Translate

wtorek, 21 listopada 2017

Wojciech Sumliński – spotkanie autorskie w Malborku



W niedzielę po południu byłam na spotkaniu autorskim z dziennikarzem śledczym i pisarzem, autorem takich książek jak „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, „Czego nie powie Masa o polskiej mafii”, „Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera”, „Niebezpieczne związki Sławomira Petelickiego”, a także innych książek i publikacji poruszających trudne tematy, których normalnie nie ruszają dziennikarze głównego ścieku. 



Nie chodzę często na spotkania autorskie z pisarzami. Odkąd mieszkam na prowincji byłam tylko na jednym takim spotkaniu, z podróżnikiem Romualdem Koperskim, bo interesowało mnie, co opowie o swoich podróżach po Rosji. Inna rzecz, że nie przyjeżdża tutaj do nas wielu ciekawych pisarzy, więc nie ma możliwości bywania na takich imprezach autorskich. Nie mam też możliwości jeżdżenia gdzieś dalej, bo zdrowie mi nie pozwala. Przeważnie siedzę w domu, śledząc świat za pomocą Internetu. Dzisiaj też marnie się czuję, znowu mam atak choroby. Silne bóle zaczęły się już wczoraj wieczorem, więc pewnie już po południu będzie „leżing and reading” na mojej otomanie. Przeważnie rano czuję się trochę lepiej, ale po obiedzie to już może być tylko gorzej z moim samopoczuciem.  

No, ale kiedy w zeszłym tygodniu dostałam mejla z zaproszeniem na spotkanie z panem Sumlińskim, powiedziałam sobie: idę! Wybrałam się, chociaż to spotkanie miało być o godzinie 17.00, kiedy to na ogół leżę sobie w domu pod kocykiem. Zwykle nie wychodzę z domu, jak jest już ciemno. A tu było do tego zimno, wietrznie, popadywał deszcz,  a ja miałam do przejścia o kulach spory kawałek przez puste miasteczko (wiecie, że miasteczka na prowincji pustoszeją po zmroku? Pełne są tylko supermarkety i centra handlowe, a po mieście snują się tylko menele i bezdomni.)

Do tego nie czytałam jeszcze książek Sumlińskiego, ale myślę, że to wkrótce nadrobię, bo jakieś jego tytuły znajdują się w naszej bibliotece miejskiej. Miałam jednak wielką ochotę zobaczyć człowieka-legendę, odważnego faceta, którzy kilka lat temu, w okresie panowania PO, rzucił się z atakiem na cały przegniły system polityczny w Polsce. Zapragnęłam na własne oczy zobaczyć i na własne uszy posłuchać kogoś, kto niezłomnie głosi prawdę i odkrywa to, co rządzący Polską starają się ukryć przed obywatelami. Z autopsji wiem, jak jest trudno być dziennikarzem piszącym o błędach rządzących, kiedy byle jaki urzędnik, jakiś burmistrz czy starosta, rzuca człowiekowi kłody pod nogi, a nawet zastrasza. A co dopiero robić to na poziomie ogólnopolskim. Przed dziennikarzami śledczymi chylę nisko głowę!

Na miejscu okazało się, że dobrze, że tam poszłam, bo spotkałam znanych mi, a dawno nie widzianych sympatycznych ludzi. Taka wartość dodana do tego Sumlińskiego, którego jeszcze nie było i wszyscy na niego czekali. Okazało się, że w zabytkowym budynku dawnej Fabryki Cygar w Malborku moi znajomi urządzili Spółdzielnię Socjalną „Fabryka Inicjatyw”, jest tam fajna klimatyczna kawiarnia (Boże, jak mi brakowało takich miejsc po wyprowadzce z Bydgoszczy!) i w  ogóle jest bardzo przyjemnie i miło. Na sali widowiskowej usiadłam sobie w kąciku, blisko wyjścia. Zawsze tak siadam, by w razie czego móc wcześniej wyjść po angielsku, jak się źle poczuję, albo jak mi się znudzi. Zdaje się, że był to taki „kącik niepełnosprawnych”, bo zaraz za mną siedziała pani na wózku inwalidzkim, która dotarła tam, mimo, że spotkanie odbywało się na pierwszym piętrze, a w budynku nie było windy. To jest dopiero determinacja!  

