Translate

poniedziałek, 23 maja 2016

Helena Zakrzewska, „Białe róże”




„Białe róże” Heleny Zakrzewskiej, międzywojenny bestseller dla dzieci i młodzieży, to książka zakazana w PRL-u i wycofana w tamtym okresie z polskich bibliotek. Przeczytałam, bo chciałam sprawdzić, co to w ogóle jest i czy bardzo się zestarzało. 

Powieść opowiada o losach dwojga sierot, rodzeństwa Wandzi i Janka, na tle wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Na wieść o zbliżającej się do Warszawy ofensywie radzieckiej Konnej Armii, małoletni Janek wstępuje na ochotnika do oddziału skautów i jedzie pomagać żołnierzom na froncie. Jego młodsza siostra Wandzia mieszka u ciotek w Warszawie, ale dostaje list od wujka, ziemianina spod Lwowa, który w obawie o jej bezpieczeństwo zaprasza ją wraz z ciotkami do siebie na wieś. Ciotki pozostają jednak w stolicy, a do wuja wysyłają pociągiem samą Wandzię. Dziewczynka jedzie pociągiem do Lwowa, a potem wozem konnym z dworskim furmanem podróżuje do pobliskiego majątku wuja, który spieszy się, by skończyć żniwa, sprzedać zboże, a potem uciekać na zachód, do swego drugiego majątku pod Rzeszów. Wysyła przodem wozy z towarem i część służby, sam ma następnego dnia rankiem razem z Wandzią wyjechać pociągiem, ale niestety, nie udaje mu się, bowiem do wsi wpada konny zwiad Kozaków-bolszewików. 

Wuj jest w największym niebezpieczeństwie, bo – jako pamieszczykowi (dziedzicowi) - grozi mu śmierć z rąk Czerwonych, na szczęście Wandzia okazuje się tak rezolutna, że wiele razy ratuje życie wuja. Z bolszewikami współpracują ściśle Żydzi (żydokomuna to nie był żaden mit, jak dzisiaj chcą niektóre środowiska), jest tam scena, kiedy do wsi przybywa komisarka Rosa Schwarz, która krwawo rozprawia się z wrogami rewolucji. Obojętni, albo wręcz życzliwi,  są wobec bolszewików także Rusini (dzisiaj zwani Ukraińcami), których bolszewicy zostawiają w spokoju, wyżywając się tylko na Polakach. Wandzia jest świadkiem zastrzelenia młodego Polaka we wsi. Ostatecznie, dziewczynka ratuje się z rąk bolszewików, ale wuj zostaje odprowadzony gdzieś na przesłuchanie i znika jej z oczu. Można się domyślać, że też został zastrzelony wcześniej lub później. 

Inaczej układają się losy Janka, który jako skaut wstąpił do wojska i zajmował się zakładaniem linii telegraficznych i telefonicznych. Przez pewien czas udało mu się walczyć u boku oddziału ułanów.

Jest to powieść z popularnego w XIX wieku i na początku XX wieku gatunku „dzieje sieroty”. Odważna, pomysłowa i rezolutna Wandzia jest duchową siostrą takich bohaterek literackich jak Pollyanna z powieści Eleanor H. Potter, Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery, czy nad wiek dojrzałe dziewczęta z powieści Kornela Makuszyńskiego („Panna z mokrą głową”, „Szaleństwa panny Ewy”), których działalność jest zwykle zbawienna dla całego otoczenia. Ogólnie, tekst nie zestarzał się, jest napisany sprawnie, czyta się to jak powieść przygodową, akcja toczy się bardzo wartko, nie ma tam żadnych momentów nudy. 

Jednocześnie jest to powieść tendencyjna, a może raczej powieść z tezą, jakim to strasznym wrogiem jest dla nas Związek Radziecki. Autorka pokazuje wojnę polsko-bolszewicką oraz stereotypowych bolszewików w wersji dla młodzieży. Szkoda tylko, że Helena Zakrzewska, skupiając się na losach dzielnej sieroty, nie napomknęła, kto sprowadził na Polskę to nieszczęście w postaci bolszewickiej nawały. 

