewicy. Z ogromnym bólem pisze o spotkaniu z zamęczonym zwierzęciem w mieście, gdzie ukrywała się w przebraniu chłopki. Opisała także cierpienia zadawane koniom czystej krwi w Antonionach. Oto jak krasnoarmiejcy rekwirowali wierzchowce czystej krwi z rodowodem: „Rabowano cud-konie, niszcząc pracę wielu lat i radość wielu pokoleń. (…) Chamskie ręce chwyciły za grzywę cud-konia (…) Stanęły konie zdziwione, patrząc na nowy widok. Drżała pergaminowa skóra od chłodu i bezwiednego lęku, gdy zarzucano na grzbiety obrzydłe siodło żołdackie. Z ufnością i dobrotliwie pozwoliły wciągnąć na szlachetne głowy twardą, cuchnącą dziegciem uździenicę. Rzuciły się w bok, strwożone po raz pierwszy od lat wielu, gdy „towariszcz”, wskoczywszy na siodło, szarpnął ciężką łapą za ostre wędzidło. Świsnęła nahajka. Zamarło w przerażeniu dumne, wolne serce. Potoczyły wkoło obłąkane lękiem oczy…
Zabrano matki od źrebiąt maleńkich, bezradnych. Kilka starszych pobiegło za matkami w ślad. Drobne ich kopytka utykały w ciężkim błocie, a żałosne rżenie niosło się po polach jak sierocy płacz dziecięcy. Na przestrzeni kilkunastu wiorst padły ze zmęczenia, a gasnące oczy z trwożną ciekawością patrzyły na nadlatujące coraz bliżej kruki. Młodsze – żołnierze zabijali na dziedzińcu, by w drodze nie były zawadą. Wtedy płacz-rżenie matek rozdzierały serce.” No, nie wiem, kto nie zapłacze przy tym opisie cierpień zwierząt, to chyba nie ma Boga w sercu… Ja ryczę za każdym razem, jak to czytam.

Co było dalej? No cóż, skoro powstała ta książka, to znaczy, że autorce udało się wyrwać z rąk bolszewików. Jednak Polska do Nowosielic nie przyszła. Zostały za granicą. W Związku Radzieckim. Zostały tak samo jak Taraszcza czy Bobrujsk, opisane przez Marię Dunin-Kozicką i Floriana Czarnyszewicza. Polska tam już nie doszła.

Zofia Kossak-Szczucka, „Pożoga”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2005

sobota, 18 października 2014

Oriana Fallaci, „Kapelusz cały w czereśniach. Saga”



Kiedy Oriana Fallaci, najsłynniejsza europejska dziennikarka, dowiedziała się, że jest chora na raka, postanowiła przed śmiercią spisać historię swej rodziny sięgając aż do lat 70. XVIII wieku. Miała do tego dobre przygotowanie. W jej rodzinie do czasów II wojny światowej zachował się bardzo stary kufer posagowy, należący do jednej z prababek. Mała Oriana czytała dokumenty i zapiski przechowane w tym kufrze, oglądała schowane tam pamiątkowe przedmioty. Kufer spalił się podczas wojennego bombardowania. 

Po latach starzejąca się dziennikarka wróciła do historii swoich przodków. Dziesięć lat prowadziła rozległe poszukiwania, ryła w archiwach cywilnych i kościelnych, podróżowała, czytała książki historyczne, stare rozkłady jazdy, plany miast, restauracyjne menu i cenniki różnych produktów. I oto efekt jej pracy – przeszło 800 stron arcyciekawej sagi rodzinnej, pełnej pasji i namiętności.

Cała historia rozpoczyna się od zamożnego rolnika Carla Fallaci (przodek ze strony ojca) i zalotnej oraz pracowitej, acz niepiśmiennej Cateriny, która obiecuje, że wyjdzie za niego, jeśli nauczy ją czytać i pisać. Umawiają się na rynku w miasteczku. – Jak ją rozpoznam? – spytał Carlo. – Będę miała kapelusz cały w czereśniach – kazała odpowiedzieć Caterina, która miała na targu swoje stoisko. 