Byłam zdziwiona, że jest aż tyle osób na tym spotkaniu. Policzyłam, że było przeszło 60 (słownie: sześćdziesiąt) osób, co na nasze warunki (miasto ma około 38 tysięcy mieszkańców, z tego połowa mieszka i pracuje w Londynie albo gdzie indziej za granicą), to są po prostu wielkie tłumy! A mówi się, że ludzie w Polsce nie czytają książek!
 
Pan Sumliński zjawił się punktualnie i zaczął swoją opowieść. Zdziwiło mnie, że człowiek po takich przeżyciach (wieloletnie procesy i aresztowania za głoszenie prawdy w mediach) jest tak spokojny i wyciszony. Słuchałam i wydawało mi się, że oto przyjechał człowiek z innej rzeczywistości, który odkrywa przed nami to, co zwykle jest celowo ukrywane. Ludzie słuchali go w milczeniu, dosłownie z otwartymi gębami. Opowiadał o różnych rzeczach, nie tylko o swoich książkach, ale też o różnych politycznych tajemnicach oraz – co mnie najbardziej ujęło – dosłownie wzruszająco mówił o swoim znajomym księdzu Stanisławie Małkowskim z Warszawy, który był prześladowany za czasów PRL, a i jest nadal (jak to wyglądało z kontekstu sytuacji). Nadzieją napawało to, co mówił o różnych personach z pierwszego szeregu polityki, że może będą siedzieć za swoje większe i mniejsze grzeszki. 

Zabawnie zrobiło się w fazie zadawania pytań, kiedy to na chwilę całe show ukradła pewna przebojowa pani, która dotarła na to spotkanie z Nowego Dworu Gdańskiego i próbowała wręczyć panu Sumlińskie,mu jakieś dokumenty dotyczące jej sprawy. Pani chciała, by przekazał je Anicie Gargas z Telewizyjnego Magazynu Śledczego.
- Nie mogę tego wziąć. Ja nie jestem Anita Gargas – bronił się pan Sumliński.
- Nie szkodzi! – odparowała pani i nie ustępowała, wciskając mu jakieś papiery w plastykowych koszulkach.
Trwało to jakiś czas. W końcu wobec tych nacisków pan Sumliński ustąpił, zarzekając się, że nie reprezentuje żadnej instytucji pomocowej i żeby dała mu kopie, a nie oryginały dokumentów. Obiecał, że pokaże je swoim znajomym prawnikom.
Nie wiem, co by się działo, gdyby na tym spotkaniu była pani Anita Gargas!
Strach się bać!
Niesamowita jest ta wiara ludzi w moc telewizji. Jak widać, Anita Gargas zastąpiła Elżbietę Jaworowicz w roli Sądu Ostatecznego :)))


Dzięki uprzejmości prowadzącego to spotkanie Waldka Klawińskiego mogę pokazać Wam parę zdjęć z tego spotkania. Niniejszym bardzo dziękuję mu za to użyczenie tych fotografii.
 
 

sobota, 18 listopada 2017

„Prowincja. Kwartalnik Społeczno-Kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław” i debiut literacki mojej mamy



Moja mama Halina Łukawska zadebiutowała literacko w piśmie „Prowincja. Kwartalnik Społeczno-Kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław” 2017/3 w wieku 87 lat. Na łamach tego pisma ukazała się właśnie pierwsza część jej wspomnień z okresu wojny. Następna część jest już oddana do redakcji, a kolejne są w przygotowaniu. Mama myśli też o książce! 