Nie ma tam ani słowa o tym, że Józef Piłsudski był nie tylko socjalistą, ale także chorobliwym rusofobem, że jego rodzony brat wraz z bratem Władymira Ilijcza Lenina brał udział w zamachu na cara Aleksandra III, że potem był niemieckim agentem, że jeszcze później kolaborował z bolszewikami przeciwko Białej Rosji i że nie udzielił pomocy wojskowej carskim generałom walczącym z Czerwonymi. A mógł udzielić. Jakby w Rosji wygrali Biali, to by na Polskę żadni bolszewicy w 1920 roku nie napadali. A jakby pan Piłsdudski nie poleciał ze swoim wojskiem na wschód w 1919 roku, by ratować tyłki Rusinom w czasie wyprawy kijowskiej, to by potem bolszewicy nie musieli latać za nim aż do Warszawy. 

Autorka całkowicie pomija także kwestię bitwy warszawskiej, tzw.  cudu nad Wisłą, kiedy to pan Piłsudski tajemniczo zniknął z pola widzenia, zaś bitwą kierował generał Tadeusz Rozwadowski. Piłsudski pojawił się już po zwycięstwie, zaś Rozwadowskiego kazał potem posadzić do więzienia, a ostatecznie otruć. Przecież to nie było tak, że bolszewicy napadli na nas tak sobie, bez przyczyny. Oni napadli na nas w efekcie błędnej, a nawet wręcz szkodliwej dla Polski polityki pana Piłsudskiego, któremu do dziś niektórzy stawiają pomniki, czego w ogóle pojąć nie mogę. 

No, niestety, naświetlenia tego tła historycznego nie znajdziemy ani w tej powieści, ani też w jakimkolwiek posłowiu czy też przedsłowiu, bo tego po prostu tutaj zabrakło. To, co napisałam o panu Piłsudskim, jest mi wiadome z różnych opracowań historycznych oraz paru książek braci Mackiewiczów, zwłaszcza Józefa Mackiewicza. Tak więc, lepiej czytać Mackiewicza, zwłaszcza „Lewą marsz”, niż czytadałko dla panienek o tym, jak dzielna Wandzia bolszewikom uciekła, a młodzi ułani umierali do taktu piosenki „Rozkwiatały pąki białych róż”. Bo cóż ci ułani osiągnęli? Tylko białe róże na grobie, nic więcej.  

 Posłuchajcie sobie piosenki, którą kiedyś śpiewano idącym na śmierć ułanom:



A to piosnka o tym, jak Żydzi wojowali u boku bolszewików, podobno oryginalna, z epoki, tylko wykonanie współczesne:


Zakrzewska Helena, „Białe róże”, wyd. Łuk, Białystok 1990

niedziela, 22 maja 2016

Nadzieja Bittel-Dobrzyńska, „Jak wiedźma Agrypicha znachorstwa mnie uczyła”


„Jak wiedźma Agrypicha znachorstwa mnie uczyła” to piękna, stylizowana gawęda z Kresów wschodnich. Jej autorka, Nadzieja Bittel-Dobrzyńska, repatriantka „zza Buga”, była znaną w Gdańsku lekarką o specjalności endokrynologia. Swoją autobiograficzną opowieść spisała w 1967 roku, choć jej publikacja została wydana wiele lat później.

Jest to książka z gatunku wspominkowych. Rzecz dzieje się w powiecie oszmiańskim, w okolicy Wiszniewa, Krewa i Smorgoni, w latach 1929-1930. Młoda polska panienka Jadźka (porte parole autorki) spędza wakacje na wsi, jeżdżąc po łąkach i lasach na swej płochliwej klaczce Lady. Podczas tych wędrówek spotyka wiejską zielarkę (szeptunkę!) Agrypichę uważaną przez ludzi za wiedźmę. 

