Translate

niedziela, 23 kwietnia 2017

Tadeusz Zubiński, „Morze wewnętrzne”



„Morze wewnętrzne” Tadeusza Zubińskiego to współczesna powieść przedstawiająca losy byłego opozycjonisty solidarnościowego, byłego emigranta zarobkowego i aktualnego literata Filipa Mirskiego. 

Z początku miałam wrażenie, że to utwór autotematyczny, czyli rzecz wyłącznie o pisaniu, bo przez pierwsze 30 stron Mirski tylko zabiera się do pisania i snuje jakieś wspominki oraz dygresje. Ale później akcja się rozkręca: jesteśmy świadkami pobytu Mirskiego na Łotwie z grupą pisarzy polskich i obserwujemy zabawne słowne zmagania bohatera z innym literatem, niejakim Pasterskim. Poźniej zaś Mirski zatapia się we wspomnieniach, dzięki czemu dowiadujemy się, że wcześniej był inżynierem, mieszkał z rodzicami we Wrzosowie w Górach Świętokrzyskich, gdzie pracował na normalnej posadzie w jakimś PRL-owskim zakładzie, podrywał dziewczyny i w końcu ożenił się z jedną z nich. 

W 1980 roku, kiedy nad Polskę nadciągnęła fala Solidarności, która zmiotła, niestety, szczęśliwe lata panowania Edwarda Gierka, Mirski zaangażował się politycznie do tego stopnia, że na początku stanu wojennego trafił nawet na krótko do więzienia. Potem gdzieś się tułał, gdzieś się ukrywał, przebywał m. in. w Krakowie i na Podlasiu. A ponieważ w międzyczasie wywalili go z roboty „za politykę”, więc zaczął w podziemiu pisać jakieś artykuły historyczne, politycznie zaangażowane. Cały czas plątał się za nim jakiś ogon, to jest milicjant, dawny kolega szkolny z Wrzosowa, a także różne solidarnościowe dziewice, które z pełnym poświęceniem eskortowały „bohatera” z meliny na melinę i nie tylko. 

 Pozornie mamy tu klasyczny opis drogi życiowej solidarnościowego bojownika, ale ukazany w prześmiewczej, gorzko-ironicznej (być może dla niektórych nawet obrazoburczej?) konwencji w stylu „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka, którą to powieść zabrał Mirski jako lekturę do więzienia. Studiował ją przez parę dni na swojej pryczy, gromko przy tym chichocząc. Styl „Morza wewnętrznego” mocno przypomina mi także kultowy film Stanisława Barei „Rozmowy kontrolowane”, w którym niezapomniany Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego, zostaje niechcący bohaterem Solidarności i przebrany za Szwedkę wymyka się śledzącym go esbekom. Przypomnę przy okazji, że swego czasu chodziła w narodzie polskim taka miejska legenda, że filmowe przygody Ochódzkiego nawiązują do losów znanego opozycjonisty tamtych czasów Bogdana Borusewicza, który ukrywał się chyba przez cały stan wojenny u różnych ludzi, no i też pewnie opiekowały się nim jakieś dziewice. Nie mówię, że Ochódzki to zaraz od razu Borusewicz, ale plotokowano, że coś jest na rzeczy.  

No, ale wracając do Mirskiego…

Rozbawił mnie opis, w jaki opozycyjny literat tworzył w podziemiu swoją zaangażowaną twórczość literacką. Zaznaczyłam sobie to miejsce karteczką, ot, taki smakowity cytacik: „Na enerdowskiej maszynie Filip tłukł w sumie bzdety, najlepiej, żeby było jak najwięcej o Katyniu i Jałcie, podobno szły, bo były bojowe, pomnażał statystykę autorów podziemia. Rodzi się pytanie – kto za to płacił? Podobno zagranica, musiał być jakiś limit ukrywających się.” (s. 105) 

 W podziemiu, prócz pisania patriotycznych bzdetów o Katyniu i Jałcie, zajmował się Filip Mirski także podrywaniem kobiet. W ogóle życie erotyczne Mirskiego jest bardzo skomplikowane. Pierwsza żona odeszła od niego jeszcze za czasów Solidarności, bo chciała mieć w domu spokój, pieniądze i małą stabilizację, nie po to poszła za inżyniera, by się bawił w ubogiego powstańca świętokrzyskiego. Potem było wiele innych kobiet, w końcu pojawiła się druga żona (krytyk literacki!), która też zresztą była zdradzana równie często jak pierwsza, a może nawet jeszcze częściej. Życie erotyczne Mirskiego nasiliło się zwłaszcza na emigracji, jakoby z powodu niepewnego bytu Polaków na obczyźnie. 