Podczas niemieckiej okupacji Polski mama została wywieziona na roboty przymusowe do Prus, a dokładnie do miejscowości Birkenfelde (Grzymała) w powiecie sztumskim w wieku 12 lat. To było jesienią 1942 roku. Wywieziono ją razem z jej matką Martą Kowalską i bratem Andrzejem Kowalskim, starszym o trzy lata. Wcześniej mieszkali w miejscowości Osiek nad Wisłą w Ziemi Dobrzyńskiej. Babcia była wdową i miała siedmioro dzieci, w tym pięciu synów. W czasie niemieckiej okupacji cała Ziemia Dobrzyńska została wcielona do Rzeszy (okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie), którym zarządzał gauleiter Albert Forster. Niemcy chcieli zniemczyć całą tamtejszą ludność. Zmuszali Polaków do podpisywania volkslisty. Nasiliło się to zwłaszcza w czasie walk na froncie wschodnim z Rosjanami, pod Stalingradem. Niemcom potrzebni byli wtedy Polacy na froncie, jako mięso armatnie. 

Jednak moja babcia Marta Kowalska była polską patriotką i dumną Polką. Nie chciała zostać Niemką i posłać swoich synów do Wehrmachtu na front wschodni. Niemcy trzy razy przysyłali jej papiery na volkslistę, ale nie podpisała ich. W końcu Niemcy wysiedlili ją z domu, zabrali jej dom, gospodarstwo i cały dobytek i wysłali na roboty przymusowe do Prus. Pozostałe jej dzieci także już przebywały na robotach przymusowych u Niemców. 

Na tych robotach przymusowych moja babcia i moja mama przeżyły gehennę. Babcia miała przeszło pięćdziesiąt lat, a musiała ciężko pracować w polu, mama także. Jesienią 1943 roku zostały rozdzielone. Babcia musiała pojechać do pracy w fabryce amunicji w Hanau, w głębi Niemiec. A moja mama, 13-letnia dziewczynka, musiała zostać jako niewolnica w majątku Birkenfelde u takiego strasznego Niemca, który chodził wszędzie z grubą laską, był cholerykiem, wydzierał się na wszystkich i bił nią kogo popadnie. Do tego był niemieckim masonem, opowiadano o nim, że podpisał pakt z diabłem i miał kontakty z siłami nieczystymi. Mama strasznie się go bała. W tym majątku został też brat mojej mamy, Andrzej, ale on pracował z innymi chłopakami przy koniach i nie mieli prawie ze sobą kontaktu. Andrzej niewiele mógł jej pomóc.  

Moja mama pracowała w tym majątku do końca wojny, która – dla niej – skończyła się w styczniu 1945 roku, kiedy do Prus weszła Armia Czerwona. Można powiedzieć, że moją mamę z niemieckiej niewoli wyzwolili żołnierze Armiii Czerwonej. Krótko mówiąc, Sowieci ją wyzwolili od Niemców. Nie zabili jej, nie zgwałcili, w zasadzie nie zrobili jej nic złego. Zabili tylko jej złego właściciela, tego Radtkego. A potem kazali Polakom uciekać do domu, do siebie, bo tam był front i tylko im przeszkadzali. 

Tę historię moja mama opowiedziała mi dokładnie ze szczegółami zimą 2012 roku, ja to wtedy nagrałam, spisałam z taśmy i  zredagowałam. Leżała sobie ta historia i czekała, aż wykorzystam ją w swojej książce o naszej rodzinie. Aż tu nagle – zadecydował przypadek! I ta historia wypłynęła na światło dzienne.  

A było tak…

Poszłam sobie latem tego roku na spotkanie promujące nowy numer kwartalnika „Prowincja”, które odbywało się w naszym mieście. Ludzi było mało, posłuchałam, o czym mówią, a na koniec zapytałam, czy ktoś może wie, co się stało z dokumentami niemieckimi z Arbeitsamtu w Sztumie, bo ich szukamy z mamą i znaleźć nie możemy. Okazało się, że nikt nic nie wie na ten temat, ale nawiązała się rozmowa z redaktorem naczelnym pisma „Prowincja”, Leszkiem Sarnowskim, i obecnym na spotkaniu historykiem ze Sztumu, Andrzejem Lubińskim. I tak od słowa do słowa, obaj panowie namówili mnie, bym porozmawiała z mamą i dała im do druku jej wspomnienia. Pismo „Prowincja” drukuje bowiem teksty w tym stylu, jest tam trochę o historii, trochę o literaturze, o kulturze, szczypta poezji, prozy i plastyki. Kupiłam sobie na tym spotkaniu to pismo, by pokazać mamie. Wydało się nam bardzo porządne i wiarygodne. Urzekły nas też przepiękne okładki, trochę w duchu surrealistyczno-metafizycznym, których autorem jest Mariusz Stawarski z Malborka. 