Caterina wyszła za Carla i zamieszkała w San Eufrosino di Sopra przy średniowiecznym kościele Oratorio di Sant’Eufrosino (na zdjęciu z Wikipedii), który zachował się do dzisiaj. Kościół znajdował się na terenie dawnej farmy rodziny Fallaci. 

Kiedy Caterina nie miała na czym pisać, poświęciła na naukę pisania swą posagową bieliznę. Te same delikatne serwety i poszewki oglądała po latach mała Oriana Fallaci. Jej prababka napisała na nich tak: „Ja jestem Caterina Zani. Jestem chłopką i żoną chłopa, który nazywa się Carlo Fallaci. W siedem miesięcy nauczyłam się czytać i pisać i niedługo nauczę się również liczb, żeby rachować. San Eufrosino di Sopra, dnia ósmego kwietnia 1786”. Zachował się również spis księgozbioru Cateriny: „Boska komedia” Dantego, „Jerozolima Wyzwolona” Tassa, „Dekameron” Boccaccia, „Rycerze Okrągłego Stołu”, „Skarbczyk wiejski albo Podręcznik Doskonałego Rolnika”, „Pieśń nad Pieśniami” oraz Stary i Nowy Testament.  

W części drugiej Fallaci pisze o prababce, która była nieślubną córką hiszpańskiego księcia Gerolamo Grimaldi i pradziadku piracie. Dalej opowiada o tajemniczym polskim pradziadku imieniem Stanisław, który zginął w czasie Wiosny Ludów (Oriana Fallaci podejrzewała, że mógł to być Stanisław Wyspiański, który – według niej – był podobny z rysów do członków jej rodziny), a także o prababce, która najpierw była we Włoszech baletnicą, a potem wyjechała do Ameryki i dorobiła się majątku, prowadząc burdel na Dzikim Zachodzie. Interesujących postaci w tej książce nie brakuje. Każdy przodek to jeszcze jedna ciekawa historia, a wszystko to na tle szerokiej, historycznej panoramy osiemnastowiecznych i dziewiętnastowiecznych Włoch. 

Mimo olbrzymich rozmiarów, czyta się to znakomicie. Całość napisana jest z rozmachem i epickim oddechem. Oriana Fallaci nawiązuje do najlepszych tradycji literatury europejskiej. Jej „saga” przypomina mi  „Opowieści kanterberyjskie” Chaucera, „Don Kichota” Cervantesa, „Dekameron” Boccaccia i szkatułkowy „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego, a także trochę „Sto lat samotności” Marqueza.  Szkoda, że Orianie nie udało się doprowadzić swego dzieła do końca. Pisała swą sagę rodzinną w Nowym Jorku, miała zgromadzone materiały do dalszej części, ale jej pracę przerwał zamach na WTC w 2001 roku. Wtedy porzuciła swoich przodków dla współczesności. 

„Kapelusz cały w czereśniach” ukazał się już po jej śmierci, w 2008 r. i natychmiast stał się bestsellerem. We Włoszech sprzedano ponad 500 tysięcy egzemplarzy tej książki. 

Trudno powiedzieć, ile w tej książce jej prawdy , a ile zmyślenia, niemniej jednak przykład Oriany Fallaci działa inspirująco i zachęca do poszukiwań genealogicznych i zdobywania wiedzy o swoich przodkach. To jest dodatkowa korzyść z poznania tej wspaniałej sagi rodzinne, która wzrusza, bawi i zachwyca. 

W każdym razie – jak mawiają Włosi: „se non e vero, e ben trovato” (nawet jeśli to nie jest prawda, jest to dobrze wymyślone).  Po prostu – kawał dobrej prozy! 