„Agrypicha wiedźma ważna jest i znachorka nie byle jaka, po polach i łąkach ciągle chodzi i zioła zbiera. Jedne zbiera rano, przy rosie, drugie w południe, kiedy południczki szumią, inne nad wieczorem, kiedy cień słońca długi, a jeszcze inne przy pełni księżyca. Mówio, w chacie u niej od zapachu ziół aż w nosie kręci. Na wszystko zioła ma: i na kaszel, i na ciężki dech, na kolki w boku i na babskie choroby, a w szczególności na poruszenie. A jak która dziewczyna wzajemności nie ma, to i lubczyku u niej wyprosić czasem może.”

A to jest czarcie żebro (ostrożeń warzywny), ulubiona roślina Agrypichy:





Jadźka interesuje się przyrodą, roślinami, zwierzętami i chce pomagać ludziom. Na jej prośbę Agrypicha zgadza się pokazywać jej lecznicze zioła i opowiadać o sposobach ich zbioru, suszenia i leczenia. Ich spotkania wyglądają dziwnie, nigdy nie umawiają się wcześniej, ot, stara kobieta ni z tego, ni z owego wyrasta nagle przed Jadźką gdzieś na leśnej drodze czy na łące, jakby wiedziała, gdzie jej szukać. Obie unikają ludnych miejsc, ale szybko po okolicy niesie się wieść, że dziewczyna chodzi po polach z wiedźmą. Z jednej strony, ludzie zaczynają patrzeć na nią podejrzliwie, ale z drugiej - oczekują pomocy w różnych kłopotach zdrowotnych. Dziewczyna idzie śladem swojej matki, pani ze dworu, która od lat leczyła przychodzących do niej chłopów różnymi tradycyjnymi metodami. Agrypicha dzieli się z nią swoją bogatą, skomplikowaną wiedzą, bo nie ma potomków, a chce, by ta stara wiedza nie zginęła razem z nią. Uczy dziewczynę nawet zamawiania chorób, m. in. róży i silnych krwotoków. Cała ta edukacja Jadźki przypomina nieco opowieści amerykańskiego antropologa Carlosa Castanedy o spotkaniach z indiańskim szamanem Don Juanem.  

Uczennica starej wiedźmy zostaje później lekarzem i weryfikuje różne wiadomości przekazane jej przez starą zielarkę. Po latach przydadzą się jej nawet umiejętności zamawiania chorób, zdarzy się bowiem młodej lekarce, że będzie musiała zatamować okropny krwotok u chorych w szpitalu. Raz zrobi to z własnej woli (bo nic innego nie pomaga), drugim razem na polecenie ordynatora. Nie wiadomo, jak działa to zamawianie, ale działa! Bardzo silne krwotoki, na które nie pomagają żadne leki, ustają po wypowiedzeniu słów zaklęcia… Rzecz  nie do wiary! A jednak! 

Książka pisana jest zróżnicowanym, stylizowanym na kresowy językiem: inaczej mówi stara Agrypicha, inaczej narratorka, jeszcze inaczej brzmią komentarze dorosłej i doświadczonej lekarki endokrynologa, która porównuje wiedzę zdobytą u Agrypichy z osiągnięciami najnowszej medycyny. Trudno jest traktować tę publikację jako poradnik zielarski, niemniej naprawdę warto uważnie wczytać się w opowieści Agrypichy na temat różnych ziół i ich działania. 

"Jak wiedźma Agrypicha znachorstwa mnie uczyla" opatrzone jest posłowiem pióra gdańskiego pisarza Zbigniewa Żakiewicza. Pisze on, że właśnie lud z ziemi oszmiańskiej był „najczyściej słowiański” ze wszystkich ludów Europy, że był przy tym konserwatywny i odporny na wszelkie nowinki,  i że właśnie dlatego tam najlepiej zachowały się stare, przedchrześcijańskie jeszcze tradycje ludowe, w tym także medyczne. Żakowski pochodzi z tych samych okolic Wileńszczyzny, co autorka tej książki, wspomina, że jako dziecko też się leczył ziołami, wiedział, „od czego ratuje krwawnik, od czego są korzonki poziomek, kiedy się przykłada liść młodej olchy lub babki, jakie zioła są na poty, a jakie na biegunki.”  