Przyszłam do domu, mówię, jak jest i czy by chciała wypuścić te wspomnienia w świat. Mama się zgodziła, no to wydrukowałam cały tekst z komputera, dałam jej do przeczytania. Mama pilnie czytała, a nie było to łatwe, bo w obu oczach miała już operację na zaćmę, do tego ma tam jakieś „skrzenia”, które przeszkadzają w patrzeniu i różne inne dolegliwości. Oczy w wieku 87 lat to już ciężka sprawa. No, ale przeczytała całość, poprawiłyśmy błędy i niedomówienia. I wysłałam ten tekst do redakcji.  Ponieważ nie miałyśmy żadnych zdjęć mamy z tego okresu, jako ilustrację dałyśmy zdjęcie mojej babci Marty z czasów okupacji (ma ta przyszytą do ubrania literę „P”, którą musieli nosić polscy niewolnicy), dałyśmy zdjęcia części rodziny Kowalskich z czasów kiedy mieszkali w Osieku, no i współczesne zdjęcie pałacu w Birkenfelde, którego użyczył mi znajomy konserwator zabytków, Bernard Jesionowski z Malborka.

 No i poszło!

W druku wygląda to tak:




Nie macie pojęcia, jak bardzo wzruszona była moja mama, kiedy zobaczyła w druku swoją opowieść! Czytała parę razy, pochwaliła się też swojej starszej siostrze; w końcu wspólnie doszłyśmy do wniosku, że trzeba to skserować i wysłać niektórym krewnym i znajomym. Na razie wysłałam ten tekst do pewnej pani, która znała mamę jeszcze z Osieka. Ta pani przeczytała i zaraz zadzwoniła do nas z wrażeniami...

A teraz wysłałam już do kwartalnika „Prowincja” drugą część wspomnień mojej mamy. No i co? Mama nabrała apetytu na książkę! W sumie mamy już spisanych około 100 stron tych jej opowieści, dopiszemy do tego ciąg dalszy, ja to zredaguję, napiszę wstęp, zakończenie i przypisy. No i będzie! W tej sytuacji mój projekt pisania o rodzinie uległ zmianie. Muszę tylko teraz pisać do różnych archiwów po metryki urodzenia, ślubu i zgonu moich krewnych. Na razie (i to jest sukces!) udało się nam poznać treść metryki mojej babci Marty. Mama miała ją od 20 lat, ale metryka była pisana po rosyjsku, przedrewolucyjną ortografią i kaligrafią i nikt nie umiał jej odczytać. Aż tu – voila! Dobry człowiek z Odessy, to jest tamtejszy historyk Serge Kotelko, którego poznałam przez Internet jako autora bloga o historii, odczytał mi tę metrykę. Przysłał mi jej treść po rosyjsku, tzn. współczesnym rosyjskim, a ja sobie już ja przetłumaczyłam na polski.  To samo może być z metrykami innych członków mojej rodziny, bo  wszyscy rodzili się w dawnym zaborze rosyjskim.  Serge Kotelko prowadzi bloga po rosyjsku o polskich rezydencja na Ukrainie, tzn. o tym, co z nich zostało obecnie. Bardzo ciekawy blog, polecam!  Jest tutaj:


W każdym razie, dzięki tej publikacji moja mama odmłodniała i z chęcią zabiera się do dalszej pracy literackiej. Za parę dni jedziemy do jej starszej siostry (rocznik 1923), która mieszka w Elblągu i którą chcemy odpytać o różne ciekawe sprawy, m. in. dotyczące okresu, kiedy nasza rodzina osiadła na Żuławach zaraz po wojnie. Ja już z tą ciocią rozmawiałam i dowiedziałam się od niej wielu interesujących rzeczy. Szkoda, że z całego rodzeństwa Kowalskich zostały już tylko one dwie. Wszyscy bracia Kowalscy już dawno nie żyją, wcześnie powymierali na różne choroby, głównie na serce, kiedyś zawał to był przecież wyrok śmierci, nie było jeszcze stentów i różnych takich nowoczesnych metod leczenia. 

Jakby ktoś był zainteresowany kwartalnikiem „Prowincja” to można zajrzeć na stronę internetową:

PROWINCJA Kwartalnik

No i w ten sposób obie z mamą stajemy się literatkami! Bo ja właśnie skończyłam korektę mojej książki „Duchy kresów wschodnich” i odesłałam ją do wydawnictwa von borowiecky. Książka pewnie będzie już niedługo. Jak to fajnie być twórcą! Jaka frajda! 

Muszę jeszcze coś dopisać do tego postu.
Chodzi o sny. Mojej mamie dość często śniła się jej matka Marta, która nie żyje już od 1952 roku. Przychodziła w snach zwłaszcza w okresach jakichś nieszczęść, czy chorób w rodzinie. No i wyobraźcie sobie, że kiedy przygotowywałam do wysłania tekst wspomnień mojej mamy o tych robotach przymusowych i już, już miałam go wysłać do redakcji, to w noc poprzedzającą to wysłanie do mojej matki przyszła we śnie jej matka Marta, przyniosła jakieś papiery i położyła je na stole. 
- Więcej już nie przyjdę. Jestem tu ostatni raz - powiedziała babcia Marta i zniknęła. 
Czyżby jej dusza czekała na to, że historia jej wojennych przeżyć wyjdzie na światło dzienne? 
Tak sobie myślę... 
Być może ten tekst to są też takie wypominki za duszę mojej babci Marty Kowalskiej, dzielnej, niezłomnej Polki, która jest dla mnie wzorem prawdziwego bohaterstwa. Bo latać z pistoletem to każdy głupi potrafi, a zdecydować się na nie podpisywanie dokumentów o zniemczeniu... Oooo, to już była duża decyzja. Za to można było trafić do obozu w Potulicach albo w Stutthof. Moja babcia zaryzykowała. Została Polką mimo tak niesprzyjających okoliczności. 
A niektórzy mieli dziadka w Wehrmachcie i wcale się tego nie wstydzą. A przecież ich przodkowie sprzedali się Niemcom. Taka prawda!       

„Prowincja. Kwartalnik Społeczno-Kulturany Dolnego Powiśla i Żuław” 2017/3




piątek, 3 listopada 2017

Boris Gorbaczewski, „Przez wojenną zawieruchę. Wojna żołnierza Armii Czerwonej na froncie wschodnim: 1942-1945”



Po raz kolejny przeczytałam „Przez wojenną zawieruchę” Borisa Gorbaczewskiego i muszę stwierdzić, że to naprawdę znakomicie napisana książka. Wspomnienia wojenne, ale beletryzowane, z dialogami. Czyta się to niczym dobrą powieść – łatwo i szybko.

Autor, Boris Gorbaczewski, to radziecki Żyd, komunista i ateista w drugim pokoleniu. Jego matka w wieku 17 lat walczyła w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. Ojciec, choć szczery komunista, był ofiarą stalinowskich czystek w latach 30. i spędził kilka lat w łagrze. Mimo takich rodzinnych przejść, syn nie stracił wiary w Stalina i szczytne idee komunizmu. Kiedy czytałam jego wspomnienia wojenne, stawał mi przed oczami także wierzący w czerwoną ideologię żydowski komisarz z filmu „Wróg u bram” (reż. Jean-Jacques Annoud), który lansował we frontowej gazetce wyborowego strzelca Zajcewa koszącego Niemców pod Stalingradem.