Fallaci Oriana, „Kapelusz cały w czereśniach. Saga”, tłum. Jarosław Mikołajewski, Monika Woźniak, Wyd. Literackie, Kraków 2012


czwartek, 16 października 2014

Maria Dunin-Kozicka, „Ania z Lechickich Pól”


Powieść dla młodzieży „Ania z Lechickich Pól” Marii Dunin-Kozickiej, podobnie jak jej wspomnienia z Kresów pt. „Burza ze wschodu”, była po wojnie wycofana z wszystkich bibliotek w PRL-u i absolutnie zakazana. Na samo nazwisko autorki był zapis cenzury, nie wolno było nawet o niej wspomnieć w druku, bo cenzor i tak to wykreślał. Po raz pierwszy wznowiono tę książkę dopiero po 1989 r.




Maria Dunin-Kozicka była niewygodna dla komunistów, bo pisała prawdę. Opowiadała polskim czytelnikom, jak żyło się niegdyś polskim ziemianom na Ukrainie, jak tamtejsza polska szlachta przeżyła straszny rok 1917 r., jak podbuntowani przez bolszewików ukraińscy chłopi palili dwory i wyrzynali „polskich paniw”, jak bolszewiccy komisarze zabijali wszystkich, którzy mieli zbyt białe, mało spracowane ręce. Opisała okrutny napad bolszewików na polski dwór na Ukrainie, rabunek całego dobytku, palenie budynków i polowanie na właścicieli, by ich zabić. Pokazała również, że to właśnie Polacy nieśli od wieków na Kresy rozwój i kulturę i uczyli ukraińską, kozacką dzicz jak korzystać ze zdobyczy cywilizacji. Polacy mieszkający na Kresach byli ludźmi wykształconymi, prowadzili wzorowe gospodarstwa rolne, zakładali fabryki, w tym zwłaszcza cukrownie, urządzali małe szpitaliki i przychodnie dla chłopstwa, zakładali szkoły dla wiejskich dzieci i kasy oszczędnościowe dla swych poddanych.



Na koniec cytat z książki Dunin-Kozickiej:

„Rok 1919, krwawy tyran, zbratany najściślej ze śmiercią, wykazał od pierwszych chwil swego istnienia potworną lubość w zadawaniu mąk i wyszukanego cierpienia. Sypał żarem zagłady i pomsty, ogłaszając równocześnie przebudowę bizantyjskiego ustroju dawnej carskiej Rosji na otwartą dla wszystkich świątynię komunizmu, w której zamiast Boga panował naczelny budowniczy – Lenin.
Wieś, oślepiona nęcącym programem, obiecującym zmianę, „wsiech, wsiech” w ulubieńców fortuny i szczęścia, kłoniła się chętnie ku wygłaszanym hasłom. Stosunek do dworu wykoślawiał się jak w krzywym zwierciadle. Najkulturalniejsze zamierzenia „pana” zaczęły podlegać brutalnemu zniszczeniu. W ambulatorium, prowadzonym z wielkim staraniem przez panią Verę, urządzono hałaśliwy pogrom flaszek z lekarstwami, wypędzając na cztery wiatry felczerkę. (…) Resztki ocalałej od band zarodowej obory i stadarni rozszarpano pomiędzy siebie, kłócąc się zajadle przy podziale. Rozgromiono murowaną chatę, w której mieścił się „Banczek”, założony przez pana Alfreda dla chłopów w celu walki z żydowską lichwą.
- On to robił dla własnej korzyści, a nie dla was! – wmawiali agitatotorzy podstępnie. – Niech nawet śladu nie zostanie po tych burżuazyjnych „primankach”.”

Dunin-Kozicka Maria, „Ania z Lechickich Pól. Dzieciństwo”, wyd. AiR, Warszawa 1991
Dunin-Kozicka Maria, „Ania z Lechickich Pól. Młodość”, wyd. AiR, Warszawa 1991