Doktor Nadzieja Bittel-Dobrzańska już nie żyje. Zmarła parę lat temu. Podobno znana była w Trójmieście z tego, że do swojej praktyki lekarskiej chętnie włączała ziołolecznictwo. Pod koniec książki sama podaje taki oto przypadek medyczny: w 1955 roku w klinice dziecięcej leżał chłopiec nazwiskiem Kamiński, jego stan był już beznadziejny z powodu marskości wątroby. „Wodobrzusze było tak ogromne, że co drugi dzień trójgrańcem przebijaliśmy powłoki brzuszne i wypuszczaliśmy trzy i pół litra płynu. Profesor, który wiedział o moim entuzjazmie dla ziołolecznictwa, zaproponował, żebym zastosowała znane mi  zioła, mówiąc, że nie mamy nic do stracenia. Już pod dwudziestu czterech godzinach chłopiec zaczął oddawać niesamowite ilości moczu, a jego stan poprawiał się z dnia na dzień. Został wypisany z kliniki w stanie dobrym z zaleceniem dalszego stosowania ziół. W roku 1967 pan Kamiński odwiedził mnie w szpitalu, żeby pochwalić się, że czuje się doskonale i nadal popija ziółka.” (s. 138-139)

Dlaczego dzisiaj oficjalna medycyna całkowicie zrezygnowała z ziół? Dlaczego nie leczy się chorych starymi, sprawdzonymi sposobami, a do tego tanimi? Dlaczego studenci medycyny w trakcie studiów nie mają ani jednej godziny nauki o ziołach? Jak odpowiedzieć na te pytania? Czy chodzi o to, że koncerny farmaceutyczne walcząc za pomocą nieuczciwej konkurencji doprowadziły do zepchnięcia ziołolecznictwa na margines? 

Chce się westchnąć: jaka szkoda, że dzisiaj nie ma już takich lekarzy jak doktor Bittel-Dobrzańska, która nie wahała się leczyć pacjentów ziołami! Z chęcią powierzyłabym swoje zdrowie opiece takiego lekarza! No i jaka szkoda, że coraz mniej prawdziwych zielarek, takich jak Agrypicha!  A może jeszcze gdzieś tam, na Kresach, są jeszcze takie wiedźmy, tylko mu o nich nic nie wiemy? Zna ktoś odpowiedź?   

Bittel-Dobrzyńska Nadzieja, „Jak wiedźma Agrypicha znachorstwa mnie uczyła”, wyd. Graf, Gdańsk 1991

czwartek, 19 maja 2016

Wiktoriańsko. Elizabeth Gaskell, „Ruth”




Czegóż się nie robi dla poznania ulubionej epoki! Z miłości do literatury wiktoriańskiej można nawet próbować czytać straszliwie nudne, smętne gnioty o uwiedzionych dziewczynach. 

Ale do rzeczy… „Ruth” to dość banalna historia 16-letniej sieroty, biednej, ale bardzo pięknej, którą zamożny opiekun oddał na naukę do krawcowej, ona zaś przypadkiem poznaje młodego arystokratę, ten odciąga ją od kościoła i w niedzielę proponuje wspólne spacery po okolicy w pięknych okolicznościach przyrody. W trakcie takiego spaceru dziewczyna spotyka swoją chlebodawczynię, ta wyrzuca ją z roboty, uwodziciel wywozi ją na wakacje do Walii, tam zapada na ciężką chorobę, zjawia się jego matka, zabiera go ze sobą, a biedna Ruth zostaje porzucona w ciąży. 