Boris Gorbaczewski był przez większość część swojej wojskowej kariery takim właśnie politrukiem. I to jest właśnie niebywała okazja – zobaczyć II wojną światową oczami radzieckiego komisarza, młodego i naiwnego chłopaka, którego frontowe przemyślenia niebezpiecznie zbliżają się do tego, co zaprezentował Sergiusz Piasecki w „Zapiskach oficera Armii Czerwonej”. Tyle tylko, że wspomnienia Gorbaczewskiego, niestety, nie są parodią myślenia sowieckiego sołdata, ale szczerym do bólu przedstawieniem życia w Związku Radzieckim i radzieckiej armii. Pokazują także, jaki był stosunek sowieckich politruków do Polaków, bo tu i ówdzie autor wypowiada o nas takie sądy, od których włosy stają dęba na głowie.

Już pierwszy kontakt z Polakami na Litwie wzbudził podejrzenia Gorbaczewskiego, bo polski chłopak, który podjął się roli przewodnika dla Armii Czerwonej - wyprowadził ją wprost na stanowiska niemieckie, po czym zniknął. Gorbaczewski dziwi się i nie rozumie, dlaczego tak się stało. Nie domyśla się nawet, że Litwa to już nie Sowiety, czemu daje wyraz przy emocjonalnych opisie niemiecko-sowieckiej granicy z 1939 r. Dziwi go także działalność naszej Armii Krajowej, która – według niego - całkiem niepotrzebnie uaktywniła się właśnie wtedy, kiedy do Polski weszły wojska radzieckie. A już w ogóle nie mieści mu się w głowie, że Sudety i Dolny Śląsk po wojnie Stalin przyznał Polsce w zamian za zabrane ziemie na wschodzie. A to były – jak pisze - takie ładnie zagospodarowane niemieckie okolice i on miał tam taką śliczną, niemiecką kochankę, zaś przybycie Polaków repatriowanych z Kresów skończyło jego powojenną sudecką idyllę.

Młody Boris na początku wojny trafia do szkoły oficerskiej w Tiumeniu, ale nie kończy jej, gdyż kursanci są potrzebni na froncie. Od lata 1942 r. walczy na bardzo trudnym odcinku - w okolicy miasta Rżew na Białorusi, gdzie ze zdziwieniem dowiaduje się, jak wygląda w praktyce słynny rozkaz Stalina „ani kroku w tył”. Po prostu, żołnierze zostają wzięci w mordercze kleszcze: z przodu - Niemcy, z tyłu – własne oddziały NKWD strzelające do uciekinierów z pola bitwy.

Walki w okolicach Rżewa przeszły do historii wojskowości jako „rżewskaja miasorubka”, czyli rżewska jatka. Życie żołnierza na tym froncie nie było długie. Statystyczny sołdat przeżywał tam około 7 dni, a potem trzeba było zastąpić go innym żołnierzem. Autor nie szczędzi szczegółów życia frontowego. Przedstawia portrety żołnierzy i dowódców, pisze o kłopotach z wyżywieniem i umundurowaniem, o ciężkich warunkach życia w okopach, nocnych wyprawach na zwiad, masowej dezercji żołnierzy na stronę niemiecką, snajperach i snajperkach, a nawet o objazdowym frontowym burdelu, w którym „służyły” Rosjanki, które uciekły z niemieckiej niewoli i przekradły się przez front do swoich. W nagrodę zrobiono z nich prostytutki wyposażone w książeczki wojskowe.  