Po 1989 roku Miski, mimo, że działał w Solidarności, nie został żadnym ministrem, ani nawet członkiem zarządu jakiejś spółki, choćby tylko komunalnej. Literaci w demokracji już nie byli tak dobrze opłacani, jak w podziemiu (kto ich finansował? - powtarzam pytanie autora, no i w jakim celu?). A pieniądze trzeba przecież jakoś zarabiać! Kolejnym etapem drogi życiowej Mirskiego jest więc emigracja zarobkowa: do Czech, do Anglii, do Holandii i Bóg wie, gdzie jeszcze. Podobały mi się ciekawe, reporterskie wręcz obrazki z tej emigracji pokazujące życie za granicą z perspektywy pracującego tam Polaka. Śmieci, sprzątanie, ciapaci, łamany polsko-angielski slang – te klimaty. Kto był w Londynie na zmywaku, lub słyszał opowieści tych, co byli, ten wie o co chodzi.  

Do przeczytania tej powieści zachęcił mnie sam Autor, który jest jednym z moich znajomych na Fejsbuku. Czyli można powiedzieć, że przeczytałam ją trochę po znajomości… Z polecenia Autora dostałam nawet egzemplarz od wydawnictwa. A nie jestem przecież blogerką, co to z wydawnictwami współpracuje notorycznie, a raczej - odwrotnie, normalnie wcale z nimi nie współpracuję. Jednak z  powodu wrodzonej sympatii do ekscentryków zrobiłam wyjątek dla Autora, który – sądząc tylko po wpisach na FB – wydaje się być barwnym i interesującym człowiekiem. 

Przyznam szczerze, że trochę trudno mi się to czytało, zwłaszcza z początku (z powodu nieco barokowego rozbuchania językowego? Może pewnego nadmiaru słów?), ale potem już jakoś poszło. Niestety, w trakcie czytania jakoś nie mogłam utożsamić się z opozycjonistą Filipem Mirskim, bo sama mam do Solidarności stosunek bardzo negatywny. Wiem, co mówię, w czasie stanu wojennego byłam już dużą dziewczynką i zaobserwowałam wtedy takie rzeczy, że mnie na zawsze odrzuciło od tego rzekomo spontanicznego ruchu. Dlaczego rzekomo spontanicznego? Kto nie wie, niech sobie poczyta Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych” (jest tu: niniwa22.cba.pl/golicyn_anatolij.pdf). Zaprawdę powiadam Wam, Golicyn prawdę mówi, skąd się wzięła Solidarność. A ja w młodości miałam tyle rozumu, czy też może zwykłej babskiej intuicji, że trzymałam się z daleka od Solidarności i w ogóle wszelkiej polityki. Pamiętam też, jak podziemni literaci pisali te patriotyczne bzdety o Katyniu wydawane potem druczkiem-maczkiem na lichym, cieniutkim papierze. Jeden mój znajomy to pisał taśmowo historie parafii w Bombarzycach, cynicznie opowiadając wszystkim, że lubi współpracować z Kościołem, bo proboszcze dobrze płacą. A przy tym był chyba niewierzący.

Trudy lektury i parodniowego przedzierania się przez potężne fale słów „Morza wewnętrznego” rekompensowały mi co jakiś czas naprawdę śmieszne kawałki, przy których wybuchałam śmiechem. Rozbawił mnie szczególnie wątek jednego z kolegów Filipa, niejakiego Stefana Pasterskiego z Bombarzyc, redaktora pisma literackiego i autora artykułów o zachodniej pierzei rynku, której nie ma i którą należy koniecznie odbudować. Z perwersyjną wręcz przyjemnością poczytałam sobie, jak Autor pojechał po Pasterskim naprawdę równo, czemu dał wyraz m. in. tymi słowy: „W stoczni rzecznej w Bydgoszczy odbyła się uroczystość wodowania pierwszego polskiego lotniskowca. Należy odnotować z satysfakcją, że jest to jednostka z napędem atomowym. Jednostce nadano zobowiązujące imię ORP Stefan Pasterski.” (s. 215). Jest to rzekoma informacja ze strony internetowej „Expressu Bydgoskiego”. Uśmiałam się w tym miejscu serdecznie, albowiem ja także pochodzę z Bombarzyc, to jest z Bydgoszczy, więc nietrudno było mi odgadnąć, kim jest Stefan Pasterski. I jako była mieszkanka Bombarzyc umiem chyba właściciwie docenić humor związany z postacią Pasterskiego. Nie wiem, czy mogę tu zdradzić, co odkryłam? Czy nie naruszę tym samym jakiegoś prawa do godności osobistej i czy Pasterski nie zacznie mnie przypadkiem ścigać na tym lotniskowcu z atomowym napędem? Już się boję! 

Zubiński Tadeusz, „Morze wewnętrzne”, wyd. VOLUMEN, Warszawa 2017

2 komentarze:

  1. bardzo ciekawa recenzja, zacheca do przeczytania ksiazki. ps. "rozmowy kontrolowane" to juz nie Bareja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Bareja? A taki mi się jakoś skojarzylo...

      Usuń