Potem jest jeszcze bardziej sztampowo: szlachetny, acz garbaty pastor oraz jego nie mniej szlachetna siostra biorą dziewczynę pod swoją opiekę. I tu powstaje problem, bowiem w połowie XIX wieku w Anglii upadła kobieta w ciąży była na marginesie społeczeństwa, a jej towarzystwo rzucało cień nawet na tych, z którymi się zadawała. W tej sytuacji Ruth musi udawać wdowę, by nie spowodować, że cała parafia odsunie się od pastora. Po jakimś czasie rodzi się synek, a jego matka zostaje guwernantką w domu bogatych sąsiadów. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kolejne kłody, które los rzuca jej pod nogi… Dziwnym splotem okoliczności na drodze Ruth znowu staje jej uwodziciel… 

Powieść ta należy do popularnego w literaturze anglosaskiej nurtu opowieści o upadłych kobietach, który rozpoczyna  słynna sentymentalna powieść „Clarissa” Samuela Richardsona. Potem było jeszcze wiele takich utworów. Najsłynniejsze z nich to m. in. „Samotnia” Karola Dickensa („upadłość”, a dokładnie urodzenie nieślubnego dziecka, to właśnie była największa tajemnica Lady Dedlock szantażowanej z tego tytułu przez złego człowieka), „Szkarłatna litera” amerykańskiego pisarza Nathaniela Hawthorne’a i – najsłynniejsza z tego gatunku powieść - „Tess d’Urberville” Thomasa Hardy’ego. W XX wieku pastisz opowieści o kobiecie upadłej popełnił John Fowles („Kochanica Francuza”). Ciekawa jest taka sprawa, że Anglosasi oraz Niemcy („Effi Briest” Theodora Fontane) przedstawiali kobiety upadłe w duchu pozytywnym, pochylając się nad nimi ze współczuciem, zaś pisarze z innych krajów pisali o nich w stylu: „bo to zła kobieta była”. Vide: „Pani Bovary” Gustawa Flauberta i „Anna Karenina” Lwa Tołstoja. Nawet nasz poczciwy Bolesław Prus dał w „Emancypantkach” obraz jakiejś puszczalskiej nauczycielki, która źle skończyła. 

Szczerze mówiąc, nie przepadam za historiami o upadłych kobietach, bo one wszystkie źle się kończą. Wolę poczytać sobie jakąś podnoszącą na duchu pozytywną dziewiętnastowieczną historyjkę jak to sprytna uboga panienka łapie na męża bogatego młodzieńca z dużym dochodem rocznym niż opowieść jak to naiwna i biedna dziewczyna staje się ofiarą jakiegoś lowelasa (tu uwaga – Lovelace to nazwisko uwodziciela z „Clarissy”, które potem weszło do języka potocznego jako określenie pewnego gatunku mężczyzn). Zawsze mnie te naiwne ofiary denerwowały, że takie głupie i tak dały się podejść, zamiast sprzedać drogo swoją cnotę. W sytuacji braku środków antykoncepcyjnych nic mądrzejszego panienka zrobić nie mogła, jak trzymać nóżki razem aż do ślubu! A one takie głupie, te ofiary były, niestety... 

Toż nawet osiemnastowieczne historyjki o prostytutkach (w rodzaju niezapomnianej Fanny Hill) mówiły o tym, że cnotę sprzedaje się drogo! No, ale zapewne te porządne panienki nie wiedziały, kto to Fanny Hill. 

To takie rozmyślania na marginesie powieści pani Gaskell. Ogólnie – przeczytałam, nieco przejrzałam ten tekst, ale bez satysfakcji czytelniczej. Jedynym plusem jest doskonałe odwzorowanie wiktoriańskiej prowincjonalnej mentalności. Ale poza tym, nuda, panie, straszna nuda! Tylko dla wytrwałych miłośniczek wiktoriańskich klimatów! Jedyne, co mi się szczerze spodobało w tej książce to okładka. Robi wrażenie, prawda? 

Gaskell Elizabeth, „Ruth”, brak podanego tłumacza, wydawnictwo MG, Warszawa 2013