Później Gorbaczewski awansuje i zostaje politrukiem, a dokładnie obejmuje stanowisko komsorga, czyli zawodowego działacza Komsomołu w wojsku. Jako komsomolec walczy z Niemcami i uświadamia politycznie sołdatów na Białorusi, Litwie, w Prusach Wschodnich i dochodzi aż do Bałtyku. Wiosną 1945 r. zostaje przerzucony w Sudety, do miasteczka Friedeberg, gdzie przeżywa trwający kilka tygodni upojny romans z piękną Niemką imieniem Lotta, staje się dumnym właścicielem zarekwirowanego poniemieckiego motocykla i w ogóle bawi się świetnie. Ze wzruszeniem pisze, że choć był później trzy raz w Polsce, nigdy nie pojechał w tamte strony, gdzie przeżył młodzieńczą miłość zakończoną tak nieszczęśliwie, bo byłoby to dlań zbyt bolesne. Przy okazji, opisuje działalność sowieckich oddziałów trofiejnych, które latem 1945 r. zbierały wszystko, co się dało z Niemiec i wysyłały do ZSRR. Jak wszystko w Sowietach, takie oddziały działały planowo, gdyż miały z góry napisane, ile maszyn do pisania, do szycia, rowerów, radioodbiorników i innego dobra miały zabrać od Niemców i wysłać do ojczyzny.

Po wojnie Gorbaczewski został  dziennikarzem, w latach 90. wyemigrował do USA, gdzie wydawał pismo dla rosyjskich emigrantów „Wiestnik Rod Ailenda”. Jego pamiętnik wojenny nie był pisany na bieżąco, bo sowieckim żołnierzom nie wolno było prowadzić takich notatek. Pisał go po latach, początkowo dla krajowego odbiorcy. Większa część tej książki została wydana wcześniej po rosyjsku jako „Rżewskaja miasorubka. Wriemja otwagi”. Będąc już w Ameryce, Gorbaczewski dopisał ciąg dalszy, obejmujący przygody w Prusach Wschodnich i Sudetach. Wersja rosyjska została przetłumaczona na angielski, „Rebis” wydał tłumaczenie z tłumaczenia, czyli z wersji angielskiej, która nazywa się „Through the Maelstrom”.

Na koniec mała próbka stylu Gorbaczewskiego, tu kawałek o wyzwoleniu Treuburga (Olecka) i o tym, jak działała tam niemiecka propaganda: „„Prawie na każdym skrzyżowaniu wkopano słupy z napisami: „Dobrze się przyjrzyjcie, co bolszewicy zrobili z pierwszym miastem (s. 432) zajętym w Prusach Wschodnich. Oto, jak potraktują wszystkie miasta i wsie naszej ukochanej ojczyzny i Niemów. Brońcie Wielkiej Rzeszy przed czerwonymi barbarzyńcami.” Później z zeznań jeńców dowiedzieliśmy się, że kiedy walczyliśmy jeszcze z wrogiem na podejściach do miasta, sami Niemcy na rozkaz Josepha Goebbelsa wygnali mieszkańców, a potem wysadzili i spalili najbardziej reprezentacyjne budynki: kościół, wodociągi, kinoteatr i bank. Przez kilka godzin zwozili ludzi z okolicy, a następnie ekipy filmowe i dziennikarzy, żeby na filmie i w gazetach pokazali ruiny miasta oraz rzekomo przestraszonych i smutnych mieszkańców. Zniszczyli nawet park z przepięknymi łabędziami, spalili prawie wszystkie drzewa, zastrzelili łabędzie i rozpuścili pogłoskę, że „azjatyckie hordy” wybiły i zjadły ptaki.
Kiedy nasza kolumna maszerowała główną ulicą, miasto było opustoszałe. Nie pojawił się ani jeden człowiek. Rozpaczliwie muczały krowy, w oddali szczekały psy.”

Książka Gorbaczewskiego była wydana najpierw po rosyjsku w wydawnictwie „Eksmo”, z rosyjskiego przetłumaczona na angielski (to wydanie zostało uzupełnione o pewne rozdziały), a potem przetłumaczona z angielskiego na polski. Wydawnictwo Rebis wydało tłumaczenie z angielskiego.

A oryginał po rosyjsku można czytać tu:

Gorbaczewski Boris, „Przez wojenną zawieruchę. Wojna żołnierza Armii Czerwonej na froncie wschodnim: 1942-1945”, tłum. z ang. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki, wyd. Rebis, Poznań 2011